Rano szybka, spontaniczna decyzja-nie jadę na dworzec tylko prosto do pracy (ułatwia mi ją piękna pogoda). Na miejsce docieram po 1h18`, co jest moim rekordem na tej trasie (36,7 km). Jak zwykle najgorszy odcinek między Płonią a Kijewem-duży ruch, wielu mijających "na gazetę".
Złapałem gumę, ale na szczęście tuż przed PKP w Zdunowie, więc do pracy nr 2 dojeżdżam na czas, a, że miałem tam trochę mniej roboty to naprawiam dętkę.
Staropolski schabowy u rodziców narzeczonej był preludium do sympatycznego zwieńczenia niedzieli, mianowicie powrotu z Łobza do Stargardu. Do samego końca nie miałem planu jak wrócę, ale wiedziałem, że nie mogę za bardzo "kombinować", bo późnym wieczorem miałem pociąg ze Stargardu, którym ze względów służbowych musiałem wyjechać w Polskę na dwa dni. Wariant przez Ińsko, Ciemnik, Kozy odrzuciłem od razu, bo tą trasą trzeba się delektować, a nie gnać z wywalonym jęzorem; wariant przez Węgorzyno i Chociwel też szybko skreśliłem, głównie za sprawą dużego ruchu jaki panuje na tej trasie; na koniec został mi kierunek Dobra, czyli dokładnie ten, z którego wczoraj przybyłem-mało oryginalnie, ale cóż, trasa jest urokliwa.
Ruszam dopiero o 18.15 i od razu czeka mnie podjazd-lekki, bo lekki, ale jednak wyjazd z Łobza w kierunku Dobrej jest pod górę. Zjazd kawałek za miastem jest marnym pocieszeniem, bo cały czas czuje się presję największego podjazdu na trasie, zaraz za odległymi od Łobza o osiem kilometrów Strzmielami. I tak w zasadzie mogę powiedzieć, że trasa do Dobrej minęła mi podobnie jak wczoraj, czyli szybko, tak ten odcinek, stromy podjazd za Strzmielami był diametralnie różny, bo kiedy w przeciwnym kierunku gnałem tam ponad 60 km/h, tak dzisiaj snułem się pod górę 10-12 km/h.
W Dobrej zameldowałem się po równo godzinie i, by tradycji stało się zadość, odwiedziłem miejscowy sam spożywczy o dumnie brzmiącej nazwie AS. W tym właśnie miejscu zaopatrzyłem się w płyny i ruszyłem w kierunku Wojtaszyc, które stanowią już węzłowy odcinek moich wypraw stargardzko-łobeskich. Tym razem jednak mijam wieś, a raczej przejeżdżam ją siłą rozpędu, bo droga z kierunku Dobrej do Maszewa wiedzie w tym miejscu z góry. Zaraz za końcem zabudowań jest mostek na jakiejś lichej rzece, za którym należy skręcić w lewo, w biegnącą lekko pod górę, piaszczystą drogę w kierunku Bagien. Tutaj popełniam taktyczny błąd, bo oddaję się lekturze mapy w celu sprawdzenia słuszności moich poczynań. Momentalnie zostaję zaatakowany przez chmarę, dosłownie chmarę, komarów. Nie wiem już czy chować mapę, czy zabijać jednego po drugim. W końcu ruszam i szybko robi się przyjemniej, bo komarów już nie ma, a droga, która początkowo składała się głównie z kopnego piachu zamienia się w całkiem stabilny trakt, początkowo wiodący przez las, a później przez pola ku widocznej w oddali wieży kościoła w Bagnach. Po dotarciu do asfaltu skręcam w prawo, w kierunku drogi wojewódzkiej 106 z Nowogardu do Stargardu, oddalonej o jakieś cztery kilometry jazdy marnym asfaltem. Odcinek DW 106 od krzyżówki z drogą z Bagien do Maszewa jest wyjątkowo monotonny, składa się w zasadzie z dwóch bardzo długich prostych. Nie lubię takich klimatów i wiem, że będę wybierał raczej boczne ścieżki przez Nastazin i Sokolniki, albo Chlebówko i Starą Dąbrowę.
Za Maszewem krótki postój na uzupełnienie płynów, a potem szybka jazda do skrzyżowania z DW 142 vel. berlinką, vel. płytówką, czyli planowaną jeszcze przez Niemców autostradą z Berlina do Królewca, z której nic nie wyszło, bo wybuchła wojna (tu nadmienię dla zainteresowanych historią, że ciekawe informacje na temat tej drogi można znaleźć na jednej ze stron, która wyskakuje po wpisaniu w googlach hasła "berlinka"). Po płytach jadę jednak niewiele ponad kilometr, gdyż skręcam w lewo na Strokówko i dalej szybkim tempem przez Małkocin i Klępino docieram do Stargardu.
Przejazd zajął mi dokładnie tyle samo czasu co wczoraj, ale, że dziś wycieczka była nieco dłuższa to i prędkość podskoczyła do góry.
Ze Stargardu ruszyłem około 14.15. Nie miałem jasnej wizji tego jak pojadę, "tworzyłem" w trakcie jazdy. I tak zamiast na Storkówko pojechałem na Grabowo DW 106, by po kilkunastu kilometrach skręcić na Starą Dąbrowę.
Jak na miejscowość gminną wygląda mało okazale, ale przypuszczam, że mijałem ją "bokiem" stąd takie, być może mylne, wrażenie:) Od Starej Dąbrowy kieruję się wąskimi i często dziurawymi asfaltówkami w stronę Kani, nie dojeżdżając jednak do niej-2 km przed tą miejscowością na krzyżówce skręcam w lewo, jak twierdzi drogowskaz na Maszewo. Do tej mieściny jednak dzisiaj nie dojadę, bo po około 2 km podejmuję udaną próbę skrętu w prawo, co skutkuje tym, że po 3 km znajduję się trzeci raz w życiu w Mokrem (poprzednie dwa w zeszłym roku). Mokro nie było, wręcz przeciwnie-pogoda dopisywała i pozwalała delektować się przejażdżką w pełni. W tej miejscowości zmianie ulega rodzaj nawierzchni, wprawdzie na krótko, ale jednak-z asfaltu zjeżdżamy na wysłużony bruk długości, na oko, około pół kilometra. Potem ponownie pojawia się asfalt, ale ja, zaznajomiony już przecie z tym "szlakiem" nie popadam w nadmierną radość, bo wiem, że za chwile czeka mnie przeprawa, określmy to, "double-trackiem" do Wojtaszyc. Droga w pierwszej części składa się z dwóch, wyraźnych śladów odciśniętych w porastającej trawie drodze, potem wyraźny jest już tylko jeden. Mijamy pola, przejeżdżamy przez lasek, nieodległy horyzont nęci nas pofałdowaną linią lasu.
Tym razem nie dam się uwieść i mknę prosto do Wojtaszyc-za sprawą powrotu z Łobza, który nastąpił w dzień następny, czyli niedzielę, czyli wczoraj patrząc z perspektywy dnia, w którym piszę te słowa, staną się węzłowym punktem moich wypraw stargardzko-łobeskich.
Do Wojtaszyc docieram, a jakże, bez problemu i tu zaczynam rozkoszować się w miarę równym, a na pewno prawie całkowicie pozbawionym ruchu asfaltem. To drugie jest o tyle dziwne, że wyżej wzmiankowany ma status drogi wojewódzkiej, ale z drugiej strony kto będzie jechał z Dobrej do Jenikowa w sobotnie popołudnie? Zakładam, że prawie nikt.
W Dobrej zatrzymuję się w celu uzupełnienia niedoboru płynów. Czynię to mało profesjonalnie, bo miast raczyć się jakimś isostarem, albo czymś w tym guście wybieram najzwyklejszą w świecie ice-tea o smaku brzoskwiniowym i batona snickers. Przede mną już tylko 26 km i będę na miejscu.
Ten ostatni odcinek mija mi niezwykle szybko, podobnie z resztą jak cała opisywana droga. Mogę z całą stanowczością powiedzieć, że to za sprawą opisywanej już na łamach tego bloga, nowo zakupionej "lemondki".