Kiedy wydawało się, że już nigdzie się z domu nie ruszę po dość męczącym tygodniu i przed kolejnym, podobnym postanowiłem wziąć i przewietrzyć Hankę - jeszcze w takim zimnie na szosówce nie jeździłem. Przez większość trasy pokazywało -5. Ale sucho, bardzo fajnie się jechało.
Najpierw na 3 godziny do pracy. Chciałem wyjechać wcześniej i
wybrać się przez Drogę Górską, ale oczywiście za długo się
wylegiwałem i Drogą Górską przejechałem się dopiero pod koniec
wycieczki.
Po pracy chciałem pierwotnie odwiedzić budowę DDRki na wale
przy Jeziorze Dąbie, ale porywisty i lodowaty wiatr niemal dosłownie
ostudził moje zamiary i koniec końców schowałem się przed nim w
lasach. W okolicy wspaniałej szutrówki między Załomiem a
Wielgowem orientuję się, że nie mam zapasowych akumulatorków, a
garmin wyświetla "jedną kreskę". Zmieniłem więc plany
(chciałem jechać do Reptowa przez leśną przecinkę od parkingu na
DW142) i skierowałem się do Wielgowa po baterie. Nie było tu
czynnego kiosku, a do biedry nie chciało mi się wchodzić, więc
spróbowałem szczęścia w Płoni - udało się. Do baterii paliwko
w postaci woreczka M&Msów i prosto do Starego Czarnowa dawną
trójką. Ruch spory, nie wszyscy zachowywali rozsądny odstęp, ale
dotarłem tam szczęśliwie.
Kolejny etap to jazda do Glinnej, gdzie skręcam w kierunku
cmentarza żołnierzy niemieckich i, dalej, do arboretum w Glinnej.
To ostatnie mijam bez zatrzymywania i wreszcie wjeżdżam do Puszczy
Bukowej. Bardzo skoczyło mi ciśnienie. To co się tam dzieje woła
o pomstę do nieba. Tej bandzie, która tym zarządza i ma czelność
nazywać się leśnikami historia tego nie zapomni. Całe połacie
łysego lasu, Droga Górska obłożona przygotowanymi do wywiezienia
stosami drewna. W koło widać ogołocone pagórki, te zielone
pokemony tną zdrową, starą buczynę, która tyle lat przetrwała.
Warto zapamiętać nazwiska tych, którzy za to odpowiadają z
niejakim Brygmanem, który stoi na czele tego pożałowania godnego
towarzystwa. Straszne, czegoś takiego nie widziałem odkąd
jeżdzę rowerem, czyli pewnie 25 lat.
Bardzo mroźny dzień. A ja miałem dość wożenia dupy samochodem - tak się
działo, bo tydzień temu w piątek przeziębiłem się dość mocno i trzymało
mnie do środy. Ale wreszcie jazda i to przez moje ulubione Zaleskie
Łęgi. A powrót mocno wydłużony, bo nie dość, że Dąbie to jeszcze
klepnięcie tablicy w Radziszewie. Świetna jazda, czuje się lepiej niż po
jeździe samochodem.
Rano znów przez Zaleskie Łęgi. Nadal trzyma mróz, spokojnie można jeździć, błoto zamarznięte na kamień.
Wieczorny powrót przez Puszczę Bukową. Miałem obawy czy drogi będą
śliskie, ale nie. Spokojnie mozna było jechać. Albo po prostu jechałem w
nieświadomości szklanki, którą mam pod oponami :)
Rano znów przez zaszronione, spokojne i ciche Zaleskie Łęgi. O niebo
lepiej jak przez Walecznych. Trochę rower się usyfił, DDRka prawo-lewo
przedstawia obraz nędzy i rozpaczy.
Powrót przez Biedrę na Majowym, a potem, podobnie jak wczoraj, z
zawijasem przez Dąbie. Bardzo zimny wieczór - wprawdzie temperatura nie
przekraczała -3 stopni, ale wszędobylska wilgoć zrobiła swoje...
Rano przez zamrożone Zaleskie Łęgi. Po południu normalnie, przez
Przelotową w towarzystwie jednego, stukniętego, niecierpliwego kierowcy.
Zaś powrót przez lidla. Którego? A tego w Dąbiu. Byle do wiosny, niech
dzień wreszcie zrobi się dłuższy...
Rano do pracy, z lekko bolącą głową i ze średnim samopoczuciem. Po pracy
bez większych zmian. Zahaczam o selgrosa po zakupy na chaczapuri, a
potem objeżdżam Bukową, ale w skromniejszym wariancie. Dzisiaj zimno
było szczególnie dokuczliwe.
Dzisiaj #globalbiketoworkday, więc dla odmiany postanowiłem wybrać się do roboty rowerem :P
Rano bardzo zimno, poprzeczka ustawiona wysoko. Na Zaleskich Łęgach
garminowski czujnik wymierzył mi -11 stopni! O dwa mniej niż wczoraj, a
więc rekord zimy 2017/2018 pobity. Ciekawe czy zejdzie niżej?
Jak już wspominałem znów wybrałem się przez Zaleskie Łęgi, żałuję, że
nie korzystałem z tych mrozów w poprzednie dni i jeździłem przez
Zdroje. Błoto pozamarzało, jechało się wspaniale, bez aut wkoło.
Powrót trasą tradycyjną, a że jeszcze później miałem "wychodne" to i
najkrótszą drogą wróciłem do chaty. Wieczorek też mroźny, ale już nie
tak jak rano: -6.
Rano padł tegoroczny rekord zimna - nad Regalicą termometr wskazał -9
stopni... Porządnie zmarzłem, rękawiczki już do taki niskich temperatur
nie są przystosowane.
Powrót z postojem przy lidlu w Zdrojach - zakupy obiadowo-kolacyjne.
Zwykły, standardowy dojazd do prac. Tempo raczej ślimacze, żeby się
zbytnio nie spocić. Ale to i tak byłoby trudno, bo dość zimno, a ja w
niedawno zakupionej kurtce z deca, którą celowo wybrałem dość "lekką".
Za to świetnie spisują się spodnie ocieplane z lidla, które wróciły do
łask - zapomniałem o nich zupełnie. Efekt jest taki, że nie muszę
jeździć dodatkowo w kalesonach pod cienkie "lajkry".