Do pracy przez Wyspę Pucką, z powrotem przez bibliotekę. Potem rowery i bagaże w samochód i wio na P1000J! Najpierw kierunek Wejherowo. Od Koszalina do końca w towarzystwie trójkowych komentatorów meczu Polska - Portugalia na ME. Emocje nie mniejsze, a może i większe jak w TV ;)
Do i z pracy. Do, od zarządu portu, w ulewnem deszczu. Powrót krótką drogą. Trzeba oszczędzać nogi i wyrabiać w sobie głód jazdy - w weekend Pierścień 1000 Jezior...
Rano do pracy okrężną drogą. Wariant wielgowski odpada z powodu uciążliwości związanych z zamknięciem Mostu Cłowego, więc puściłem się przez Rajkowo-Przecław-Ustowo-Wyspę Pucką. Bardzo fajna pętelka. Mimo wyjazdu grubo po 6 przed rozpoczęciem dnia pracy miałem w nogach coś koło 34 km. Cały czas towarzyszył mi skraj potężnej, ciemnej chmury. Spadło zeń na mnie ledwie kilka kropel. A. miała mniej szczęścia - ją zlało porządnie.
Po pracy na camping do Dąbia po koleżankę, która bawiła u nas z wizytą. Po "gościnie" trzeba było zaś... Gościnię odprowadzić.
Żeby uniknąć tych cholernych upałów wybraliśmy się z A. na rower dopiero wieczorem. I tak start przed godziną 21, powrót krótko po 3. Warunki pogodowe wprost idealne - ciepła, księżycowa noc. Temperatura w czasie jazdy niewyższa niż 25 stopni, momentami było nawet chłodnawo (jechaliśmy "na krótko"), szczególnie na leśnych zjazdach w okolicach Widuchowej.
Pokazałem Partnerce czereśnie między Gartz a Hohenreinkendorf. Niestety, zapomniałem z ubiegłotygodniowego przejazdu na "czerwonym", że tam jest prawie kilometr strasznego bruku, który można ominąć wąskim, szutrowym poboczem.
Wiatr wiał z północy, ale nie był szczególnie uciążliwy. Pewnie dlatego, że mierzyliśmy się z nim na zalesionym, pagórkowatym polskim wariancie trasy do Schwedt.
Około 23.45 zatrzymaliśmy się na picie w Krajniku Dolnym, potem jechaliśmy, jechaliśmy i gdzieś dopiero grubo po 2 po raz pierwszy dotknęliśmy stopą ziemi. Było to na światłach w Podjuchach, a postój trwał nie dłużej jak 5 sekund (A. śmiała się, że uruchomiła czujnik umieszczony w krawężniku).
Ze Zdrojów z pominięciem Cłowego. Pocisnęliśmy centralnie przez Gdańską i to lewym pasem. A to dlatego, że w ramach przygotowań do niedzielnego maratonu został już wygrodzony.
Do Centrum, pełnego imprezowiczów wjechaliśmy po 3. I tym sposobem, unikając upałów, "normę" sobotnią śmy wyrobili :)
Rano na staż standardowo, z pominięciem Mostu Cłowego i zawijką od Pionierów do Przestrzennej.
Powrót w skwarze. By trochę się przed nim schronić przejechałem sporą pętlę po Puszczy Goleniowskiej. Na kawałku od Klinisk do Strumian jedzie się wśród sosen, które przy tym skwarze i ogólnej "suchości" rozkładają na łopatki swoim aromatem ;)
Popołudniowa przejażdżka z Agnieszką. Celem był obiad w "Zjawie" w Sławoszewie, ale wcześniej, by usprawiedliwić kaloryczną ucztę, jedziemy sobie do Wkrzańskiej przez Osów i Podbórz, a więc wspinając się nielicho. Zjeżdżamy aż do Siedlic wariantem Dawida. Potem standardowa pętelka przez Jasienicę, Tatynię do Tanowa. Początkowo chciałem jechać przez Gunicę i las ku jezioru koło Bartoszewa, ale biorąc pod uwagę "zamiłowanie" partnerki do głębokich piachów przejechaliśmy się w dwie strony asfaltem od DDRki Tanowo - Pilchowo.
Obiad jak zwykle i pyszny, i syty. Z kronikarskiego obowiązku odnotowuję porcję flaków, porcję placka zbójnickiego i porcję białej kiełbaski w sosie piwno-chrzanowym i pieczonymi, młodymi ziemniaczkami. I to drugie danie zdecydowanie było strzałem w dziesiątkę. Całość podlana, oczywiście nieobficie, cydrem z Miłosławia. Wszystkiemu przyglądała się wyszkolona suczka. Piszę "wyszkolona", bo piesek jest niesamowity - całkowicie oduczona żebrania. Gdy chciałem jej podarować malutki kawałek kiełbaski odwróciła głowę i odeszła. Wróciła dopiero, gdy zabrałem mięsiwo. Podziwu godne :)