Tak się złożyło, że w sylwestra musiałem jeszcze spędzić chwilkę na dyżurze, a dopiero po 13 miałem czas dla siebie. W tym roku mogłem przebierać w możliwościach spędzenia tego "wyjątkowego" wieczoru. Zdecydowałem się jednak na wyjazd do wujka do Trzebiatowa, z różnych względów, o których nie chce mi się tu pisać. Najważniejszy jest fakt, że trzeba było pokonać te ponad 100 km, oczywiście na rowerze, bo 2016 postanowiłem zakończyć z przytupem (ale i pewnym niesmakiem, bo nie udało się zrobić rafy na stravie).
Tym razem droga wiodła przez Goleniów, krajową "szóstkę" do Nowogardu, skąd pierwszy raz w życiu pojechałem do Gryfic przez Truskolas i Trzygłów. Bardzo fajna trasa, może nie na szosę, bo sporo dziur, ale jechało się bardzo przyjemnie. Wprawdzie kilka km za Nowogardem zorientowałem się, że mam dość mały zapas energii do przedniej lampy, więc sporą część drogi pokonałem z wyłączonym światłem (było to możliwe, bo ruchu praktycznie nie było w ogóle), ale koniec końców prąd wyczerpał się dokładnie pod wujkową klatką.
Wypadało by jakoś podsumować rok. Cóż - najlepszy w mojej karierze, ten kolejny będzie chyba jednak trochę spokojniejszy. Udało się zrealizować praktycznie wszystkie cele, które sobie postawiłem, poza tą nieszczęsną rafą. Najbardziej cieszy mnie BBT - jakby nie układało się życie dalej, zawsze mogę już powiedzieć, że udało się to zrobić. Na najbliższy rok planuję długie przejazdy, ale raczej w kategorii solo. Ostrzę sobie zęby na Warszawę, może na Śląsk? Zobaczymy...
Orkan sprawił, że nie przespałem połowy nocy zastanawiając się czy wyrwie tylko dach, czy też odleci razem z elewacją. Miałem w planach poranną przejażdżkę do Pucka, ale w tych warunkach skapitulowałem, zostawiając sobie jedynie dojazd na dworzec w Wejherowie i powrót z dworca w Szczecinie.
Jedynie silna wola sprawiła, że ruszyłem się z domu. Bardzo silny wiatr + deszcz od mżawki, do ulewnego - na szczęście, gdy startowałem był w wersji mżawka, dopiero potem się rozapadało na dobre. Błotniste, "klejące" drogi, masa podjazdów lepszego sortu, grząskie piachy. Jednym słowem niezła lekcja. Ale mimo wszystko fajnie było sobie odświeżyć stare szlaki.
Świąteczny, sentymentalny wypad po niejeżdżonych od lat trasach. Wróciłem "na tarczy" - w lasach strzebielińskich próbowałem namierzyć platformę widokową, na którą dawno temu zajeżdżałem. Niestety, nie udało się, ale wrócę tam jeszcze na pewno i ją znajdę.
Przy okazji znalazłem odchwaszczony cmentarz w Świetlinie, a na koniec przetoczyłem się (dosłownie, bo wiało jak cholera) po opłotkach Gniewina. Aha, przewijały się jeszcze lepiej lub gorzej zachowane fragmenty linii kolejowej Wejherowo - Garczegorze.
Z oczywistych względów w ciuchach cywilnych. Tam było ok, ale podczas powrotu zerwała się straszna nawałnica z potężną ulewą. Po kilkunastu sekundach byłem całkiem przemoczony. A to ledwie kilka kilometrów.
Na święta postanowiłem pojechać okrężną drogą, zaliczając przy okazji brakujące dwie gminy w północnej części pomorskiego. Droga jak droga wytyczona w open street map - między Swołowem a Ustką nadziałem się na kilka kilometrów leśnego bruku pokrytego masą błota. Potem, już za Ustką, R10 poprowadzony dawnym nasypem kolei z Ustki do Komnina - fragmenty były znośne. Całe wrażenie psuły kawałki rozryte przez dziki albo ciężki sprzęt. Miejscami rower niemal przyklejał się do błotnistej mazi.
Kulminacyjnym punktem był przejazd przez Smołdzino, pod samym Rowokołem - świętą górą Kaszubów. Szczyt jest wybitny, ma 114 m, biorąc pod uwagę nadmorskie równiny... Dość napisać, że stanowił ważny punkt nawigacyjny dla okrętów.
Końcówka, mimo chęci, w Lęborku, skąd SKMka zabiera mnie do Wejherowa. Rower, tradycyjnie, jedzie za darmo.