m i c h u s s

avatar Na BSach przebyłem 133994.92 km z prędkością średnią 21.52 km/h.
Więcej o mnie.




Follow me on Strava




button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl

Archiwum bloga

Wpisy archiwalne w kategorii

>300 km

Dystans całkowity:7954.36 km (w terenie 26.60 km; 0.33%)
Czas w ruchu:333:59
Średnia prędkość:23.82 km/h
Maksymalna prędkość:65.70 km/h
Suma podjazdów:30949 m
Maks. tętno maksymalne:176 (92 %)
Maks. tętno średnie:146 (76 %)
Suma kalorii:135220 kcal
Liczba aktywności:17
Średnio na aktywność:467.90 km i 19h 38m
Więcej statystyk
  • DST 724.94km
  • Czas 30:32
  • VAVG 23.74km/h
  • VMAX 60.84km/h
  • Temperatura 18.0°C
  • Kalorie 20217kcal
  • Podjazdy 3946m
  • Sprzęt Kazik
  • Aktywność Jazda na rowerze

MPP 2020 1/2 (Hel - Daleszyce)

Sobota, 12 września 2020 • dodano: 17.09.2020 | Komentarze 9

MAPA

Tym razem, dokładnie na odwrót jak 2 lata temu, udział w maratonie był całkowicie spontaniczny. Mianowicie na dwa tygodnie przed nim poczułem, że jednak może się to udać, bo samym przejechanym dystansem (prawie 7000 km) jakąś tam formę sobie wyrobiłem. Zacząłem dopinać wolne w pracy, co w szczycie sezonu urlopowego nie było takie łatwe i de facto dzień przed dostałem zielone światło. W tej sytuacji, żeby wyeliminować czynniki ryzyka decyduję się na przewiezienie siebie i roweru w piątek po pracy własnym samochodem do Wejherowa, skąd na Hel pojadę z bratem. Z tym, że on wróci do Wejherowa autem. Początkowo myślałem, że przyjadę po nie w kolejny weekend, ale potem zrodziła się lepsza myśl i przyjechał odebrać mnie na Głodówkę we wtorek wieczorem.

W wieczór poprzedzający dzień startu luźno gadamy sobie z czerkawem. Ja już nawet nie wypijam piwka, bo jest dość późno. Robimy zakupy w żabce na śniadanie, po 22 gasimy światło i zasypiamy. Ja budzę się koło 3 i już nie zasypiam. W tej sytuacji, gdy okazuje się, że i czerkaw przewala się z boku na bok idziemy ponownie do żabki, tym razem po gorącą kawę i do piekarni Konkol, już kultowej, bo i dwa lata temu tam zawitaliśmy. Drożdżówa tu kupiona doda mi potem paliwa gdzieś na Kaszubach. Po zjedzeniu śniadania ogarniamy rowery i wio na start.

Tam, jak to zazwyczaj bywa, nerwowa atmosfera oczekiwania. Ja jeszcze, jako, że wczoraj przyjechałem za późno, ogarniam bagaż na metę i gpsa. Przemawiają jacyś oficjele, pare słów wygłosił Wąski, jest policja. Możemy ruszać. I tym razem dość spokojnym tempem, poniżej 30 km/h dociągamy do Władysławowa, a konkretnie do rondka u wylotu na Łebcz, gdzie wbrew większosci wjeżdżamy na DDRkę, włącznie z tym, że potem szlakiem zwiniętych torów mkniemy aż do Minkowic koło Krokowej. Tuż za tą wsią, na podjeździe pod Jeldzino wyprzedzamy Marcela Gawrona. Mam dejavu, bo tak samo to wyglądało to 2 lata temu. Tym razem jednak albo to my jedziemy szybciej, albo Marcel wolniej ;) Uporczywy, ciągnący się kilka km podjazd aż do szalonego zjazdu nad brzeg Jeziora Żarnowieckiego. A chwilę później podjazd pod Kaszubskie Oko koło Gniewina, czyli - jak to określił ktoś na stravie - Kaszubski Orlinek :D Nie zatrzymujemy się na górze nawet na chwilę (tak było w 2018 - w ogóle analogie do 2018 to był mój "konik" podczas wyjazdu, głównie mam na myśli pilnowanie czasu w odniesieniu do km, na którym się aktualnie znajdowaliśmy). Jedziemy dalej przy ośrodku internowania w Strzebielinku. Potem ostry zjazd do Rybna i żmudne nabijanie kilometrów pod wiatr. Znam te drogi, więc trochę mnie to deprymuje. Jeździłem tędy często, gdy mieszkałem w Wejherowie. I zapewne mając taki wiatr w pysk szybko bym szukał alternatywy. Ale tu nie ma alternatywy, trzeba jechać do Zakopanego :D A jeszcze dodatkowo, między Zelewem a Kębłowem widzę sam siebie, trzy tygodnie wstecz jak jadę Kazikiem jeszcze w gravelowym "obuciu" ten odcinek z kojącą myślą, że nie będę w tym roku tłukł się tędy mając przed sobą szmat drogi. Taki to był spontan jeżeli chodzi o decyzję o starcie :) Przed skrzyżowaniem luzińskim przy drodze stoi mój brat z żoną i synkiem, machają mi. Bardzo  miłe :)

Kolejne kilometry to mordęga pod wiatr. Z małymi odpoczynkami, gdy droga odbija na chwilę w inny kierunek niż południe czy południowy zachód. Pod Hopami trafiamy na odcinek specjalny - remontowana jest tam nawierzchnia, trzeba około kilometra pokonać po szutrze. Szczęśliwie udaje się to. Podobny remont był też między Kębłowem a Luzinem. W Łapalicach stajemy na chwilę przy sklepie. Dojeżdża tam za nami Tolaf, a potem Wojtek Łuszcz. Wypijamy co trzeba i po chwili jedziemy dalej (to był drugi postój sklepowy, pierwszy mieliśmy - jak 2 lata temu - w Wyszecinie). Po tym postoju mamy piękny kawałek, między jeziorami. Mijamy kaszubskie "kurorty" - Chmielno i Ostrzyce. Na koniec mały wywijas do Somonina i podjazd pod Egiertowo, gdzie osiągamy DK20 i przy okazji jemy obiad w włoskiej knajpie. Krem z pomidorów plus makarony - ja carbonarę. Popas trwa około 45 minut, w sam raz, by złapać trochę energii i ruszyć dalej. Podzieliłem sobie w nawigacji ten cały przejazd na "wirtualne" odcinki. I tak pierwszy, a zarazem najdłuższy ze wszystkich wiódł z Helu do Egiertowa. A potem już skokami po góra 30-35 km: Starogard, Gniew, Kwidzyn i Kisielice. W tych ostatnich planowaliśmy dłuższy postój na lotosie, bo potem z kolei miał być długi przelot do Sierpca - aż 122 km w nocy przez "pustynię" bez sklepów i stacji benzynowych. I taki dłuższy postój się odbył. Wcześniej także na lotosie przed Gniewem, a potem w Kwidzynie na kebsa.

Odcinek o Kisielic w stronę Sierpca to powtórka z rozrywki sprzed lat - czerkaw znów ma torsje żołądkowo-jelitowe. Ledwo się wlecze, choć co jakiś czas zwalniam, ba, raz nawet zawracam do niego. Wygląda to niewesoło. Początkowo byłem optymistą, bo pamiętałem jak to skończyło się 2 lata temu. Niestety tym razem jest gorzej. W końcu czerkaw podejmuje rozsądną decyzję i tuż przed Świedziebnią postanawia nie jechać dalej po trasie, tylko zjeżdża na całodobowy Orlen w Rypinie. Ja od tego momentu przyspieszam, wkładam sobie słuchawki w uszy i przez uśpione kujawsko-pomorskie, a potem mazowieckie sunę ku Sierpcowi.

W tym miasteczku lokalni rowerzyści wykazali się wspaniałą inicjatywą i czekali na każdego z blachami domowego ciasta i każdą ilością kawy i herbaty. A wiadomo jak takie ciacho smakuje, gdy ma się już 415 km w nogach? Bardzo dobrze smakuje. Posilam się trochę, popijam i za Tolafem ruszam w stronę Płocka w bojowym nastroju ;P Za Olafem jadę dłuższą chwilę, momentami nawet gadamy, ale w końcu tak się to układa, że zostawiam go za plecami i jadę znów sam.

Przez senny Płock przejeżdżam dość długo, próbując korzystać z infry rowerowej. Intujcyjność jednak tejże woła o pomstę do nieba. I tak będzie prawie w każdym miasteczku, zawsze ta sama myśl - oby nie było ścieżek. Za miastem ściągam ciuchy wieczorno-nocne i z racji piękego dnia jadę na krótko. Mijam Gąbin, potem w jakiejś przydrożnej wiosce w sklepiku staję na śniadanie (bułka z twarożkiem), a potem przez dziesiątki kilometrów mijam krajobraz-xero. Wszystko jest identyczne: identyczne pola, identyczne domy, identyczne asfalty krzyżujące się pod kątem prostym - i złudzenie, że gdzie by się człowiek nie ruszył to ma wrażenie, że ciągle jest w tym samym miejscu.

Kolejny, "mój" punkt to Skierniewice. Tam spotykam Bartka z MarioBikerem. Wywiązuje się luźna gadka co do wizji dalszej jazdy. Ja wiem, że będę brał drugiej nocy nocleg. Mariusz jest przeciw, ale jego kompan, Bartek - jak najbardziej na tak. I tak się rozjeżdżamy - ja zaczynam zajadać kebsa w ramach obiadu, a oni ciągną spokojnie na metę. Jednak po kilkudziesięciu minutach doganiam chłopaków. Bartek akurat kończy rozmowę i mówi przez telefon: "aha, czyli nocleg na dziś mam zapewniony". Chwilę później ustalamy, że dołączę w to miejsce - sam miałem je w przygotowanej zawczasu rozpisce. To Daleszyce w Górach Świętokrzyskich. Trochę dalko od mety, myślałem o Stopnicy nawet na 774 km. Ale koniec końców wygrywa opcja wcześniejszego wzięcia prysznica i położenia się spać. Dzwonię, zgłaszam siebie. I jak to zwykle bywa w takich okolicznościach jedzie się już dużo sprawniej, z konkretnym celem :)

Przed Skarżyskiem zaskakuje mnie duży podjazd w Aleksandrowie, a potem fajny zjazd w dół. Skarżysko mijamy jakoś bokiem i po 9 km wbijamy na Orlen w Suchedniowie. Ja zjadam kolację, wypijam herbatę i ruszam na świętokrzyskie pagóry, dopełnić dzieła na dziś. Pod Agro melduję się o 22.30, prysznic i już po 23 rozpoczynam sen z metą o 3.00 ;)

Pierwszy etap minął całkiem nieźle. Bez większych kryzysów - poza tym związanych z "usterką" czerkawa. Poza tym mocno zniechęcony byłem też - pamiętam - w Przywidzu. A tak to nie ;)

Odrębne słowo na zachowanie się kierowców... Nie wiedziałem do tej pory, wypieszczony przez zachodniopomorskie warunki, co znaczy walka o życie. Beznadzieja - trąbienie, miganie, rzucanie czymś w ludzi, wyprzedzanie na gazetę, itd... Brak elementarnego poszanowania dla innych, szczególnie tych mniej chronionych uczestników ruchu. W zachpomie, odnoszę wrażenie, nie do pomyślenia, że o sąsiadach zza Odry nie wspomnę... Najgorzej mi zapadł w pamięć odcinek od Nowego Miasta nad Pilicą do zjazdu na Przysuchę. Dawno z taką ulgą nie zjeżdżałem z głównej, gładkiej drogi w boczne szosy ;)





























  • DST 449.00km
  • Teren 3.60km
  • Czas 18:26
  • VAVG 24.36km/h
  • VMAX 47.70km/h
  • Kalorie 12299kcal
  • Podjazdy 1467m
  • Sprzęt Hanka
  • Aktywność Jazda na rowerze

Szczecin-Poznań-Łódź

Sobota, 20 lipca 2019 • dodano: 21.07.2019 | Komentarze 8

MAPA

Plan na Łódź miałem już rok temu. Okazało się, że będę miał sprzyjająco ułożone dyżury w pracy, przy okazji koleżanka-instagramowiczka co to chcieliśmy poznać się w realu też miała wolne, więc nie pozostało mi nic innego jak ułożyć trasę i pojechać. Do tego pierwszego, dość ryzykownie, użyłem pewnej aplikacji. Można powiedzieć, że w ręce aplikacji Komoot powierzyłem ducha mego ;) Wyszedłem na tym nieźle - na 450 km trasie wyszły niecałe 4 km szutru, nie bardzo podłej jakości ;) Po prawdzie można by i to wyeliminować, bo w zakładce rodzaj nawierzchni wyświetla się "paved" i można sobie opracować objazdy. Po wyeliminowaniu dwóch dłuższych odcinków doszedłem do wniosku, że te kawałeczki strawię. I bardzo dobrze, bo dzięki temu Ner przekraczałem w uroczym miejscu, przy młynie, gdzie nigdy bym w życiu nie trafił. I pewnie nie trafię ;)

Wyjazd w piątek wieczorem, o 18.30. Wiedziałem, że mogę sobie folgować z czasem, bo spotkanie było ustalone na 24 h później. A do przejechania 450 km, brutto mniej jak 20 km/h. Pojechałem więc niespiesznie, fotografując to i owo. W Barlinku, chwilę po zapadnięciu zmroku staję na orlenie, który kojarzę z dwóch innych wyjazdów: z Shrinkiem w 2018 i 4gottenem oraz Wąskim w 2016. Przesyłam zdjęcia na insta do relacji, przywidzewam długi rękaw, krótki mocując do podsiodłówki i ruszam. Tutaj tracę niestety czujnik temperatury garminowski. Od dawna licho się trzymał, zaniedbałem poprawę mocowania to teraz mam :( Morale trochę spadło, dodatkowo nadwątlone stromym podjazdem na wyjeździe z miasteczka i deszczem, który akurat zaczął padać. Nie stanowi on problemu, wręcz przyjemnie chłodzi, bo noc jest ciepła. O dziwo, ruch do Strzelec też dość duży. Mijam stojące na awaryjnych auto, które roztrzaskało sarenkę. W ogóle dzikiej zwierzyny dość dużo się przewinęło, na szczęście obyło się bez spotkań pierwszego stopnia :) W Strzelcach krótki postój na rondzie i zjazd w dolinę Noteci. Kolejne zatrzymanie dopiero w Międzychodzie, na pełnej pijanej młodzieży stacji orlenu. Wzruszam ramionami na to towarzystwo, rower opieram tradycyjnie o półkę z płynami do spryskiwaczy i po chwili delektuję się colą i pierogami z mięsem. Bo kajazerek-rumsztyk oczywiście co? Nie ma ;) Uzupełniam też wodę do "bidonów" i o punkt 2 ruszam dalej. Wpadam na DK24 i nią ciągnę bez zatrzymania aż do Pniew, gdzie łączy się z DK92. Na obu ruch dość mały. 90% stanowią ciężarówki poruszające się w "sznurach" i zachowujące bezpieczny odstęp, sygnalizując kierunowskazami manewr wyprzedzania, co doceniam, bo dzięki temu ci jadący daleko z tyłu widzą, że coś jest na rzeczy. Coś na rzeczy, a konkretnie tarcza hamulcowa od przyczepy na poboczu była też w Kwilczu. Nie zauważam jej i z pełnym impetem wpadam kołem przednim i tylnym. Z wrażenia aż zawracam sprawdzić co to było... Szczęśliwie nic się nie stało, a ja dostaję nauczkę, że trzeba obserwować dokładnie drogę. Pniewy przejeżdżam miastem, a nie obwodnicą. Potem odliczam już km do Poznania, jednak na przedmieściach ślad każe zjechać mi w bok i na dzień dobry dostaję 2 km przyzwoitego szutru, który kończę przy pałacu w Jankowicach. Potem wiochy, które kojarzę z wpisów Trollkinga, jak np. Lusówko czy Wysogotowo.

Poznań przejeżdżam dokładnie cały na przestrzał, zaliczając nawet skrzyżowanie przy dworcu głównym PKP. Do godziny 6 brakuje kilkunastu minut, więc wszystkie żabki zamknięte, a ja marzę o chrupiącej bułce i kabanosach. Ukojenie znajduję na stacji lotosu. Stanowią je cappucino i zapiekanka, potem jeszcze cola i mleko (!). Miasto opuszczam już w gorszym humorze, bo ślad prowadzi jakąś trzypasmową arterią, a ja wybieram prowadzącą wzdłuż DDRkę asfaltową, która po chwili odbija w stronę jakiegoś osiedla, a ja zostaję jak "obsrany" ;) Koniec końców jakoś tak kombinuję, że przebiegam przez trzy pasy z jednej strony, by dostać się na właściwą jezdnię ;)

Następne km mijają dość sprawnie, mimo, że krajobraz dość monotonny. Znów zaliczam jakiś szutrowy skrót, potem mijam zadbane miasteczka - Środa Wlkp., Pyzdry. Fotografuję pałac w Winnej Górze. Dość często zatrzymuję się - o ile nie chce mi się zbytnio jeść, o tyle pochłaniam niebotyczne ilości picia wszelkiego rodzaju, tworząc mieszanki wybuchowe jak np. truskawkowe mleko muller milch i cola na to :) 

Kawałek za Pyzdrami przejeżdżam przez fajne skrzyżowanie. Fajne, bo jadąc MPP przecinaliśmy je w poprzecznym kierunku - miejscowość Łukom. W Tuliszkowie odbijam ostatnią "setkę", wypijam radlera jeżeli dobrze pamiętam i ruszam dalej trafiając na najbardziej antyrowerowe miasto tego wyjazdu, którym jest Turek. Na wjeździe i na wyjeździe z miasta liczne, gówniane, podziurawione, poprzecinane wyjazdami z posesji, pełne szkła i syfu CPRy. To w otoczeniu zakazu ruchu na rowerze. Jednak muszę też przyznać, że na wylocie, na krajówce na Łódź z ulgą korzystam z tej alternatywy, bo ruch masakryczny, a kierowcy nieostrożni... Obawiałem się, że aplikacja do samej Łodzi poprowadzi mnie tą DK72, ale na szczęście w Uniejowie każe mi jechać prosto, na Ozorków, a potem odbijam w boczne asfalty. W bidonach sucho, a sklepu ani widu, ani słychu... W końcu jednak znajduję jeden otwarty i świetnie zaopatrzony :) Lodówki chłodzą, a nie, jak to jest w zwyczaju w małych, wiejskich sklepikach stoją ciemne i "ciepłe". Decyduję się nawet na arbuza, a pani pożycza mi do niego nożyk. Na to, a jakże!, mleko muller milch, bo organizm się domaga ;) Szczęsliwie - żadnych przygód później ;)

Na krótko znów wpadam na DK72, potem przez Zgniłe Błoto docieram do granic Łodzi i całkiem sensownymi, spójnymi DDRkami docieram do Parku Poniatowskiego, gdzie się umówiliśmy i gdzie zaczyna się jeden z najfajniejszych jeśli nie najfajniejszy sobotni wieczorów tego roku :)















< ><><>< ><><>











<>< ><><><>< ><><>




  • DST 564.50km
  • Czas 22:17
  • VAVG 25.33km/h
  • VMAX 47.60km/h
  • Kalorie 15717kcal
  • Podjazdy 2095m
  • Sprzęt Hanka
  • Aktywność Jazda na rowerze

Maraton Podróżnika 2019

Sobota, 1 czerwca 2019 • dodano: 05.06.2019 | Komentarze 13

MAPA

Zacznę może od tego, że w trakcie jazdy dotarła do nas nieprzyjemna wiadomość, iż jeden z zawodników jadących dystans "300" uległ wypadkowi. A konkretniej na 300 metrów przed metą (sic!) uderzyło w niego auto. Stan określany był jako ciężki, przetransportowany został do szpitala śmigłowcem. Dziś, gdy piszę te słowa (6 czerwca tuż po północy) wiemy, że ów uczestnik wyścigu zmarł... Ciężko cokolwiek napisać, straszna wiadomość... Mógł to być każdy z nas...

[*]

Na starcie podróżnika stajemy w grupce, którą roboczo określiliśmy "Morświny" w składzie czerkaw (Paweł), owsianka (Kamil), shrink (Sebastian) i ja. Już w czasie przygotowań do startu na rynku Kamil orientuje się, że brakuje mu śruby trzymającej blat w korbie (takie małe "kominy"). Ustalamy więc, że po starcie on uda się do pobliskiego sklepu rowerowego, a my w trójkę jedziemy przed siebie i oczekujemy aż nas dogoni. Przypuszczaliśmy, że nastąpi to na punkcie żywieniowym na 263 kilometrze. Jakież więc było nasze zdziwienie, gdy zdyszany Kamil wpadł na nas już na PK1, w Krzywdzie. Tzn punkt był formalnością, sam w sobie jako taki nie istniał. Spędziliśmy tam jednak około 20 minut, po czym ruszyliśmy w dalszą drogę. Staraliśmy się trzymać reżim postojowy i prędkościowy. O ile to pierwsze wyszło, przynajmniej przez większą część soboty, o tyle z drugim były już "problemy". Ale trzeba przyznać, że ciężko jest trzymać limit 27-28 km/h, gdy wiatr sporo pomaga i można korzystać z przywilejów jakie daje jazda w "peletonie".

Jak wspomniałem pierwszy, większy postój w Krzywdzie (przed nim był sikustop, pomocostop - Sebastian przystaje przy naprawiającym swoją linkę od przerzutki tylnej Konradzie Adkonisie i fotostop). Kolejne postoje staraliśmy się robić co 40 km, ale to takie krótkie, żeby na moment przystanąć. Potem kolejny popas na stacji lotosu w Parczewie. Tutaj zostaję wyproszony z klimatyzowanego wnętrza, bo otworzyłem i zacząłem pić Radlera 2%... Koniec końców wszyscy i tak siedzimy przy dystrybutorach (jedyne miejsce, gdzie był cień). W międzyczasie wyprzedza nas "grupka Wilka", z którą kilka razy się będziemy dziś tasować.

Kolejny punkt "orientacyjny" na trasie to graniczna Włodawa. Nim jednak tam dojedziemy po trasie są Wyryki, gdzie Sebastian musi poprosić o wodę w przydrożnej chałupce. Udaje się wszystko załatwić, a przy okazji zamienić parę słów i uwiecznić tę scenkę na matrycy. Bratanie z miejscową ludnością - zaliczone. We Włodawie zaliczamy kolejny postój, tym razem znów na stacji orlenu. Mimo, że do punktu żywieniowego nieco ponad 30 km biorę sobie tutaj chemiczną, pyszną zapiekankę z kurczakiem. Do tego zimne napoje, pogawędki na polbruku między innymi z Pablo, który pokonywał trasę MP w sposób "nieformalny", przy okazji dojeżdżając nań i zjeżdżając z niej do Warszawy na rowerze. Po pobraniu kalorii ruszamy przygranicznym, leśnym odcinkiem aż do Woli Uhruskiej. Trasa ciekawa, po drodze Lasy Sobiborskie, rezerwaty przyrody, cisza, sielanka i spokój z Bugiem po naszej lewej stronie.

W Woli Uhruskiej dość długi i "mocny" podjazd. Chyba pierwszy taki na tej trasie. Gdy wjechaliśmy do góry czekało nas kilka km w pofałdowanym terenie aż docieramy do punktu żywieniowego w miejscowości Tomaszówka. Przysługuje nam porcja makaronu z mięsnym sosem. Zjadam to ledwo, ledwo, bo chwilę wcześniej korzystaliśmy z orlena. Wmuszam makaron, niektórzy biorą dokładkę, opijam się herbatą, podjadam trochę jabłka i już rach-ciach mamy planowane 40 minut postoju za sobą. Wyjeżdżamy 5 minut później i od razu dostajemy najpierw fajny podjazd, a zaraz potem długi zjazd. Grupa Wilka wyjechała przed nami, ale że przywdziewają na siebie cieplejsze fatałaszki to w Sawinie ich mijamy. Potem dość dłużący się odcinek do Cycowa, który zapamiętałem z Pięknego Wschodu 2016. Ten kawałek Sawin-Cyców szedł bardzo szybko i sprawnie. Chęci do pedałowania dodaje też zapadający zmrok i widmo nocnej przygody ;)

W Cycowie znów postój. Ja wykorzystuję go na założenie dodatkowej warstwy ciuchów. Część kolegów zjada to co zabrali z sobą z PŻ (były drożdżówki i zwykłe kanapki), a po około 15 minutach jedziemy już dalej z wizją mety za około 250 km.

Kolejny odcinek jakoś wyleciał mi z głowy. Wiem tylko, że gdzieś wpadamy na grupę Wąskiego oraz chyba jeszcze jakąś. Trafiamy akurat na moment, gdy ruszają i przez dłuższą chwilę podjazd, równe, a potem karkołomny zjazd po wielkich dziurach robimy w towarzystwie dodatkowych, kilkunastu rowerzystów. Stajemy w jakiejś wiosce w mini parku i rozsiadamy się na ławkach. Część je, część pije, aż pada hasło, że niedaleko już Bychawa i orlen tamże. To sprawia, że w try mi ga się zwijamy i ruszamy do tej oazy. Schodzi szybko, bo to ledwie 13 km.

Na stacji jest już sporo "naszych", w tym grupa wilka, która prawdopodobnie wyprzedziła nas w Cycowie. Oni akurat ruszają, my kokosimy się wkoło budynku i wewnątrz. Panie przemiłe, obsługujące potwierdzają, że mają oblężenie rowerzystów i, że z wolna są już tym zmęczone ;) Ruszamy po jakichś 30-40 minutach, ale w taki sposób, że Sebastian odjeżdża, a ja z czerkawem orientujemy się, że nie ma z nami Kamila. Po dłuższej chwili wychodzi uśmiechnięty, bo skorzystał  WC. A my w tych okolicznościach ruszamy w ślad za Sebastianem, który czeka na nas kilkanaście km dalej z kolegą, który postanowił na metę dojechać z Morświnami ;)

Z kolejnych fragmentów pamiętam nadchodzący świt przed Urzędowem, kilka minut postoju na czymś na kształt rynku tamże i odjazd w kierunku nieodległej Wisły. W końcu docieramy do Józefowa, a zaraz potem przekraczamy rzekę mostem i osiągamy skraj Solca. Wspinamy się pod stromą skarpę, a chwilę później z niej zjeżdżamy w poszukiwaniu stacji orlenu. Całe zdarzenie zbiega się z silnym zmęczeniem i rodzi niesnaski w naszej grupce - w takich momentach widać przewagę jazdy solo (która ma też i swoje minusy, bo nie ma się z kim dzielić wrażeniami chociażby). Efekt jest taki, że tracimy około 30-40 minut oraz wysokość, którą trzeba z powrotem podjechać. Stacja okazuje się być całodobowym sklepem, w którym i tak nic nie ma... Wszystko to sprawia, że niezbyt uważnie (w sensie rozglądania się na boki) przejeżdżam fajny odcinek do Góry Puławskiej, gdzie stajemy na 20-30 minut postoju śniadaniowego. Chłopakom, którzy chcieli by się zatrzymywać częściej obiecuję krótkie, pięciominutowe postoje na 50 i 25 km przed metą (z Góry Puławskiej jest 77 km na metę). Wychodzą nam zamiast dwóch - trzy dłuższe postoje. Jeden na tym 50 km, drugi zaraz za Kozienicami pod kapliczką, gdzie ja doznaję (przejściowego na szczęście) odcięcia mocy i trzeci, jedynie 21 km przed metą, ale niezbędny w związku z suszą w bidonach, połączoną z wzrastającą w tempie ekspresowym temperaturą. Ten ostatni kawałek zresztą lecimy jak zaklęci, jak na skrzydłach. A tak się nam przynajmniej wydawało z tym dystansem, który mieliśmy w nogach.

Trochę rozczarowuje mnie czas, w którym dotrzemy na metę. Chcieliśmy to zrobić przed południem, ale już widać, że nie ma na to szans. Jednak krótko przed metą przypominam sobie, że przecież startowaliśmy o 8.05! Więc jeżeli się bardzo sprężymy to zejdziemy z czasem poniżej 28 godzin. Przebieramy więc nóżkami co nie miara i o 12.02 przekraczamy bramę kempingu Nad Pilicą wśród oklasków zgromadzonych tam już zawodników. Chwilę później obiad, piwko, a na to wszystko porządna, ciężka burza z piorunami i mocną ulewą. Jakie to szczęście, że dopiero tutaj, że już pod dachem. Bo pogoda dopisywała przez cały czas - nie za gorąco (może poza niedzielą), wiatr niezbyt silny, na dużej części pomagający. Słowem typowe - bo na MP zawsze pogoda była sprzyjająca.

Smutnym faktem są te nieszczęsne wypadki, bo oprócz opisywanego na wstępie było jeszcze kilka innych zdarzeń, które odbiły się na zdrowiu niektórych zawodników.

Organizacja maratonu - wzorowa. Super miejsce na bazę. Piękne medale, przemiła, uważna i opiekuńcza obsługa. Możliwość spotkania nowych i starych znajomych - tu ukłony dla Katany, która pod "skrzydłami" Wilka pokonała te 565 km w pięknym czasie 26 godzin z minutami. Drogi, poza felernym zjazdem w okolicach Lublina, dobrane bardzo sensownie. Osobiście, poza wspomnianym, nie pamiętam dłuższych odcinków, gdzie sprzęt dostawał w kość. Świetnym pomysłem był kupon do wykorzystania na stacjach orlen leżących przy trasie. Super estetyczne medale. Bardzo fajne nawiązanie do specjalności lokalnej, czyli sadownictwa - skrzynki pełne jabłek dostępne dla każdego. No i obłędne krówki, które ratowały na trasie, a nawet dzień po podczas długiej podróży do zachpomu.

Odrębne podziękowania składam dla Trendixa za użyczenie bagażnika rowerowego.

Chyba tyle :)














































  • DST 365.50km
  • Czas 14:17
  • VAVG 25.59km/h
  • VMAX 46.80km/h
  • Temperatura 5.0°C
  • Kalorie 10690kcal
  • Podjazdy 2285m
  • Sprzęt Hanka
  • Aktywność Jazda na rowerze

Sopot

Sobota, 4 maja 2019 • dodano: 05.05.2019 | Komentarze 9

MAPA

W 2016 pokonałem trasę Szczecin-Gdynia. Wówczas zastanawiałem się nad celem i przez chwilę pomyślałem, że fajnie byłoby dojechać na sopockie molo. Co się odwlecze to nie uciecze i 1 maja, podczas przejażdżki do Schwedt, kierowany lekkimi wyrzutami sumienia, bo rok temu o tej porze już pierwszą trzysetkę, wprawkową do MP za sobą uznałem, że do pomysłu trzeba powrócić. Pogoda - tak sobie. Z jednej strony wiatr miał być sprzyjający, ale za to aura raczej jesienna - do 7 stopni i możliwe opady deszczu. Przygotowawszy rower wieczorem położyłem się spać o 21.30, co i tak nie zmieniło faktu, że zasnąłem dopiero po 23. Budzik zadzwonił o 2.30, przestawiłem go o kilkanaście minut i koniec końców wstałem trochę po 3. Słuszna porcja makaronu z serem i keczupem i można ruszać w drogę.

Start spod domu dokładnie o 3.48. Jadę przez ciemną Puszczę Bukową Drogą Kołowską, którą, łącznie z jej dziurami i "niespodziankami" znam na wylot ;) Dziwią mnie tylko dwa auta, z którymi mijałem się o 4 nad ranem. Gdy docieram do Starego Czarnowa na horyzoncie już szarzeje. Te pierwsze "dziesiąt" km to jazda "w automacie", gra muzyka, myślę o tysiącu różnych rzeczy i nawet przez chwilę nie zastanawiam się ile km jeszcze do przejechania. Z zamyślenia wyrywa mnie dopiero moje własne odbicie w jednej z witryn sklepowych w Chociwlu, na którym dostrzegam dziwnie zwisającą podsiodłówkę, ocierającą niemal o oponę. Staję, trochę koryguję paski i mam wrażenie, że jest lepiej. Potem kolejne km jazdy na granicy komfortu termicznego - jadę w dwóch warstwach na górze (zimowa koszulka dość gruba plus "potówka", ale też z długim rękawem) i jednej na dole. Na przystanku Miałka (to jest przed samym Ińskiem) z rozsądku zatrzymuję się, by zjeść batonika, napić się i dalej powalczyć z tą cholerną podsiodłówką. Chwile zaraz po odjeździe to męczarnia - jest bardzo zimno. W najgorszym momencie poranka termometr wskazuje 1 stopień powyżej zera.

Na szczęście jest bardzo ładnie, słonecznie i, co najważniejsze, wiatr ewidentnie sprzyja. Łykam więc szybko kolejne kilometry. Kolejny "romans" z dwudziestką zaczynam koło Ginawy i, mijając Drawsko, Złocieniec dojeżdżam nią do Czaplinka. Grubo przed planem, który zrobiłem sobie przed wyjazdem.

W Czaplinku odbijam na DW171, którą pamiętam z wojaży samochodowych. To bardzo malownicza droga. Tutaj też zaczynają się pierwsze "górki". Gdzieś za Polnem wyprzedzam ciągnik - po równym jedzie jak dla mnie trochę za wolno, jednak chwilę dalej zaczyna się dość długi podjazd i słyszę ryk Ursusa cały czas za plecami. W końcu zjeżdżam na pobocze i puszczam go przodem. Zjadam kolejnego batona, rozsyłam w świat łocapy i smsy, że wciąż żyję i ruszam pełen werwy dalej. 

Kilkanaście kilometrów dalej znów staję, tym razem na dłużej. W Starym Chwalimiu w sklepie spożywczym kupuję jogurt pitny, drożdżóweczkę i radlera warki, tego ciemnego, cytrynowego, bardzo dobrego :) Schodzi na to kilkanaście minut, w tym na rozmowy z przedstawicielami miejscowego establishmentu i odjeżdżam, jak po każdym postoju dygocąc z zimna, w dal.

Bardzo fajny odcinek zaczął się w Czechach, gdzie zjeżdżam z DW171 i odbijam w boczne, zapomniane, ale wciąż w bardzo dobrym stanie asfalty. Nimi to dojeżdżam w końcu do Białego Boru. Gdy wjeżdżam do miasteczka to zaczyna padać deszcz, a chwilę po wejściu do karczmy o intrygującej nazwie Leśniczanka sypie gradem! Proszę panią kelnerkę o zgodę na wniesienie roweru do środka - udaje się bez problemu. Jedzenie na przyzwoitym poziomie, a kompot jabłkowy z cynamonem to już creme de la creme ;) Biorę na koniec dodatkową szklankę i tak zaopatrzony ruszam do coraz bliższego (155 km) celu podróży.

Posiłek w zestawieniu z tym mega kompotem i wiatrem w plecy daje mi takiego szwungu, że nawet nie zauważam, gdy wpadam serpentyniastym zjazdem do Miastka. Przejeżdżam je na pełnej... już nie powiem co ;) Bo tam cały czas z góry. Dopiero na rogatkac zaczyna się dość mozolny, długi, wypłaszczający się przez wiele km podjazd. Jednak pogoda dobra, morale przyzwoite - jedzie się znakomicie. Nawierzchnia na DK20, bo od Białego Boru aż do Bytowa znów była mi towarzyszką, przyzwoita. Tutaj też sporo pagórków i zakrętasów. Ta droga (odcinek Bytów - Miastko) nazywana jest przez miejscowych drogą stu zakrętów - kiedyś mieszkałem w okolicy to wiem :)

W Bytowie, skąd inąd urokliwym, psuje się pogoda i potem przez wiele długich kilometrów zrobi się szaro, mżawkowato, bardzo zimno i nieprzyjemnie. Szczęśliwie widoki osładzają to wszystko. Natomiast zdecydowanie psuje - nawierzchnia dróg i wariaccy kierowcy. Jakieś 15 km od Bytowa i potem 15 km przed Kartuzami były najgorsze. Szczególnie ten drugi fragment mroził krew w żyłach.

W Sulęczynie staję na stacji benzynowej, potem jeszcze na krótko przed samymi Kartuzami w jakimś sklepiku i przez Żukowo, Chwaszczyno, gdyńskie Karwiny docieram do kultowej ulicy Sopockiej - wspaniały, kręty, miejscami z serpentynami zjazd do Sopotu od strony Wielkiego Kacka. Pruje się wspaniale. No ale nie ma się co dziwić - na dość krótkim odcinku zjeżdża się ze 120 m nad morze.

Równo o 20.20 melduję się przy sopockim molo. Zadowolony i dumny sam z siebie - kawał nikomu niepotrzebnej, dobrze wykonanej roboty ;) Na dworzec idę już z buta i kolejką SKM docieram do mojego miejsca noclegowego :)































  • DST 711.50km
  • Czas 30:35
  • VAVG 23.26km/h
  • VMAX 65.70km/h
  • Temperatura 20.0°C
  • Kalorie 19789kcal
  • Podjazdy 3667m
  • Sprzęt Hanka
  • Aktywność Jazda na rowerze

MPP 2018 cz. 1/2 (Hel-Zawiercie)

Niedziela, 16 września 2018 • dodano: 21.09.2018 | Komentarze 6

MAPA

Początkowo chciałem w tym roku wystartować w BBT. Jednak zmieniłem plany uznając, że bardziej ambitnie będzie wziąć się za rogi z MPP, powszechnie uważanym za jedno z trudniejszych ultra w kraju. Głównie ze względu na tzw. samowystarczalność. Nie wolno zawodnikom korzystać z zorganizowanych przez siebie punktów logistycznych (punkty kontrolne w przypadku tego maratonu są jedynie kropkami na mapie, nie ma tam żadnego jedzenia ani picia). Nie wolno też przed startem organizować sobie noclegów, za to można mieć listę agro z numerami telefonów. To, między innymi, umieściłem sobie na ściągawce przyklejonej do górnej rury ramy :) A obok tej ściągawki pożyczona od 4gotten torba pod górną rurę - dzięki Daniel, bez niej byłoby licho!

Start o godzinie 9.00 spod latarni morskiej w Helu 15 września, w sobotę. Prowadzi nas radiowóz policyjny. Drugi jedzie z tyłu i zamyka kolumnę. Mowa była o tempie 25 km/h, jednak bardzo szybko rzeczywistość okazuje się inna i piłujemy po 30-35 km/h aż do samego Władka. Skupiam się tylko na tym, by trzymać się grupy przede mną. Ci, co jadą wolniej zostaną wyprzedzeni nawet przez ten zamykający kolumnę radiowóz - na pewno ma to fatalny wpływ na morale. Efekt tej szybkiej jazdy jest jednak taki, że we Władku meldujemy się po godzinie. Szybko.

Za miastem rozdzielamy się wedle uznania. I tak składa się, że jadę razem z czerkawem, co było zaplanowane już od wielu miesięcy. Jako jedni z nielicznych wybieramy ścieżkę rowerową zamiast DW213 i nią toczymy się aż do drugiego przejazdu w Sławoszynie. Kawałek dalej, zaraz za Krokową na podjeździe dochodzimy Marcela Gawrona. I razem z nim jedziemy aż do Kasubskiego Oka gaworząc sobie miło. Tu króciuteńki postój, woda, chyba jakiś batonik i dalej w drogę. W Rybskiej Karczmie mam nieprzyjemne zdarzenie, które potem - kropka w kropkę - powtórzy się w Wielu. Oglądam się za siebie, a gdy odwracam głowę spostrzegam, że jadę prosto w grząskie pobocze. Jakoś udaje mi się poczekać z wypięciem na bardziej stabilny grunt i staję na swoich nogach kawałek dalej. Uff... Droga do Bolszewa niestety bardzo ruchliwa i z wariackimi kierowcami (podobni będą potem dopiero w górach).

Na światłach w Gościcinie spotykamy grupkę, w której jest miedzy innymi Anita Ignaczak. Oprócz niej chyba dwóch panów. Zostawiamy ich za sobą i pniemy się w górę tak dobrze mi znanym, pokonywanym rok temu bardzo często na Hance podjazdem pod Górę Gościcińską. Wiatr daje ostro popalić i na dużej części trasy tego dnia będzie przeszkadzał. Wiał z zachodu i południowego zachodu.

Kolejny postój przy sklepiku w Wyszecinie. Zastajemy to górala nizinnego, co mnie dziwi, bo on zawsze szybko jeździ. Okazuje się, że miał wypadek, kolega jadący w peletonie wyprzedzał go z prawej strony, doszło do nieporozumienia i kilka osób wylądowało na asfalcie. Wszyscy, oprócz górala, mogli otrzepać się i pojechać dalej. Niestety w jego przypadku mocno uszodził się rower, a i on sam był mocno oszlifowany.

Kolejne km to, jak wspomniałem, dobrze znane mi drogi rodzinnych stron. Za Strzepczem znajomi urządzają mi punkt powitalny. Korzystają na tym też czerkaw i chyba żubr - tzn. na machaniu, bo to była jedyne co nam ofiarowali, wszystko zgodnie z regulaminem. Potem od Mirachowa długi i nużący podjazd przez las. Tutaj przekracza się dość znacznie barierę 200 m n.p.m. W Łączyńskiej Hucie Żubr o mało nie zostaje rozwalony przez włączające się z bocznej drogi auto. A w Żurominie, kawałek dalej, poinformowani rodzice koleżanki wymachują w moją stronę radośnie :)

No i po 15 jesteśmy w Kościerzynie, gdzie zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami stajemy na obiad. Robi to też kolega, który krótko za Kościerzyną wyrwie do przodu - łudził się pewnie, że jedziemy szybciej, jego tempem ;) Pizza i bezalholowe piwo stawiają na nogi i po 40 minutach jedziemy dalej już we dwóch i tak pozostanie na dobrą sprawę aż do końca. Nudne, ale dość spokojne asfalty Borów Tucholskich towarzyszą nam aż do Tucholi. W międyczasie jeszcze w Czersku krótki postój na orlenie i dalej wio.

 W Tucholi jedynie krótka pauza na rynku i to był błąd, bo do kolejnej większej miejscowości z otwartym sklepem było daleko, a nam kończyła się woda. Pozorna oszczędność, która uzmysłowiła, przynajmniej mi, jak ważne jest rozsądne planowanie w przód. W tych okolicach, a więc między Tucholą a Nakłem rozchorowuje się żołądkowo  czerkaw. Początkowo nie jest bardzo źle, ale potem dochodzą silne wymioty. W Mroczy spędzamy 40 minut pod żabką, gdzie pijemy, a czerkaw dochodzi do siebie. W pełni udaje się to dopiero za Nakłem. Tu dotarliśmy wprawdzie o 23.55, więc udaje się na ostatnią chwilę złożyć zamówienie w McD, ale cóż z tego skoro czerkaw jest na tyle niechętny konsumpcji, że swoją kanapkę zostawia. Kawałek dalej, na orlenie, prosi obsługę o herbatę, potem znów aplikuje sobie solidną dawkę wymiotów za toi-toiem i w pewnej chwili wychodzi zza niego jak nowonardzony zarządzając odjazd. Wspaniale :)

Nocno poranne kilometry się dłużą. Paweł walczy ze snem głośno śpiewając, odpala też muzyczkę z telefonu. Na chwilę przystajemy na orlenie w Łabiszynie. Potem robimy to samo w Goryszewie, zaraz za PK w Mogilnie. Gdy z tej stacji ruszamy to w zasadzie już świta i wczesnym rankiem osiągamy Słupcę - tu, też na orlenie, coś na kształt śniadania. Czuć już zapach niedoległego Kalisza, który jest już na 500 km, a więc za półmetkiem trasy. W tymże, najstarszym polskim mieście również spotykam znajomych, którzy wesoło nam machają. Stajemy na parę słów. Bardzo to miłe, ładujące akumulatory, szczególnie po wielu godzinach monotonnej jazdy.

Na obiad wybieramy sobie knajpę Ajlo, gdzie dostajemy po porcji sytego spaghetti carbonara. Świetnie zrobione, kaloryczne danie, które bardzo długo będzie "trzymać".

Najgorszy odcinek pod względem nawierzchni właśnie na nas czeka. Od Kalisza do Pajęczna było sporo zniszczonych odcinków. Najgorsze, że o ile podjazd można sobie sprawdzić w nawigacji i wiedzieć kiedy się mniej więcej skończy o tyle na takich drogach nic nie wiadomo - czy to jeszcze 2 km  czy może 22... Do Złoczewa w każdym razie dojeżdżamy jakoś przed 16. Tu robie użytek z swoich numerów telefonów na agro i dzwonię do pani z Zawiercia, która ma kwaterkę zlokalizowaną dokładnie przy trasie maratonu na ulicy Pomrożyckiej bodajże 73. Pani obdarza nas zaufaniem - ustaliłem z nią przez telefon gdzie schowa klucze do domu (nie mieszka w nim), a zapłatę mamy uregulować zostawiając pieniądze na stole! Po tych ustaleniach jazda od razu nabiera, przynajmniej dla mnie, bardziej żwawego charakteru. Poza tym człowiekowi towarzyszy spokój, bo ma cel, do którego jedzie. Wprawdzie 140 km do przejechania od 16.30 to jest kawałek, ale nie ma bata - by sensownie zmieścić się z zapasem w limicie musimy dotrzeć w niedzielny wieczór/noc w Jurę. I plan ten realizujemy, dostając przy okazji mocno w kość na hopkach przedzawierciańskich. Trochę zweryfikowały nasze plany i dzień kończy się tak, że zamiast o 23 wylądować w agro lądujemy tam koło 1. Szybki prysznic, czyste ciuchy i do spania na 3,5 godziny :)

1. Podnosząca na duchu rozpiska najważniejszych punktów na trasie


2. Długie noce wrześniowe

3. Świt gdzieś przed Słupcą


4. "A ja tam, mamo, tam, gdzie już bliżej niźli dalej", czyli połowa trasy w nogach :) Łąki w okolicach Chocza.


5. Uczta w Ajlo w Kaliszu



  • DST 547.10km
  • Czas 23:23
  • VAVG 23.40km/h
  • VMAX 48.20km/h
  • Kalorie 9024kcal
  • Podjazdy 3066m
  • Sprzęt Hanka
  • Aktywność Jazda na rowerze

Maraton Podróżnika 2018

Sobota, 9 czerwca 2018 • dodano: 11.06.2018 | Komentarze 17

To był mój pierwszy MP w życiu. Nie mogłem nie jechać - choćby z tego względu, że dojazd do bazy z domu zajął mi nieco ponad godzinę. Pewnie szybko taka sytuacja się nie powtórzy. Poza tym namówiłem kolegę, by spróbował zmierzyć się z dystansem 500 km. No i przede wszystkim kilka miesięcy temu czerkaw zwrócił się do mnie z prośbą, by pogłówkować nad trasą tegoż maratonu, gdyż wraz z jeloną i Żubrem postanowili zgłosić zachodniopomorską kandydaturę do wyborów "Podróżnika". Część mojego pomysłu znalazła się w ramach trasy ostatecznej, muszę więc też pochylić głowę i posypać ją popiołem w związku z licznymi głosami krytycznymi wobec nawierzchni. Choć osobiście uważam, że choćby na Pierścieniu Tysiąca Jezior było podobnie, o ile nie gorzej. Na pewno jednak jechaliśmy przez tereny, gdzie mało kto się zapuszcza, taki zachodniopomorski i pomorski interior, dzicz, tereny zapomniane. Kolega z pracy, zajmujący się zawodowo rybactwem, uświadomił mi, że lasy "wokółmiasteckie" są najmniej zaludnionymi w tej części kraju, pozwoliło to przetrwać np. niektórym, niespotykanym gdzie indziej gatunkom raka :) Ale do rzeczy.

Dzień wcześniej w bazie pojawiłem się około 19. Było już pełno znajomych twarzy, z wszystkimi starałem się przywitać. Potem krótka integracyjka, choć może i za długa w obliczu wyzwań kolejnego dnia. Siedzieliśmy prawie do północy, po drodze wychylając na dwóch pół litra whisky. Ale wchodziła niezwykle godnie, nie wywołała żadnego szumu w głowie ani w trakcie, ani rano, więc w ostatecznym rozrachunku może było to nawet na plus? :)

Rano świetne, rewelacyjne wręcz śniadanie w tawernie ośrodka Ekodar, w którym zlokalizowana była nasza baza. Objadłem się pod korek, wręcz na początku ciężko się jechało. Ale za to zapasy wystarczyły na bardzo długo. Startujemy o 8 rano, nadając sobie spokojne, rozsądne tempo. Przez dłuższy czas upał nie był dokuczliwy. Naprawdę ciepło zrobiło się, gdy minęło południe. Za Połczynem Sebastian zaczął narzekać na przegrzanie, potem, aż do punktu w Polanowie, było już gorzej. Zwolniliśmy więc znacznie tempo, a przy okazji zwiększyliśmy ilość postojów. Płyny - około 1,5 litra na łeb na każde 50 km. Bardzo dużo, ale parowaliśmy w tempie zastraszającym. Fajnym wyjątkiem, ciekawostką meteorologiczną był odcinek nadmorski, gdzie temperatura spadła do +17 stopni. Na chwilę, bo potem znów jak nożem odciął - dwa, trzy kilometry od linii brzegowej znów +29...

Przez kilka km jedziemy z Kamilem Wojciechowiczem, przez kolejnych kilka jedzie z nami Młody. Koniec końców odcinek od bazy do samego Polanowa pokonujemy niemal wyłącznie we dwójkę.

Na PŻ w Polanowie iście królewska gościna. Ukłony i brawa dla jelony i czerkawa, a także obsługi tej restauracji. Makaron z mięsem świetny, stawiający na nogi. Do tego drożdżówki, wafelki, owoce, świetna, ostudzona herbata z cukrem - jelona, byłaś tam jako ten anioł ;) Tutaj też docierają informacje o kilku wycofach, w tym jednym w dość dramatycznych okolicznościach.

Spędzamy tam ponad półtorej godziny. Sebastian orzeka, że jest zregenerowany i może spokojnie jechać dalej. Dołącza do nas tutaj Aśka (aisza), która jest siłą spokoju i humoru :) Od początku rozpoczynamy żywe dyskusje i w trójkę w takich okolicznościach dojeżdżamy aż do elektrowni szczytowo pompowej w Żydowie, gdzie Sebastian proponuje koleżance wizytę na punkcie widokowym. A co tam! To zaledwie kilkaset metrów od drogi, ale po szutrze. Urządzamy sobie krótką przechadzkę, a gdy z powrotem docieramy do asfaltu trafiamy na nadjeżdżającego kolegę skauta. Jak się miało okazać w tym momencie ukształtował się ostateczny skład grupy. Pierwsze km to miły zjazd, wspaniałe serpentyny przed wsią Drzewiany. Na tym leśnym, krętym, górskim odcinku w ciemnościach mijamy się z nadjeżdżającym z przeciwka, rzęsiście oświetlonym "TIRem". Wrażenia niesamowite.

Za Drzewianami najgorszy pod kątem nawierzchni odcinek, którym wspinamy się w rejon najwyższych wzniesień województwa zachodniopomorskiego. To także skraj Pomorza, bo tutaj wjeżdżamy na teren sąsiedniego województwa, jednego z trzech, przez które prowadzi maraton. Zjazd do Miastka dość szaleńczy, bo nawierzchnia woła o pomstę do nieba, ale za to już do samego miasteczka wpadamy po gładko wyasfaltowanej ulicy. Jako, że jest to ostatnie miejsce przed długim, ponad 60 km nocnym odcinkiem do cywilizacji postanawiamy zrobić zakupy. Ale jak tego dokonać, gdy pod jedynym całodobowym w mieście trwa ostra bijatyka między dwoma miasteckimi gangami kilkunastolatków. W końcu zawierają jednak porozumienie i, co najważniejsze, odchodzą spod sklepu. My wypijamy tam po radlerze 0% (podstawowy napój tego maratonu), uzupełniamy wodę, zjadamy coś i ruszamy w odludzie na południe i południowy zachód. Przed Koczałą - postój fizjologiczny, a że przy drodze nie było słupków kładziemy rowery wprost na jezdni. W samej Koczale tylko wysyłamy smsy i dość żwawym tempem mkniemy szosą człuchowską aż do zjazdu na Sporysz/Czarne. Ten 25 km odcinek leśnej dróżki prowadzącej przez głuszę ma swój klimat w dzień, a w nocy, moim zdaniem szczególny. Niestety, to tutaj, na 316 km trasy pęka szprycha w kole Sebastiana. Uprzedzę fakty i dodam, że kolejne trzy pękają przed Mirosławcem, skutecznie eliminując mojego kompana z maratonu...

Poranne kilometry dość nużące, ale za to temperatura idealna. Słońce skryte za chmurami, dzięki czemu aż za Wałcz mamy znośne warunki - około 19 stopni, a wiatr w sumie pomaga. Naszymi kotwicami były dwa orleny - w Szczecinku, gdzie posilamy się naprawdę godnie - zapiekanka, żurek i kawa z mlekiem stawiają na nogi. W Wałczu postój jest trochę krótszy, ale i morale znacznie lepsze, bo do mety już tylko 100 km. Krótki postój przy górce magnetycznej w Rutwicy - rowery rzeczywiście same wjeżdżają pod górę! :) Od Tuczna znów ciężko, bo gorąc straszliwy, a droga odkryta, bez cienia. No i te Hanki, gdzie pękają szprychy... Szczęśliwie udaje się załatwić transport dla kolegi, a my - Asia, skaut i ja - zmierzamy dalej do mety jako czerwone latarnie wyścigu. Kończymy około 16.20 Bardzo długo, ale w tych okolicznościach ciężko było zrobić to szybciej. Jestem zadowolony z tego, że udało się dojechać w całości. Miałem poważne obawy co do kostki, którą skręciłem trzy tygodnie temu wcześniej i do dnia maratonu cały czas utrzymywał się jej lekki obrzęk. Prawdę mówiąc widziałem się wycofującego z tego powodu, ale okazało się, że nie sprawiła mi najmniejszych problemów.

czerkaw, jelona, memorek, Żubr - ukłony. Było wspaniale dzięki Wam! :)
























  • DST 319.90km
  • Czas 13:35
  • VAVG 23.55km/h
  • VMAX 50.00km/h
  • Temperatura 11.0°C
  • Kalorie 4919kcal
  • Podjazdy 1263m
  • Sprzęt Hanka
  • Aktywność Jazda na rowerze

Wprawka do Podróżnika

Wtorek, 1 maja 2018 • dodano: 02.05.2018 | Komentarze 17

Kilka miesięcy temu zaproponowałem dawnemu, BSowemu Shrinkowi - Sebastianowi udział w organizowanym przez forum podrozerowerowe Maratonie Podróżnika (trasa >500 km, w tym roku niemal pod nosem, po terenie Pomorza Zachodniego). Ponieważ Rzeczony jeszcze do tej pory nie zrobił trasy >300 km ustaliliśmy, że kwiecień będzie dobrym momentem na pokonanie takiego dystansu. Korzyść z tego taka, że będzie można się przekonać czy w ogóle chce próbować mierzyć się z dystansem pół tysiąca km, a jeżeli tak na co będzie musiał zwrócić uwagę.

W sumie mógłbym już tu zamieścić konkluzję i zakończyć dalszy opis :) Okazało się, że nie tylko dobrze zniósł tę trasę, ale i oczywiście ma apetyt na więcej. Typowe. Jedyne, na co narzekał to ból karku, a i to dopiero po 150 km, ale to powinna być kwestia drobnej korekty ustawienia mostka lub siodełka.

Wyjechaliśmy niemal punkt 22 ze Szczecina i skierowaliśmy się dobrze znaną mi DK31 na południe. Już krótko po starcie dostałem wskazówkę co do zbyt wysokiego ustawienia siodła. Ponieważ sam czułem od jakiegoś czasu, że trochę za mocno napinają mi się achillesy na najbliższym postoju (stacja paliw w Żórawkach) opuściłem siodło i to ze 2 cm. Potem okazało się, że nadal jest trochę zbyt wysoko, a ja nie miałem dyskomfortu związanego z obniżeniem, więc przy okazji kolejnego zatrzymania (stacja w Widuchowej) jeszcze trochę poszło w dół. Tutaj też ubraliśmy się cieplej i zjedliśmy po białkowym batoniku. To był dobry punkt tego wyjazdu, mam na myśli to przestawienie siodła. Przypuszczam, że gdybym zrobił to przed BBT w 2016 to wróciłbym z achillesem w dużo lepszym stanie.

Od Widuchowej suniemy przez ciemne lasy i uśpione miejscowości na południe. Raz po raz muszę hamować Sebastiana, bo przyspiesza i odjeżdża mi dość znacznie. W końcu nie będziemy finiszować za 30 km, a za prawie 300... :/ Za Chojną odbijamy na boczne drogi. Najpierw przyzwoita wojewódzka do Cedyni, ale ją opuszczamy w Mętnie i skręcamy do Morynia. Tutaj trochę gorszy asfalt - jednak widać, że gdybyśmy jechali za dnia to widoki byłyby pierwsza klasa. Sporo tu pod górę, lekki kryzysik się wkrada, a to dopiero niecałe 70 km...

Na rynku w Moryniu zarządzamy 20minutowy postój. Trochę pijemy, Sebastian dokłada sobie kolejne warstwy - temperatura spada do 6 stopni. Ja wbijam się w "foliówkę" jak nazywam przeciwdeszczową kurtkę z deca. Zapewnia skuteczną ochronę przed zimnym wiatrem, z którym zmagamy się od samego początku. Na szczęście nie jest już tak silny jak za dnia, ale i tak trochę trzeba się z nim naszarpać.

Zaraz za Moryniem cud. Przeteleportowaliśmy się w ciągu 10 sekund o 5 km. Najpierw drogowskaz mówiący "Mieszkowice 10", a kawałek za nim odbija droga w prawo ze znakiem "Mieszkowice 5". Ślad prowadzi po niej, tam więc odbijamy. Tutaj nawierzchnia już wyraźnie gorsza. Aczkolwiek muszę nieskromnie przyznać, że wyznaczając ślad w dużej części "na czuja" wtopy większej nie zaliczyłem. Wręcz zauważę, że drogi były i fajne widokowo, i dość gładkie jeżeli idzie o nawierzchnię.

Z Mieszkowic do Sarbinowa odcinek dobry na nocną jazdę, bo wtedy nie widać koszmarnie długich prostych. Spokój, cisza, pełnia księżyca. Przez ponad 15 km nie wyprzedza nas ani jeden samochód. Przejeżdżamy przez ciche Boleszkowice, Chwarszczany z kaplicą templariuszy, do której NIE odbijamy z trasy. Raz po raz odpalona w telefonie strava dzwoni sygnalizując początek lub koniec segmentu.

W Kostrzynie planujemy popas. Początkowo naiwnie liczyliśmy na całdobowego McD, ale skończyło się na otwartej stacji statoil, czy jak one się tam teraz zwą. Rowery za oknem, na wysokości stolików, a my obżeramy się gorącymi zapiekankami, popijamy pepsi i po pół godzinie wychodzimy w najzimniejszy moment tego wypadu. Chwilę trwa rozgrzewka. Jedziemy malowniczą DK22 już prosto na wschód, kreśląc dolne ramię trójkąta. Po lewej stronie mamy Park Narodowy "Ujście Warty" - wrzask ptaków coraz głośniejszy, wraz z wschodzącym pomału słońcem. Sebastian barwnie rozprawia o remoncie swojej piwnicy, zregenerowani po "śniadaniu" mamy odnowione siły. Dystans zbliża się do 130 km, a my mamy wrażenie, że nie pokonaliśmy nawet 30. Spada na nas kilka kropel jakiejś mżawki, ale na szczęście szybko to przechodzi. Wytrwale przemy przed siebie, zatrzymując się na kilka chwil, by zrobić zdjęcie i potem, przy skrzyżowaniu na Sulęcin na mały popas z suszonymi morelami w roli głównej. Końcówka tego fragmentu, na kilkanaście km przed Skwierzyną to nużące, długie proste przez lasy. W końcu o 7 osiągamy orlen w samym centrum tego miasteczka. Obsługa sprawia wrażenie pracującej za karę, ale mając to w d*pie posilamy się tu "wrapem" oraz gorącą kawą z mlekiem. Ja dodatkowo wypijam na miejscu pół litra jakiegoś izotonika. Postój trwa 30 minut.

Miasto opuszczamy DW159 i od razu na wstępie dostajemy strzała w pysk. Okazuje się, że jest jakiś remont, a tablice sugerują objazd przez Międzychód (!) co zakrawa na żart. Decydujemy się ominąć bariery i sprawdzić na własnej skórze co oznacza krótka wzmianka w internecie o remoncie mostu na Warcie w Skwierzynie. Okazuje się, że przejazd rowerem jest możliwy, co też zadowoleni czynimy i chwilę później napieramy przed siebie zgodnie z planem. Wstający dzień, senna atmosfera, pojedyncze samochody i nieprzebrana Puszcza Notecka. To esencja tego fragmentu. Krótki postój robimy sobie na leśnym parkingu przy skrzyżowaniu z drogą ze Strzelec Krajeńskich. Znam to miejsce, bo w 2014 jechałem tędy do Wrocławia. Znów morele, znów izotoniki i 10 minut później odbijamy najpierw na północ, a za Strzelcami na północny zachód. I tu ponownie zaczynamy orkę z wiatrem w roli głównej, tym razem głównie bocznym, ale i czołowym momentami. Jedzie się jednak dobrze, konsekwetnie przed siebie. Dystans poniżej 100 km do mety też dodaje animuszu :)

Ostatni większy postój zaliczamy w Barlinku, gdzie ponownie chemiczne, orlenowe zapieksy i, tym razem dla odmiany, gorąca czekolada do picia. To świetnie stawia na nogi. Dzięki niej podjazd w Barlinku łykamy na raz i pokonujemy dość żwawo najgorszy kawałek całej trasy czyli boje z wichurą aż do samych Lipian. Ze dwa razy stajemy na wyprostowanie rzeczonego karku, w Lipianach fotografujemy atrakcje i potem puszczamy się pędem do Pyrzyc, gdzie jeszcze zdążyliśmy wchłonąć loda i kolejną porcję pepsi. To już praktycznie koniec. Jeszcze tylko dobrze znany kawałek po starej "trójce" do Starego Czarnowa, podjazd pod Dobropole i przejazd górą Puszczy Bukowej przez Kołowo po dziurach niemiłosiernych. Ostatnie zdjęcie przy głazie "Serce puszczy", a potem już tylko zjazd na metę. Wspaniały jak i cała wyprawa.

Wielkie brawa dla Sebastiana. Bardzo dobre towarzystwo. Optymistycznie patrzę na Maraton Podróżnika po tej wczorajszej eskapadzie. Tempo mieliśmy dość turystyczne, ale najważniejsze było dotarcie bez kontuzji z powrotem do domu.

Zdjęcia:

1) 22:52, Żórawki, tuż przed Pierwszym Obniżeniem Siodła ;)


2) 23:19, Dębogóra, mkniemy.


3) 1:19, Moryń, rak i meldowanie gotowości do odjazdu ;)


4) 3:07, granica Kostrzyna.


5) 5:00, gdzieś na DK22 między Słońskiem a Krzeszycami.


6) 5:31, DK 22, wstaje nowy dzień.


7) 5:50, DK 22, popas na skrzyżowaniu z drogą do Sulęcina.


8) 7:47, niemiła niespodzianka w Skwierzynie.


9) 7:49, przejechać przez most się jednak udaje.


10) 9.22, Noteć w okolicach Strzelec Krajeńskich.


11) 12:35, Lipiany.


12) 12:38, Lipiany.


13) 12:39, Lipiany


14) 15.17, ostatnia fota przy głazie "Serce Puszczy"



  • DST 316.80km
  • Teren 20.20km
  • Czas 14:24
  • VAVG 22.00km/h
  • VMAX 53.40km/h
  • Temperatura 13.0°C
  • Podjazdy 1178m
  • Sprzęt Author Airline
  • Aktywność Jazda na rowerze

Bolszewo na czerwonym

Wtorek, 13 czerwca 2017 • dodano: 13.06.2017 | Komentarze 14

MAPA

W ramach przeprowadzki do Bolszewa zostało przetransportowanie drugiego roweru i paru rzeczy przy okazji. Akurat miałem trochę wolnego do wykorzystania to... Wiadomo ;)

Z pracy wychodzę jak zwykle o 19 i już od początku psuje mi się humor. Po bezchmurnym niebie, które dominowało przez cały dzień od zachodu idą ciężkie, granatowe chmury gwarantujące solidną zlewę. Dojeżdżam do charbela, gdzie jest w mojej opinii najlepszy kebab na Prawobrzeżu i tam przeczekuję ulewę. Ruszam  w drogę o 19.50. Czuję się nienajlepiej, bez weny do jazdy. Od razu na starcie kaskada czerwonych świateł, potem jeszcze zamknięte szlabany na Wiosennej, a jeszcze póżniej smsy, które nie mogą poczekać. Także na wyjeździe  z miasta średnia brutto wynosi marne 14 km/h. Do Goleniowa oczywiście sporo nadrabiam, ale bez szału. W ostatnim czasie napęd zaczął już z lekka strzelać, więc trzeba mieć lekką nogę. To też przekłada się na dostępne przełożenia i tempo jazdy, które jest dość wycieczkowe.

Pierwszy postój tuż za Goleniowem. Biorę łyka coli i wymieniam baterie w etrexie. Mijam się tu, jak potem okazało się na stravce, z trenującą szoszonką :) Od Goleniowa aż do Olchowa bezproblemowa jazda DK6. Ruch nawet nie był jakoś szczególnie uciążliwy. Potem mam kilka wymuszonych pauz, ponieważ dostaję kilka ważnych smsów, w tym taki który ma kluczowe znaczenie dla mojej przeprowadzki :) Zeszło na to kilkanaście długich minut, a przy okazji jeszcze trzeba było ściągać szelki od spodenek ;)

Droga od Kulic do Reska strawna, tyle, że sporo jest tam pod górę. W samym Resku melduję się równo o północy i potem już aż do Karlina nie zatrzymuję się w ogóle. Tuż przed planowanym postojem, na orlenie w podkarlińskich Krzywopłotach lekko zaczyna siąpić deszcz (teraz wyczytałem, że chwilę przed moim przyjazdem przetoczyła się tam potężna nawałnica). Ta stacja paliw jest świetnie zaopatrzona "kulinarnie". Biorę więc zapiekankę, herbatę, wodę do bidonu i jakiś jogurt do picia. Na to wszystko schodzi mi dwadzieścia kilka minut. Gdy zbieram się do wyjścia okazuje się, że leje... Chwilę czekam, deszcz odpuszcza. Zakładam na siebie przeciwdeszczową kurtkę i ruszam. Owa kurtka kilka kilometrów dalej ląduje z powrotem w sakwie i tam zostanie już do końca. Jeszcze grubo przed Koszalinem robi się jasno. Niestety, nie jest to piękny, słoneczny świt tylko paskudna szarówa, która raz po raz zlewa mnie deszczem - od mżawki, po solidną zlewę (jedną z nich przeczekuję na przystanku przed samym Sianowem).

I tak dalej toczę się aż do Słupska, gdzie na wjeździe od strony Bolesławic jest niesławny orlen, na którym niemal nic nie ma. Była za to czekolada na gorąco, na którą miałem wielką ochotę. Postawiła mnie na nogi. W międzyczasie przewalają się tłumy budowlańców z kilku busów - jadą do roboty. Każdy kupuje czteropak piwa i dodatkowo flaszkę. Coś strasznego, o 7 rano! :/

Za Słupskiem pogoda robi się przyjemna. Jeszcze w Redzikowie ściągam nogawki i drugą koszulkę, w której jechałem od Karlina. Wiatr wieje naprawdę mocno i sporo pomaga w tej części. Dość powiedzieć, że mimo dwa razy wcześniej "leciałem" tędy Hanką to właśnie dziś wykręciłem swoje PRy :) Przez cały czas zastanawiam się jak jechać dalej z Lęborka, bo na zatłoczoną "szóstkę", na tym odcinku bez pobocza nie miałem chęci. Odświeżam sobie więc szutrówkę, którą da się dojechać praktycznie aż do Kębłowa. Z tym, że ja trochę upraszczam sobie sprawę i na chwilę wjeżdźam na DK6 w Strzebielinie. Jednak już w Charwatyni z niej zjeżdżam i od Kębłowskiej Tamy wspinam się do Kębłowa stromym podjazdem. Kończę jeszcze omijając Górę Gościcińską bokiem. Też ze względu na olbrzymi ruch.

Cała eskpada bardzo udana, mimo braku motywacji i ślamazarnego początku. Trochę żałuję, bo mogłem powalczyć o niezły czas brutto, ale po postoju na orlenie w Lęborku plus zboczeniu w "teren" plus naoliwieniu przeskakującego już łańcucha nie było już o co walczyć. Choć może nie? Było o co - o byle pojeździk, z szukaniem odpowiedniego przełożenia, żeby jeszcze nie skakało. No nic, napęd zajechany na amen, ale udało się dojechać :)  W domu byłem dopiero po godzinie 13.

1. Goleniów, 21.20


2. Nowogard - Resko, 23.20


3. Koszalin, 4.22


4. Sianów, 4.44


5. Karnieszewice, 5.04


6. Malechowo, 5.53


7. Lębork, 10.26


8. Łęczyce, 11.14


9. Łęczyce, 11.27


10. Strzebielino, 12.47



  • DST 320.00km
  • Czas 11:54
  • VAVG 26.89km/h
  • VMAX 54.00km/h
  • Temperatura 19.0°C
  • Podjazdy 1146m
  • Sprzęt Hanka
  • Aktywność Jazda na rowerze

Bolszewo

Sobota, 27 maja 2017 • dodano: 28.05.2017 | Komentarze 19

MAPA

Hanka musiała znaleźć się w Bolszewie. Oczywiście najbardziej oczywista możliwość to transport samochodem lub pociągiem, ale... Okazało się niespodziewanie, że weekend będę miał wolny... Wprawdzie wszystko wskazywało na to, że w sobotę będę musiał pójść do roboty, co mocno krzyżowało mi szyki (start dopiero po godzinie 13 w sobotę), ale udało się sprawę rozwiązać tak, że jednak miałem ten dzień wolny.

Przygotowałem się w piątek wieczorem i... w obliczu późniejszych warunków żałuję, że nie ruszyłem w noc. Coś za coś - w zamian nieźle się wyspałem. Pobudka o 4.40. Zrobiłem sobie porządne śniadanie - makaron z serem i ketchupem, słuszna, jak mawia Makłowicz, porcja, herbata, kawa z mlekiem i wio. Ruszam o 6 rano. Ciekawy zbieg okoliczności, niejedyny zresztą, bo gdy w zeszłym roku w kwietniu też jechałem w tamte strony ze Szczecina to start wypadł równo o 18. A więc będę miał dobre porównanie czy jadę szybciej, czy wolniej, bo trasę wybrałem bardzo podobną (początkowo chciałem jechać przez Miastko, Bytów, ale trochę zwątpiłem w swoją kondycję, w tym roku nie przejechałem wiele długich tras, a tam oprócz naddatkowych kilometrów miałbym jeszcze sporo metrów w pionie więcej).

Przez puste miasto wyjeżdżam w kierunku Goleniowa. Fajnie, bo przez Most Pionierów można swobodnie i bezpiecznie przejechać po jezdni. Pierwszy przymusowy, około 3 minutowy postój to przejazd w Załomiu. Potem jadę dość spokojnym tempem aż za Goleniów, gdzie w okolicy Kikorzy zatrzymuję się na ściągnięcie nogawek i rękawków. Od tej pory będą jechać przytroczone do podsiodłówki. Zjadam też chałwę z bakaliami, popijam wodą i jadę dalej. Pogoda super, widać, że będzie słonecznie. Jedynym mankamentem jest wiatr, który choć naprawdę słaby wieje z północy, a momentami z północnego wschodu, a więc dokładnie w kierunku, w którym jadę.

Z Nowogardu, tak jak podczas poprzedniej eskapady, kieruję się na Resko. Jednak w tym miasteczku nie jadę w kierunku DK6 przez Łabuń, lecz skręcam w prawo z zamiarem dojechania do Świdwina. Oznacza to, że na około 10 km trasa pokrywa się z przebiegiem BBT, co wywołuje u mnie miłe wspomnienia ;) Za Starogardem Łobeskim przejeżdżam najgorszy fragment pod względem nawierzchni. Dziwne, bo to droga wojewódzka, a na nich w ostatnich latach w zachpomie poprawiło się sporo. W Bełtnie spoglądam w garmina i wychodzi mi, że mógłbym pokusić się o ominięcie Świdwina i pojechanie "skrótem" na Sławoborze. Z duszą na ramieniu robię to, ale na szczęście okazuje się, że około 8 kilometrowy odcinek nie składa się z bruku. A, przepraszam, w Jastrzębnikach w obrębie wsi asfaltu nie było, ale kocie łby dało się ominąć po chodniku :) Tutaj też, zaraz za wspomnianym Bełtnem staję na kolejny, ale ledwie kilkuminutowy postój.

Krótki fragment przez DW 162 mija mi szybko. Nie ma się co dziwić, akurat tam jest sporo w dół. W Sławoborzach odbijam na Karlino. Wiele razy jechałem tym odcinkiem skracającym drogę w kierunku Gdańska samochodem. I zawsze marzyłem sobie, by zrobić to rowerem. Udało się. Droga ma swój niepowtarzalny klimat. Jest wąska, wije się pomiędzy pagórkami, obsadzona starymi lipami. Po drodze mija się Domacyno, gdzie znajduje się figura Matki Boskiej o dość ciekawej historii. A zwieńczeniem atrakcji jest drogowskaz wskazujący najbliższą miejscowość - Garnki.

Od Karlina już praktycznie cały czas jadę krajową szóstką. Nie był to mój najbardziej fortunny pomysł. O ile w nocy, tak jak poprzednim razem, droga ta jest świetna - mały ruch, nie widać długich prostych, o tyle w słoneczny, ciepły dzień jest dość kiepsko. Samochodów była masa. Dziwnym zbiegiem okoliczności kierowcy samochodów BMW usilnie potwierdzali stereotypy na swój temat. Postoje: w Krzywopłotach (świetny, dobrze zaopatrzony Orlen), potem na chwilkę w Starych Bielicach, gdzie musiałem sobie odpocząć w czasie podjazdu w cieniu. Za Koszalinem zjeżdżam szybko zboczami Góry Chełmskiej, mijam Sianów i... Znów się na chwilę zatrzymuję na stacji benzynowej - mam chęć na zimną colę, a przy okazji wsuwam loda. Tutaj mam chyba największy kryzys, ale za to i świadomość, że zaraz skończy się odcinek robót drogowych związanych z budową S6. Po tej coli dostaję niezłego "szwungu". Jedzie się dużo lepiej, nie wiem, może sam sobie wmówiłem, że ta cola mnie zbawi? Przed Sławnem krótki postój na zdjęcie, potem w samym Sławnie muszę odpisać na smsy. Do Słupska jazda już bez zatrzymywania, z dokuczliwym momentami wiatrem. Prawdę mówiąc to nawet nie sam wiatr, stosunkowo słaby, był taki uciążliwy, a podmuchy wywoływane przez pojazdy nadjeżdżające z przeciwka.

W Słupsku staję w pierwszym orlenie od Bolesławic - też stawałem podczas podprzedniej podróży i wystawiłem mu wówczas złe noty. Utwierdziłem się niestety w tym przekonaniu. Z ciepłych rzeczy były tylko hot dogi (w Krzywopłotach mieli do wyboru kilka zapiekanek dla porównania). Z braku laku biorę tego hot doga i popijam gorącą czekoladą. W bidonach rozcieńczam zwykłą wodą tę truskawkową i po tym zabiegu to staje się zdatne do picia. Jadę dalej. W Słupsku leci spod nosa parę słów na k, a to za sprawą zakazu ruchu rowerów i ścieżek rowerowych, które nagle się urywają. Klasyka. Kolejna przewaga jazdy nocnej, że jakoś łatwiej łamie się te zakazy przy pustych ulicach.

Od Słupska do Lęborka płynnie. Jeden, krótki postój w Pogorzelicach, gdzie próbuję zjeść roztopionego snickersa, który od Karlina jechał w tylnej kieszonce. W Lęborku jestem przed 19 (analogicznie jak wtedy - tyle, że 12 godzin później). No i ostatni, najgorszy fragment, czyli DK6 do Strzebielina. To jest kawałek, na którym brakuje pobocza. Na szczęście ruch był niewielki i obyło się bez dramatycznych sytuacji ;) Miałem nadzieję, że dociągnę już bez żadnych przystanków, ale tak zaschło mi w gardle i znów dostałem takiej ochoty na colę, że w Strzebielinie jeszcze staję na kilka chwil na lotosie. Potem już dopełniam formalności zaliczając w okolicy Charwatyni jeden z solidniejszych dzisiaj podjazdów (na 100 m). Zapłata jest godna - Górę Gościcińską pokonuję w "sprzyjającym" kierunku :)

Pod domem melduję się o 20.14. To oznacza, że czas brutto wyniósł 14 godzin i 14 minut. Dystans - 320 km. Fajny zbieg okoliczności, bo gdy w 2011 jechałem ze Stargardu do Bolszewa to też wyszło równe 320 km, natomiast 14 godzin i 14 minut trwała wtedy sama jazda.

Teraz już tylko kąpiel, skorzystanie z zasobów, które na mój przyjazd umieścił w lodówce brat i sen z poczuciem dobrze spłenionego obowiązku ;)

Podsumowując - DK6? Tak, ale tylko nocą.

Aha, bilans żywnościowy:
- przed drogą duży talerz spaghetti,
- chałwa,
- dwa snickersy,
- zapiekanka z orlenu,
- lody,
- hot dog,
- 2,8 l wody,
- 1,5 l wody smakowej,
- 1 l pepsi,
- 0,5 l napoju z aloesem,
- 0,6 l gorąca czekolada.






















  • DST 317.60km
  • Czas 14:19
  • VAVG 22.18km/h
  • VMAX 58.90km/h
  • Temperatura 15.0°C
  • Kalorie 6053kcal
  • Podjazdy 2140m
  • Sprzęt Hanka
  • Aktywność Jazda na rowerze

Bałtyk Bieszczady Tour 2016 - rozdział drugi

Poniedziałek, 22 sierpnia 2016 • dodano: 26.08.2016 | Komentarze 30

MAPA

Próby zaśnięcia w Iłży spełzły na niczym. Głównie za sprawą hałasów dobiegających z korytarza - część kolegów rozmawiała bardzo głośno, z drugiej strony, zza okna cały czas słychać było sznur przejeżdżających ciężarówek, od których motelik trząsł się w posadach. No i trzecia strona, czyli poczucie obowiązku i jazdy dalej - gdy z dołu dobiega głos kolegów i koleżanek ruszających przed siebie myślę, że i ja powinienem jechać dalej. W końcu około 5 z minutami wstaję, biorę z przepaka do podsiodłówki trochę suchych rzeczy, przekładam tam mokre, zjadam śniadanie (porządne: jajecznica na maśle i dodatkowo kotlet z frytkami + kawa z mlekiem) i odjeżdżam przed siebie. Mam 26 godzin na pokonanie 300 km, nie powinno być najmniejszych problemów ze zmieszczeniem się w limicie. Na koniec jestem jeszcze świadkiem żenującej awantury, jaką robi naszemu sędziemu Polak wracający swoją wspaniałą, dostawczą furą z Anglii do kraju. Poszło tylko o to, że auto z "przepakową" przyczepą zastawiło dojazd do dystrybutora. Stek wyzwisk, niemalże rękoczyny, po chwili z przekleństwami wyrywa się żona tego buca, a wszystko na oczach zdumionych szoszonów ;)

Od razu w ucho pakuję sobie słuchawki. Nastrój bardzo dobry, sucho, nie pada, a ruch, o dziwo, znacznie zmalał. Nie potrafię sobie tego wytłumaczyć, ale przez cały dzień, aż do Rzeszowa ruch nie był nawet w połowie taki jak w niedzielę na odcinku Radom - Iłża. Kilka kilometrów od zajazdu staję jeszcze na chwilę na smarowanie łańcucha, a potem w Ostrowcu przy aptece, gdzie kupuję podstawowe środki ochrony zdrowia - sudocrem i voltaren.

Zaraz za Ostrowcem mam przedsmak tego, co czekać będzie mnie, jak i pozostałych BBTourowców przez cały dzień. Wyjazd z miasta to dość długi i mocny podjazd. Nie ma zakrętów, więc widać go w całej okazałości. Pod koniec obracam się za siebie i podziwiam piękną panoramę. Ale to nie koniec, droga dalej wije się pod górę. Potem jest chwila równego, potem długi i stromy zjazd do Opatowa. Wytracanie wysokości oczywiście po to, żeby za chwilę znów ją nabrać. I tak w kółko. Mimo wszystko jedzie się świetnie, od czasu do czasu, przy mocniejszym depnięciu odzywa się Achilles. Jednak najważniejsze, że jest sucho, raz po raz wyprzedzam kolejnych BBTourowców i w końcu docieram do długo wyczekiwanej przeprawy przez Wisłę pod Tarnobrzegiem. Rzeka jest tu znacznie węższa niż widziana z drogi pod Dębem Polskim. Od tego miejsca dojazd do Majdanu Królewskiego koło Nowej Dęby to już chwilka. Z tym, że na punkt dojeżdżam w momencie, gdy zaczyna kropić (godz. 11.28). Rower odstawiam na wieszak, dziękuję za smarowanie łańcucha, bo zrobiłem to już sam.

Tutaj był niezły żurek i bardzo dobre ciasto. W zestawieniu z hektolitrami słodkiej herbaty ideał. Korzystam z WC, w ruch idzie między innymi sudocrem i voltaren. Dostaję smsy, że teraz to już tylko 200 km, najgorsze co prawda, ale już tylko 200. Odległość, którą pokonywało się wielokrotnie :) Zachęcony tą perspektywą zbieram się w drogę. W drzwiach mijam się z ekipą mimozy, jest tam między innymi Anka z Lublina na swojej ślicznej, miętowej szosówce.

Trasa Majdan - Rzeszów dosyć ruchliwa, ale od Głogowa Małopolskiego już nie koncentruję się na ruchu drogowym tylko na napieraniu przed siebie w potężnej ulewie. Takiego deszczu nie było ani wcześniej, ani później. Podróż ubarwiały grzmoty dochodzące gdzieś z okolicy. Szczęśliwie oberwanie chmury trwało tylko kilkanaście minut, przeszło w zwykły deszcz, a gdy wjeżdżałem do Rzeszowa to już w ogóle nie padało. Z Rzeszowa zapamiętam elektroniczną tablicę informacyjną nad drogą, na której widniał napis "Uwaga na rowerzystów, ultramaraton 1008". Potem sklep rowerowy, który dojrzałem stając na czerwonym świetle i z którego usług skorzystałem kupując dętkę, a przy okazji zostawiając rower na chwilę pod okiem sprzedawcy i odwiedzając sklep spożywczy. Mogłem zrealizować chodzące za mną od dłuższego czasu marzenie, czyli jogurt do picia :) A na koniec w pamięć wbił się słynny, rzeszowski pomnik, na temat którego powstał nawet wiersz: :)

W Polsce południowej, po jej wschodniej stronie
Tam gdzie Wisłok toczy swe brunatne tonie
Niezbyt czyste, a w bukiet zapachów bogate
Miasto stoi... sześćsetletnią mające już datę.

Łatwo je poznasz, bowiem w samym środku grodu
Tam gdzie krzyżują się drogi z północy i wschodu
A po ich czarnych wstęgach przez dzień cały wali
Ryczący potok smrodu, benzyny i stali...

Pomnik stoi... Z kształtu wielce osobliwy
Lecz mieszkańców miasta chór głosów zgodliwy
Orzekł, że ten kształt obły co się w górę wspina
Na metrów dwadzieścia, w środku jest szczelina


To nie kicz żaden, ani żadna lipa
Lecz największa na świecie - betonowa cipa

Wszystko się zgadza, jest jak w tekście. Kto widział ten wie :)

Z Rzeszowa w dużym ruchu udaje się wyjechać do Boguchwały i trafić na obstawiony przez Rowerowy Lublin rewelacyjny punkt kontrolny (14.57). Jem tu smaczne pierogi, wypijam znów herbatę i po nie za długiej chwili ruszam w góry. Mimo zmęczenia cieszę się bardzo, bo w końcu widoki zaczną być ciekawsze. I rzeczywiście, nie ujechałem nawet 10 km jak pojawiają się na horyzoncie pierwsze pagóry. Początkowo jestem wyprzedzany przez dziesiątki, o ile nie setki samochodów. Potem sytuacja się zmienia - wszystko stoi, a ja przeciskam się między autami a krawężnikiem. Zagadka rozwiązuje się dość szybko - zamknięty przejazd kolejowy. Na szczęście patrzałem na garmina, bo droga skręca niespodziewanie w lewo, opuszczając główny szlak. Zaraz po skręcie było wahadło, które skutecznie zatrzymało masę pojazdów podążających za mną. Pamiętam, że widoki zapierały dech w piersiach. Nie robiłem jednak zdjęć, bo telefon jechał zamknięty w dwóch workach w podsiodłówce. Żałuję, trzeba będzie to za 2 lata naprawić ;) Tutaj pojawia się pierwszy, bardzo solidny podjazd - w okolicach wsi Niebylec. Momentalnie gotuję się w swojej kurtce, a potem z kolei chłodzę na długim, prostym i gładkim zjeździe, na którym dociągam bez pedałowania do 60 km/h. Podsiodłówka zaczęła nieprzyjemnie wibrować i dałem sobie spokój z dokręcaniem. Po kilku chwilach melduję się w końcu na słynnym, wychwalanym punkcie w Brzozowie (17.29).

Słynny i wychwalany, bo prowadzony przez Koło Gospodyń Wiejskich. A więc jest masa ciast, kanapek, wędlin, chyba sałatek, owoców. Trochę podjadam, choć apetyt, jak na złość, nieco ustąpił. Spędzam też dłuższą chwilę na higienie ;) Trafiam tu po raz pierwszy od dłuższego czasu na starsząpanią, która zeznaje, że czuje się fatalnie, wymiotuje, itd. Krótko po moim wejściu rusza i prorokuję, że pewnie spotkamy się gdzieś jeszcze przed Ustrzykami Dolnymi. Przed wyjazdem chcę jeszcze posmarować sobie Achillesa voltarenem. Gdy podwijam nogawkę wszyscy aż jęknęli - kostki nie widać - tak napuchnięta. Do tego wszystko w czerwonym kolorze. Gdy dodać do tego rankę, którą wydrapałem sobie dzięki pilskim komarom wszystko zaczyna wyglądać niedobrze. "Masz zakażenie. Powinieneś trafić do lekarza", słyszę od kogoś. Nie trzeba chyba dodawać, że w takich chwilach na morale to za dobrze nie wpływa? Na szczęście jedna pani, zapewne jakaś pielęgniarka, uspokaja mnie i nakazuje jechać dalej :) Tego mi było trzeba.

Wyjazd z Brzozowa zapadł mi w pamięć jako udręka znalezienia sobie właściwego miejsca na siodełku i wpięcia się we właściwy sposób w pedały. Gdy mi się to udaje to zaczyna się jechać całkiem przyjemnie. W uszach oczywiście Zaucha, widoki coraz piękniejsze, podjazdy coraz bardziej strome, a zjazdy karkołomne. Jest ok :) Gdzieś tutaj odpalam światło z tyłu i z przodu.

Na pierwszy ogień idzie Sanok. Miasto z katastrofalnie utrzymaną, ruchliwą drogą. Nie jechało się zbyt przyjemnie. Następnie ślad prowadził jakimiś bocznymi uliczkami, omijając główną arterię. Gdzieś tutaj zatrzymuję się na 5 minut, by wymienić baterię. Czytam między innymi smsa od Tomka, na którym zawsze mogę polegać jeżeli chodzi o DEmotywację ;) "Zostało Ci już tylko 100 km, jak się teraz poddasz to już wstydu nie będzie" :D A kilkadziesiąt chwil wcześniej: "Ale się wyspałem, pijemy właśnie pyszną kawę, cudowny, leniwy poranek, a co tam u Ciebie?". Śmieję się w głos :)

Między Sanokiem a Zagórzem wyprzedzam na podjeździe starsząpanią. Zatrzymuję ją, chwilę rozmawiamy. Mówi, że źle się czuje, ale jakoś doczłapie do mety. Pytam czy potrzebuje czegoś. Nie potrzebuje, nie chce nic zjeść, nie chce nic pić, a podjazdy będzie pokonywać z buta. Ok, macham na pożegnanie i jadę dalej. Dalszego odcinka nie pamiętam dokładnie. Wiem, że był tam jakiś morderczy podjazd po serpentynach, a potem szalony zjazd po mokrym, śliskim i koślawym asfalcie do Leska. Na wjeździe do tego miasteczka znajduję się orlen, a ja postanawiam się tam zatrzymać i odsapnąć nieco. Do mety siedemdziesiąt kilka kilometrów, do ostatniego punktu nieco ponad 20. Zjazdam jakąś bagietkę z kurczakiem, popijam słodką czekoladą i ruszam w mżawce dalej. W centrum kolejny, ciągnący się w nieskończoność podjazd. Widzę przed sobą czyjeś migające, czerwone światełko - jest coraz wyżej i wyżej, po czym znika za zakrętem. Po chwili ukazuje mi się ponownie i znów jest gdzieś tam hen daleko u góry. Pot leje się strumieniami, wysokości nabieram w tempie kosmicznym :) W końcu pojawia się wypłaszczenie, a potem nawet zjazd. Ustrzyki Dolne są już na wyciągnięcie ręki. Potem odległość jeszcze szybciej maleje, bo ostry i długi zjazd. Z małymi problemami odnajduję punkt, jak kaczka idę podbić książeczkę i odbieram swoją przepyszną rację - pani ma dla nas zimny jogurt z owocami i musli, do tego sok z buraka, zimny koktajl z bananów - pycha. Ciężko się stąd zebrać. Niektórzy straszą i mówią, że to 45 km ciągłego podjazdu. Inni mówią, że nie wiadomo skąd nazwa Górne, bo tam więcej jedzie się w dół... :) No nic, zakładam sobie bezpiecznie, że potrzebne będą 3 godziny. I prawie tyle wyszło, jak się później okazało.

Ostatni odcinek minął mi bardzo szybko. Adrenalina zrobiła swoje, do tego podnosząca na duchu muzyczka ("jak na lotni zawieszony, płynę hen w dalekie strony. i przed ludźmi jak najdalej uciec chcę"). Chyba najprzyjemniejszy, mimo zmęczenia, odcinek. Delektuję się nim. Wiem, że zaraz się to skończy i nawet robi mi się trochę żal! Nie zmienia to faktu, że wyciska ze mnie siódme poty. Słyszę jakiś dziwny rytm wbijający mi się w muzykę. Co jest - myślę. Jakiś traktor za mną jedzie? Zatrzymuję się - dalej wali. Wyłączam muzykę - wali. Wyciągam słuchawki - cisza. Wkładam je z powrotem - no tak, serduszko rezonuje :) Znaki, o którym czytałem w relacjach innych uczestników, że okropne ("Ustrzyki Górne 14 km" i "meta 5 km") sprawia, że zwalniam jeszcze trochę i z wolna toczę się smakując smak sukcesu - w końcu podstawowe założenie, zmieścić się w limicie, osiągnąłem. Na zjazdach trzymam zaciśnięte klamki - jest mokro, mgliście, nic nie widać, mimo włączonych "długich". Moim marzeniem jest przejechać ten odcinek w świetle dnia i chciałbym to osiągnąć przy kolejnej edycji. Bo oczywiście zamierzam ponownie się przejechać, mimo tego, że na koniec mówiłem sobie: "ten raz przejechać, a potem koniec z długimi dystansami" ;) Aha, gwoli informacji na metę wjeżdżam o 2.17, po 63 godzinach z minutami od startu ze Świnoujścia.

Podsumowując - jestem bardzo szczęśliwy, że się udało. Gdy stałem na starcie w Świnoujściu ciężko było mi w to uwierzyć :) Na pewno jest co poprawić, mam pewne pomysły gdzie ciąć czas przy kolejnej edycji. Bardzo dziękuję za wspierające i podnoszące na duchu smsy. Bez nich byłoby dużo trudniej. Sama świadomość, że ktoś śledzi moje poczynania sprawiała, że przez myśl nawet mi nie przeszło, by się wycofać. Wielkie dzięki!

Osobną historią jest powrót. Najpierw busem, z kierowcą wariatem, który popisywał się jadąc 100 km/h po zakrętach i jednocześnie rozmawiał przez telefon, czego nie zdzierżyłem i zwróciłem mu uwagę. Potem kierowcy się wymienili, ale za to bus został ten sam. Bus pechowy, bo psuła się w czasie jazdy pompa i mniej więcej co pięć minut gasł. Ostatnie km przed Przemyślem to już naprawdę ostra nerwówka - cżęść osób miała pociąg o 10.50 i wyglądało na to, że na dworzec wjedziemy na styk. Tak też było, ale szybki sprint i współpraca sprawiły, że ci co mieli zdążyć zdążyli. My pojechaliśmy pociągiem po 12 - okazało się, że zamiast na rowery jest w nim miejsce na dwa wózki inwalidzkie. Konduktor stwierdził, że rowery mogą jechać, ale jako bagaż, czyli zapakowane w worki (dzięki starsza za wór). Dzięki temu zaoszczędziliśmy dwa złote (bagaż jest tańszy od roweru) i bezstresowo dojechaliśmy tym Siemiradzkim do Poznania. Tam czekały mnie ponad dwie godziny czekania na autobus z Łodzi do Świnoujścia, którym szczęśliwie się zabrałem i po 22 godzinach dojechałem do Szczecina.
















Kategoria >200 km, >300 km, maraton