Ostatnio Dornfeld zamieścił wpis z fajnym cytatem z polskiej komedii. Mój dzisiejszy wyjazd przypomniał mi monolog z "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz", w którym facet chwali się jaki to ma dobry dojazd do pracy (wstawał o 3 rano, żeby na 8 dojechać do roboty)-mówił między innymi, że obiad je przed ósmą rano, żeby wcześniej potem wyjść;) Więc dzisiaj podobnie było ze mną, z racji dnia krótszego o godzinę nie chciało mi się wcześniej kłaść spać i zdecydowałem się dojechać do Szczecina już w niedzielę wieczorem (i dzięki temu rano pospać trochę dłużej).
SZCZECIN(port-Dąbie-Wielgowo-Zdunowo)-Niedźwiedź-Motaniec-Kobylanka-Morzyczyn-promenada nad Miedwiem-Zieleniewo-STARGARD
Po wczorajszej usterce (luzy na piaście) nie ma już śladu, a to dlatego, że udało mi się dziś "wyrwać" na pół godziny z roboty i odwieźć koło (po uprzedniej konsultacji telefonicznej) do Madbike na 26. Kwietnia, a konkretnie do serwisanta-bikestats`owicza g286 (znanego też jako Mechanic). Po rozebraniu wadliwego elementu okazało się, że usterka nie jest poważna, piasta się po prostu... rozkręciła. Cóż... Bywa. Dzięki temu mam teraz porządnie skręconą i nasmarowaną część i świadomość, że wszystko powinno być ok. Serwis na 26. Kwietnia polecam!
Ze Szczecina ruszyłem o 17.40, pod domem znalazłem się około 19.30, a to za sprawą dłuższego postoju na przejeździe w Zdunowie (poza tym praktycznie się nie zatrzymywałem). Warunki do jazdy bdb, nie dość, że ciepło i w miarę sucho to jeszcze wiatr na niemal całej trasie pchał mnie do celu.
Plan na dziś został określony przez pewne obowiązki, które mam i w najbliższym czasie będę miał w Stepnicy.
Wyjazd o 9.20, po dużym śniadaniu (nawet nie brałem ze sobą nic do żarcia na drogę). Od początku orientuję się, że w drodze nad Zalew towarzyszyć mi będzie silny wiatr-dmuchało z północnego zachodu i to dość mocno. Wyczekuję lasu jak zbawienia, do Żarowa tłukę się z prędkością 17-18 km/h. Na terenach osłoniętych jest nieco lepiej. I w zasadzie od Poczernina do samego Goleniowa jest już bardzo dobrze. Cały czas przez las, niemal identyczną trasą jak bodajże dwa tygodnie temu, przez lasy. Na gruntowych odcinkach prawie nie ma błota, jedzie się ok.
W Goleniowie zatrzymuję się przy lidlu i dorzucam do i tak dość ciężkiej sakwy (tak, dzisiaj założyłem bagażnik i wziąłem sakwę, głównie z powodu tych zakupów, o które zostałem poproszony) jeszcze 1,5 kg. Do celu postanawiam dojechać pożarową drogą nr 18 (od Żdżar), co to za każdym razem sobie obiecuję, że już więcej nią nigdy nie pojadę;)
I tak dzisiaj powinienem był zrobić-nie jechać nią, bo podczas drogi, pod tą ciężką sakwą coś mi łupnęło w tylnym kole. Rzut oka-nic nie zauważam, koło się kręci, więc zrzucam to na karb jakiejś gałęzi, albo kamienia, która strzeliła pod oponą. Jednak chwilę później orientuję się, że mam spory luz na tylnym kole. Sprawdzam szprychy-wszystkie całe. W końcu zauważam „mały” drobiazg-odpiął się szybkozamykacz, co już wprowadza mnie w zdumienie. Zapinam go, jest lepiej, jadę dalej. Chwilę później dzwoni do mnie giorginio12, który wciela w życie szalony plan okrążenia Miedwia (start i meta w Nowogardzie, powrót pod wiatr) i myślał, że jestem w domu :)
Wiatr oraz grząskie piachy i wertepy na „osiemnastce” (momentami poruszałem się z prędkością 7 km/h i to na sporych odcinkach) sprawiły, że pobiłem rekord w czasie dojazdu ze Staragrdu do Stepnicy. U celu melduję się o 13! Blisko 4 godziny brutto na pokonanie 54 km.
Po zrobieniu tego, co miałem do zrobienia o 16.15 ruszam w drogę, z tym, że metą będzie podobnie jak tydzień temu Szczecin.
Jedzie się nieporównywalnie lepiej. Do Goleniowa docieram jeszcze przed 17.
Do miasta na dobrą sprawę nawet nie wjeżdżam-od razu kieruję się na Szczecin. Ponieważ wiatr mocno pcha wybieram nieco dłuższy wariant przez Lubczynę. Po drodze znów mam dziwne wrażenie, że coś nie gra z kołem-za Lubczyną zatrzymuję się i odkrywam, że jest bardzo duży luz na piaście. Myślę, że ze 2 cm w jedną i drugą stronę. Nie powiem, zmartwiło mnie to, tym bardziej, że robi się szaro, a ja jestem gdzieś pod Czarną Łąką. Trochę wolniej, starając się omijać większe dziury jadę przed siebie. Za Załomiem jestem już mocno zmęczony. Mści się na mnie to, że w Stepnicy zjadłem obiadu tyle, co kot napłakał-z reguły po rowerze nie jestem głodny. Teraz dużo bym dał za coś ciepłego, ale wciągam jedynie batona musli i popijam ciepłą herbatą z termosu.
Od Dąbia wiatr już mniej korzystny, do tego zmęczenie robi swoje i wlokę się 18-19 km/h. W końcu dobijam na Wyszyńskiego, gdzie kupuję sobie kebab, po zjedzeniu którego wstępują we mnie nowe siły. Niezbyt rozsądnie, w kontekście tego koła robię sobie jeszcze rundkę po mieście i około 20 ląduję u celu.
Stargard-Zieleniewo-Morzyczyn-Kobylanka i z powrotem.
Cóż może być lepszego po ciężkim dniu jak chwila na rowerze? Nic, dlatego właśnie zdecydowałem się wyjść. Wyjazd o 21.05, powrót o 22.05.
Po drodze myślałem, że dojadę tylko do Lipnika, bo zaczął dość mocno padać deszcz. Na szczęście był przelotny i mogłem bez problemów kontynuować jazdę. Wiatr przez całą praktycznie drogę sprzyjający, z południa i południowego wschodu. Ciepło i sucho.
SZCZECIN(port-Słoneczne-Klęskowo-Płonia-Śmierdnica-Jezierzyce)-Kobylanka-Morzyczyn-promenada nad Miedwiem-Zieleniewo-STARGARD
Jako, że wczoraj po wspólnej setce z BS i RS nocowałem w Szczecinie, dzisiaj trzeba było się po ludzku dostać do Stargardu. Oczywiście odpadła opcja wożenia roweru pociągiem, a wygrała powrotu na dwóch kołach.
Trasa wiodła z małym zawijaskiem przy remontowanej Struga-chciałem uwiecznić postęp prac, za kilka lat może to być cenna pamiątka;)
Dalej do nowego ronda w Klęskowie (wielkie ukłony dla pani, która zatrzymała się umożliwiając mi zjazd z DDRki na jezdnię), przez ul. Świętochowskiego i Mokradłową do Płoni, następnie Śmierdnica, Jezierzyce i prosto lasem do DDRki Motaniec-Stargard. Dla urozmaicenia przelot przez promenadę.
Idea dzisiejszego wyjazdu powstała kilka dni temu w głowach Shrinka i Giorginio12. Dawno nie jeździli (a dla Grześka miał to być wręcz debiut) po terenie Niemiec, więc Shrink postanowił skrzyknąć znajomych z BS i RS na Moście Długim w Szczecinie o 9 z minutami (przyjazdy pociągów z kierunku Nowogardu i Stargardu-to mój).
Wyruszyłem z domu ze sporym zapasem, bo już o 7.50, mimo że pociąg z przystanku, na którym miałem zamiar wsiąść (Grzędzice Stargardzkie, pierwsza stacja za Stargardem Szczecińskim patrząc w kierunku Szczecina) zgodnie z rozkładem pojawia się o 8.22. Do celu dojechałem polną drogą i przez las około 8.05.
W pociągu po raz kolejny miałem okazję przekonać się o absurdach panujących na kolei. Otóż okazało się, że za bilet z Grzędzic do Szczecina zapłaciłem więcej niż za bilet ze Stargardu, mimo że to bliżej. Bardzo mnie to zdziwiło i oczywiście zapytałem konduktora: „Jak to?”. Ano tak, że na połączenie ze Stargardu do Szczecina jest promocja, a na to z Grzędzic nie ma i płaci się stawkę zgodną z taryfą opłat. Tym sposobem za około 40 kilometrową przejażdżkę z rowerem zapłaciłem 14,5 zł...
Na dworcu krótka wizyta w kantorze, a potem powitanie przyjeżdżających pociągiem z Kołobrzegu (przez Nowogard) Shrinka i Giorginio12. Jako, że nie ma na co czekać wychodzimy przed dworzec i udajemy się do punktu zbornego, czyli na Most Długi. Jest już prawie cała ekipa. Prawie, bo pozostała część czeka na Głębokim, do którego dojeżdżamy przez Park Kasprowicza (dla mnie nową trasą, bo zawsze wychodziło mi tak, że „wypadałem” przy pętli Las Arkoński).
Od Głębokiego jedziemy w pełnym składzie (choć też nie do końca, bo dwóch kolegów odłącza się od nas w Hintersee, a Axis pojechał na podbój Puszczy Wkrzańskiej), kolejność alfabetyczna: Baśka-rudzielec102, AreG, Giorginio12, Ismaildelivere, kolega na Giancie, Misiacz, Monter, Rammzes, Sakwiarz, Shrink i ja-razem 11 osób.
Do granicy tradycyjnie przez Tanowo. Pierwszy postój przy sklepie w tej miejscowości, a kolejny chwilę później przy grobie niemieckiego leśniczego, który zginął w 1946 roku.
Oszołomieni niemieckim powietrzem śmiało kierujemy się do krzyżówki pod Hintersee, na której skręcamy w prawo, w kierunku Wkryujścia. Jako, że wiatr pomaga zapada decyzja, żeby w tę stronę pojechać przez Eggesin, bo jest sporo odkrytych przestrzeni, na których będziemy mogli to wykorzystać. Grupa porusza się dość szybkim tempem, mimo postulatu niektórych, by włączyć tempomaty i nie przekraczać 25 km/h często liczniki wskazują prędkość zbliżającą się do 30 km/h. Po drodze kilka krótkich postojów, a podczas nich interesujące rozmowy na temat tego, co kogo nie interesuje;)
W Eggesin zatrzymujemy się na placyku naprzeciwko kościoła. Podczas postoju okazuje się, że nawet często zaglądający tu szczecinianie nie mili pojęcia o ustawionym na zapleczu jednego z budynków zabytkowym piecu, wyprodukowanym zresztą w Szczecinie jeszcze przed wojną oraz dwóch konikach z drewna, które stanowią wdzięczny temat do wykorzystania na zdjęciach;)
Ostatni etap podróży mija, przynajmniej mi, na rozmyślaniach o tureckim kebabie, którym będziemy się za chwilę raczyć. Batoniki musli z lidla, choć dobre, nie do końca zaspokajają apetyt. Na szczęście kilkanaście minut później lądujemy w słynnym barze Uecker66, gdzie serwuje się najlepszy kebab w okolicy (podczas ostatniej mojej wizyty tutaj, w maju 2011 trafiłem w inne miejsce, gdzie jedzenie było bez rewelacji). Wszyscy (z tych, którzy zdecydowali się jeść) zamawiamy to samo. Shrink wprawdzie wprowadza odrobinę zamieszania, bo, gdy już wszyscy jemy, a on czeka jeszcze na swoją porcję stwierdza, że mało zna niemiecki, ale chyba prawidłowo odpowiedział na pytanie co zamówić mówiąc: „Nicht”;) Oczywiście okazuje się, że to jeden z pysznych żartów, które zostały zaserwowane podczas tego wyjazdu i po chwili także przed nim pojawia się talerz z turecką pizzą.
Po konsumpcji udajemy się na krótkie zwiedzanie miasta, czyli na rynek, pod pomnik (o ile można użyć takiego sformułowania) dwóch świnek, pod pomnik w porcie i na plażę. Przy czym w ostatnim punkcie podziwiamy ciekawą różę wiatrów z granitu, „wmontowaną” w deptak, na której oznaczono odległości do większych miast w okolicy, w tym i polskich (jest np. Stargard i Nowogard).
Kolejne km trasy do DDRka całkiem przyzwoitej jakości wyprowadzająca nas z miasta w kierunku Altwarp, a potem jezdnia w tym samym kierunku. Jednak w miejscowości Warsin skręcamy w niepozorne skrzyżowanie i, początkowo leśną gruntówką, a potem asfaltową DDRką docieramy do Rieth, gdzie zaliczamy wieżę widokową i przystań.
Z Rieth w kierunku Hintersee zmierzamy nasypem dawnej kolejki wąskotorowej do Nowego Warpna. Fajnie jest to wszystko zrobione, wzdłuż trasy pozostawiono kolejowe znaki, a w miejscowościach stoją tablice z ich nazwami, takie, jakie widuje się na peronach.
W Hintersee doładowanie akumulatorów, ostatnie w Niemczech i kilkanaście minut później ponownie wracamy na łono ojczystego kraju. W Dobieszczynie, celem urozmaicenia, skręcamy w kierunku Dobrej przez Stolec. Tempo przez pierwsze kilka km jest szaleńcze-na licznikach 30-32 km/h. Wynika to z tego, że podczas ostatniego „sikostopu” rudzielec102 i Przemek oddalili się od grupy i ruszyli w kierunku Stolca. Krótko mówiąc trzeba ich dogonić-stąd ten pośpiech. Cel zostaje osiągnięty tuż przed Stolcem, gdzie zatrzymujemy się przy sklepie, w którym prawie nic nie ma, ale na szczęście jest to czego najbardziej wszystkim potrzeba-napoje (w tym taki, na który się nie decydujemy-likier o zmysłowej, wiele obiecującej nazwie Dzika Afryka).
Ze Stolca asfaltem o nie najlepszej jakości docieramy do skrzyżowania, na którym zjeżdżamy w lewo, by po chwili cieszyć się dobrej jakości, asfaltową DDRką, poprowadzoną po nasypie dawnej linii kolejowej aż do Dobrej.
Kolejne krótkie postoje dla odsapnięcia i uzupełnienia płynów i w ciemnościach docieramy do Wołczkowa, gdzie zatrzymujemy się na dłużej po raz ostatni.
Na Głębokim krótka rozmowa na temat jak jechać dalej (pada na Wojska Polskiego). Potem grupa stopniowo topnieje i wreszcie na Placu Lotników zostajemy tylko my, przyjezdni i Misiacz z Monterem, który tutaj z nami się żegna.
Krótko później ja informuję, że zajadę tylko do netto i podjadę pożegnać się z chłopakami, ale gdy wychodzę z zakupami dzwoni Shrink i mówi, że siedzą już w busie wraz z rowerami.
Podsumowując: wycieczka udana, towarzystwo wyborne, oby więcej takich. Fajnie było obejrzeć miejsca znane tylko z relacji innych w realu. Pozdrowienia i podziękowania dla wszystkich, ze szczególnym uwzględnieniem przewodników (z dominującą rolą Misiacza i Montera) za oprowadzenie po nowym, ciekawym terenie. Do następnego razu w tym samym, o ile nie szerszym gronie!