Powrót z pracy do domu. Żeby nie było tak całkiem monotonnie to trochę sobie urozmaiciłem drogę i z Wielgowa pojechałem do Płoni przez Zdunowo i Sławociesze, potem lasem do Jezierzyc skąd już fajną, leśną szutrówką do Motańca. W Morzyczynie skręcam sobie nad Miedwie i promenadą docieram do Zieleniewa. Na koniec zakupy w tesco.
Po drodze, szczególnie na DDRce między Stargardem a Kobylanką masa rowerzystów.
Pogoda w sam raz do jazdy, niewielki wiatr z północnego zachodu, niebo zachmurzone, ale deszczu nie było.
W tym roku postanowiłem wreszcie sprawdzić jak wygląda święto cykliczne. Ponieważ wcześniej wielokrotnie rozmawiałem na temat tej imprezy ze Shrinkiem, który był prowadzącym kolumnę z Nowogardu przez Goleniów umówiliśmy się, że przyłączę się do nich w Goleniowie. Chłopaki poruszali się według rozkładu jazdy, który miał spore luzy. Z Nowogardu mianowicie wyruszyli o 7, a planowany odjazd spod dworca w Goleniowie był o 9, czyli na pokonanie nieco ponad 20 km mieli bite dwie godziny. W efekcie, kiedy oni już jechali to ja jeszcze siedziałem w domu w odległym o 30 km Stargardzie Szczecińskim. Ruszyłem dość późno, bo o 7.40, co oznaczało, że nie powinienem się po drodze zatrzymywać, z kolei powinienem utrzymywać dość przyzwoite tempo. Udało się i jedno, i drugie (no, w Bolechowie zatrzymałem się na pół minuty, żeby pociągnąć nieco z butelki)-pod dworzec w Goleniowie zajeżdżam o 8.58, punktualnie niczym przedwojenna, polska kolej;)
Postój nieco się przeciąga. Grupa liczy 20 osób, z czego część nowogardzka to 3 osoby. Tempo raczej umiarkowane, w granicach 21-22 km/h. Spokojnie osiągamy Rurzycę, gdzie pod zamkniętym na głucho sklepem pierwszy krótki postój. Następny, podczas którego dołączają się do nas nowe osoby w Kliniskach Wielkich. Niestety, nie obyło się bez drobnych strat powstałych na skutek dość gwałtownego hamowania kolumny. Potem zatrzymujemy się jeszcze chyba w Załomiu, a na pewno na łąkach między Załomiem a Dąbiem, gdzie odbywamy, o ile się zorientowałem, tzw. sikostop.
W liczniejszym gronie stajemy pod jednym ze sklepów w centrum Dąbia, a potem już pod lidlem w Zdrojach, gdzie widać, że ludzi będzie sporo (to punkt zborny dla ekip z Goleniowa, Węgorzyna, Stargardu Szczecińskiego, Lipian, Barlinka, Gryfina i Widuchowej). Pojawia się też obstawa policji, dzięki której bezpiecznie dotrzemy na Plac Rowerzystów w Szczecinie.
Teraz jazda jest już spokojna, by nie powiedzieć powolna. Skierowani zostajemy przez Most Cłowy, a potem nową DDRką, którą docieramy aż do Mostu Portowego. Dalej ulicą Energetyków, pod Trasą Zamkową i przez Plac Żołnierza Polskiego na Plac Rowerzystów (znany ogólnie jako Plac Lotników).
W centralnym miejscu zbiórki jest już masa rowerów z ich właścicielami. Niestety, z racji tego, że dotarliśmy dość późno ustawiamy się (ja, Shrink, kolega Shrinka imieniem Daniel, Rammzes) mocno z boku i tylko z oddalenia rozpoznajemy sylwetki znajomych rowerzystów z BS i RS.
W końcu następuje długo oczekiwany moment i spokojnie zabieramy się do wyjazdu na ulice Szczecina. Tempo poruszania się kolumny zróżnicowane-były momenty, że cisnęło się 30 km/h (rzadko), ale były i chwile, gdy na liczniku widziałem np. 3,5 km/h:) Trasa: Jagiellońska, Aleja Piastów, Plac Kościuszki, Krzywoustego, Plac Zwycięstwa, św. Wojciecha, Obrońców Stalingradu, Plac Żołnierza Polskiego, Trasa Zamkowa, Gdańska, Trasa Zamkowa (zdjęcie wykonywane przez p. Cezarego Skórkę z jego samolotu), Plac Żołnierza Polskiego, Wyzwolenia, Rayskiego, Mazurska, Śląska, Plac Grunwaldzki, Aleja JPII, Plac Armii Krajowej, Moniuszki, Skargi, Ogińskiego, Plac Armii Krajowej, Aleja JPII, Plac Grunwaldzki, Piłsudskiego, Plac Odrodzenia, Plac Sprzymierzonych, Wojska Polskiego, Bogusława X, gdzie nastąpiło zakończenie przejazdu. Słyszałem, że działo się coś na scenie, niestety staliśmy ze Shirnkiem i Danielem dość daleko, więc jedynie zorientowałem się, że trwa losowanie, gdy wykrzykiwano numery szprychówek (nie naszych;)), a także, że przemawia marszałek województwa, pan Geblewicz, który chyba powiedział coś co wzbudziło entuzjazm zebranych;)
W międzyczasie uzupełniłem płyny i doładowałem akumulatory kebabem z pobliskiego „Zozana”, po czym niecierpliwy Shrink z kolegami jął do mnie wydzwaniać, bo pomału chcieli ruszać w kierunku swojego matecznika. Że dzwoni mi w plecaku telefon usłyszałem, gdy już widziałem na horyzoncie Shrinka trzymającego telefon w dłoni:)
Podjąłem się wyprowadzenia nas ze Szczecina-chłopaki rzadko tędy jeżdżą, a mi się zdarza wracać czasami z pracy do Stargardu (przez Dąbie, do którego chcieliśmy dojechać). Szła nam ta jazda bardzo sprawnie. W pewnym momencie, gdzieś w okolicach Mostu Portowego wyprzedzamy grupę rowerzystów. Shrink orientuje się, że jedzie w niej człowiek, z którym pokonywaliśmy rano kilometry z Goleniowa-zaczepia go, pytając czy jadą do Goleniowa. Pada odpowiedź: „Tak, ale my jedziemy w grupie. Szybko”. No, skończyło się to tak, że już na wysokości Estakady Pomorskiej, gdy obejrzałem się do tyłu nie widziałem tej „szybkiej grupy”;) Shrinkowi i Danielowi bardzo spodobała się droga rowerowa, którą można dojechać na skraj Dąbia (prawdę powiedziawszy sam tak daleko dojechałem nią pierwszy raz, bo zazwyczaj jadę na Tczewską, a nie wyjeżdżam w kierunku Załomia).
Po wyjeździe ze Szczecina na czoło naszej trzyosobowej grupy wychodzi Daniel i to on nadaje całkiem żwawe, ale i znośne tempo-posuwamy się z prędkością ok. 26-27 km/h. Całkiem szybko, ale „straty” w średniej powstałe podczas wielkiego przejazdu są tak druzgocące, że w Kliniskach podźwignęła się ledwie do około 19 km/h;) W Pucicach próbujemy zrobić zakupy w sklepie, w którym nie dość, że prawie nic nie ma to jeszcze śmierdzi. W Kliniskach dochodzi do rozstania-Shrink i Daniel zmierzają do Goleniowa, a ja odbijam w stronę Strumian.
Tuż za rozjazdem trafiam na sklep spożywczy, w którym uzupełniam zapasy napojów-na miejscu wychlałem, bo inaczej tego nie określę, pół litrową butelkę izotonika Oshee, a zabieram ze sobą litrową butelkę coli. Miałem niesamowitą ochotę na zimne piwo, które spoglądało na mnie z lodówki pod postacią oszronionej, lodowatej butelki. Już, już chciałem to brać i wyżłopać gdzieś w lesie, ale coś mnie jednak powstrzymało;) Jak się okaże za chwilę-słusznie:)))
Kolejne kilometry mijają mi na spokojnej jeździe z wiatrem w plecy albo z boku. W Żarowie decyduję się odbić w kierunku Grzędzic, mając nadzieję, że trafię na grupę, która ze Szczecina będzie wracać do Stargardu. Wprawdzie spotkałem sporo rowerzystów, jednak chyba w większości byli to odpoczywający nad Miedwiem. Na wysokości tesco decyduję, że nie będę jechał dookoła, przez strefę ekonomiczną, tylko prosto Szczecińską, a potem zjadę sobie na „moje” os. Chopina. Ha! I tu mnie mają;) Bo tuż za rondem, w krzakach stoi sobie policyjna „nyska” i ku mojemu zdumieniu... pan policjant zatrzymuje wszystkich, no prawie wszystkich rowerzystów, w tym oczywiście mnie:) Kontrola trzeźwości. No, nieźle, pierwsza w życiu:) Pada wymowne pytanie: „Było coś?”. Odpowiadam: „Wczoraj było, dzisiaj nie”:) Chwilę później dmucham-oczywiście zero, zero. Ciekawe co by wyszło, gdybym jednak to piwko w Kliniskach sobie zafundował;) Starszy pan, który kontrolowany jest po mnie ma nietęgą minę. Nie wiem jak skończyło się w jego przypadku, ale policjant, który spytał go o to samo co mnie usłyszał: „Było”;)))
Kilka minut później zajeżdżam pod dom.
Podsumowując-cieszę się, że pojechałem. Fajnie było poznać w realu kilka osób, które znałem do tej pory tylko z BS, szkoda, że w tej całej masie nie było okazji spokojnie pogadać, ale to jest do nadrobienia. No i przede wszystkim, co najważniejsze, było nas, rowerzystów dzisiaj w Szczecinie (i nie tylko) widać.
Planowałem dzisiaj raczej jakiś krótszy wypad, bo przecież jutro w Szczecinie święto cykliczne, na które, mimo niechęci do wszelkiej maści spędów;), zamierzam się wybrać. Jechało się jednak bardzo przyjemnie i początkowy plan, który stanowiło kółko do Dobrzan z zaliczeniem gruntowej, znanej dotychczas tylko z mapy, drogi łączącej Wiechowo z Lutkowem przez Mosino został w trakcie jazdy zmodyfikowany i, koniec końców, wylądowałem aż w Dolicach, z których powróciłem sobie pięknie odremontowaną (na dużej części) drogą przez Kolin do Witkowa. Muszę przyznać, że nieco mylnie oceniłem warunki atmosferyczne i na końcowej części trasy było mi w krótkich spodenkach i koszulce z krótkim rękawkiem zimno, a na ostatnich kilometrach, praktycznie w samym Stargardzie w końcu założyłem kurtkę od wiatru.
Bardzo lubię odcinek z Lutkowa do Kóz-nigdzie chyba na dzisiejszej trasie nie miałem poczucia zwiedzania czegoś, co ktoś kiedyś na jakimś rowerowym forum określił mianem „zachodniopomorskiego interioru”. Pola po horyzont, żadnej osady w okolicy-bajka.
W Kozach pofatygowałem się w okolice dawnej stacji kolejowej. Jest tu ciekawy układ torowy w kształcie trójkąta-w czasach świetności pociągi jadące ze Stargardu Szczecińskiego do Ińska z Kóz robiły „zajazd” do Dobrzan. Wracając z tego miasteczka udawały się do Ińska już bez zmiany kierunku jazdy, dzięki specjalnie wybudowanemu systemowi rozjazdów, tworzących trójkąt. Na bikemap w przybliżeniu widać o czym mówię. Dzisiaj jednak już żaden pociąg tędy nie jeździ, więc na jednym z ramion trójkąta trwa właśnie budowa. Przyznam, że w ogóle byłem zdumiony, że ten ciekawy układ torowy zachował się w terenie. Nie wiem tylko czy przed budynkiem dworca też znajdują się tory (korzystały z nich pociągi jadące ze Stargardu do Ińska i z powrotem bez zahaczania o Dobrzany).
W Suchaniu postój w „moim” sklepie, zaraz za zjazdem z „dziesiątki” na DW w kierunku Choszczna i dalej osławionego Miedzichowa;) Spijam coca colę w puszce, a w pół litrowej butelce biorę ze sobą. Dodam, że zupełnie nie sprawdził się izotonik z Biedronki, który okazał się lepkim napojem niegaszącym pragnienia, a wręcz je wzmagającym.
Wiatr z północy i północnego wschodu. Od Marianowa słońce schowało się za chmurami i tak już zostało do końca.
Wyjazd o 20.20, przyjazd na miejsce o 21.58. Jedyny postój na trasie miałem w Zdunowie na przejeździe kolejowym. Wieczór ciepły, dość silny wiatr z północnego wschodu pomagał mi na dużej części trasy.
Rano dość wcześnie wyjechałem, ale i tak sporo straciłem na przejeździe w Zdunowie (trasa przez Motaniec, Niedźwiedź). Jednak udało mi się dojechać ze sporym zapasem czasu.
Po południu upalnie. Przypomniałem sobie co to znaczy jeździć w takich temperaturach. W lesie (wracałem przez Wielichówko, Grzędzice) lekko odcięło mi prąd, ale pomógł łyk wody (ciepłej).
Fotki dwie-jedna z centrum Niedźwiedzia, druga przedstawia postęp prac na remontowanej S6/S3-dobrze, że zrobili ten asfalt, bo płyty były potwornie sklawiszowane, szczególnie na prawym pasie. Zapewne każdy kto wjeżdżał autem do Szczecina od strony Goleniowa wie, że zasadniczo do ruchu służył tam pas lewy, a na prawy zjeżdżało się na chwilę, by przepuścić szybciej jadących;)
Już myślałem, że w ten weekend nie przejadę ani kilometra i nie wykorzystam wspaniałej pogody. Jednak udało się wygospodarować czas w niedzielny wieczór-wyjazd o 19.57, powrót około 21.45 (w drodze powrotnej zajechałem do tesco na drobne zakupy).
Warunki do jazdy wspaniałe, niewielki wiatr, bardzo ciepło, bez pachnie, ptactwo śpiewa-czego chcieć więcej;)
Jak nietrudno się domyślić rano do roboty, a po południu z powrotem.
Rano zmagałem się z dość silnym wiatrem z zachodu (jazda przez Niedźwiedź), po południu mnie mocno pchał, ale znowu nie wiadomo jak wiele nie skorzystałem, bo w Wielgowie wjechałem w las i tak dotarłem praktycznie do Grzędzic, a potem jeszcze szutrówką do Stargardu.