Dzisiejszy wyjazd nie był chyba najlepszym pomysłem. Raz, że obudziłem się z kiepskim samopoczuciem, a dwa, że od rana radio trąbiło, żeby wystrzegać się spacerów, bo na terenie całego zachpomu panuje gołoledź, pada marznący deszcz, a karetki nie mogą obrobić się z wożeniem wszystkich chętnych na gips do szpitala. Było, nie było - zjadłem śniadanie, wypiłem kawę, podumałem i stwierdziłem, że spróbuję dojechać do Marwic, gdzie można kupić dobry ser produkowany na terenie miejscowego gospodarstwa ekologicznego. O niebaczny! Jak szybko musiałem zweryfikować te plany! Do Radziszewa szło ok - DK31 posypana solą i miała mokrą nawierzchnię, ale po skręcie w DW119 na Gardno zaczęły się lodowe łaty. Gdy staję na pierwsze zdjęcie i zawracam przednie koło ucieka w bok. Szczęsliwie udało się to "ustać", a żadnego samochodu na horyzoncie nie było. Czym prędzej uciekam w las, a tam gorzej.
To znaczy lepiej. Bo drogi cale pokryte lodem, widać, że wszystko co na nie spadło z nieba od razu zamarzło. Ale że jest na nich trochę "chropowatości' w postaci kamyków to dało się jakoś po tym jechać.
W Brynkach już wiem, że z Marwic dziś nici, ale decyduję, ze odświeżę sobie drogę do Wełtynia, którą podróżowałem dwa lata temu wracając z Pacholąt. Tu jest jeszcze gorzej, bo znikają opisywane wyżej "chropowatości". Spory kawałek prowadzę rower, a ten szaleje - tylne koło zaczyna mnie samo z siebie wyprzedzać na tym śliskim. Cyrk, jeżeli ktoś to widział z boku to miał ubaw, a jeżeli by stał bliżej to usłyszałby jakie wiązki rzucam.
Z Wełtynia DW120. Jadę bardzo asekuracyjnie w odróżnieniu od kierowców, którzy biorą chyba udział w jakimś wyścigu. Możliwe, że do dumnie stojącego w Gardnie Dino. Niestety, nie wpadłem na pomysł, by zabrać z sobą sztabę i nie robię tam zakupów. Będzie okazja kolejnym razem, mors ;) Po śliskim asfalcie dojeżdżam do Chlebowa, gdzie skręcam w prawo, ku Puszczy Bukowej i tu zaczyna się długa "gehenna". Drogi na polu są całkiem odkryte i jest nia nich czysty, żywy lód. Po skibach ciężko to objechać, bo ziemia nie jest zmarznięta na tyle, by koło się w nią nie zapadało. Trzeba iść, ale i to nie jest takie łatwe! :) Dużo lepiej robi się po wjeździe między drzewa, ale za to na koniec dostaję jeszcze długie pasmo bruku, co na bolący dość mocno łeb działa jak płachta na byka. Porządnie zmęczony, po blisko 3 godzinach jazdy (ledwie 35 km!) dojeżdżam do domu i od razu zasypiam na prawie 3 godziny.




