Dzisiaj dodatkowe kilometry zrobiłem rano. W Ostoi, w drodze powrotnej zorientowałem się, że mam pasażera na gapę. Niestety - nie przeżył wycieczki.
Po pracy odwożę Hankę na przegląd gwarancyjny do chłopaków z madbike`a. Miła niespodzianka, bo zrobili mi go od ręki, a nastawiałem się na to, że rower zostanie w serwisie, a ja wrócę miejskim.
To jest rekordowy marzec odkąd prowadzę statystyki. Przejechałem 1760 km. Na drugim miescu jest marzec roku 2014 - 841 km, także przebitka spora. No, ale plany są jakie są i nie ma wyjścia - trza jeździć ;)
Dość wcześnie rano ruszyliśmy się przejechać. Chcieliśmy zrobić kółko przez Lewin Brzeski i przed południem zamknąć się w 60 km, ale w międzyczasie A. odebrała telefon i okazało się, że będzie potrzebna w pracy. Zawróciliśmy więc z Gościejowic do Opola, skąd, już sam, zrobiłem sobie przejażdżkę fajną, leśną drogą, która 2 dni wcześniej została mi pokazana. Był to o tyle dobry wybór, że straszliwie wiało z zachodu i ja się w tym lesie przed wietrzyskiem schowałem.
Kolejne km to dojazd na dworzec w Opolu i przejazd z dworca w Szczecinie do domu.
OPOLE-Komprachcice-Szydłów-Polska Nowa Wieś-Komprachcice-OPOLE
Po szybkim, śmingusowo-dyngusowo śniadaniu jedziemy na kort do Szydłowa, gdzie umówiliśmy się wczoraj na partyjkę w tenisa. Ja nie grałem od lat pacholęctwa, A. to już nie wiedziała nawet od kiedy. Fajnie było sobie przypomnieć, rozruszać rzadko używane mięśnie i nacieszyć odbijaną piłeczką :) Na tyle fajnie, że zastanawiamy się nad bardziej systematycznymi rozgrywkami :P
Z kortu jedziemy z przyjaciółką A. do niej do domu na przepyszne ciasto. Szczególne wyróżnienie należy się marchewkowo-piernikowemu :P
Powrót "na luzie", bez rękawiczek i nakrycia głowy - pierwszy raz w tym roku. Prawdę mówiąc można by było i w krótkich gaciach jechać, ale tych nie mieliśmy w Opolu na stanie.
Po świątecznym obżarstwie, które wyglądało mniej więcej tak:
albo i tak:
zdecydowaliśmy z A. spalić trochę kalorii, oczywiście na rowerze. Decyzja była o tyle łatwa, że pogoda dopisywała. Pierwszy dzień świąt był jednocześnie chyba pierwszym tak wiosennym dniem roku.
Wyjechaliśmy z Opola, pod przewodem A., w kierunku Niwek. Wiedzie tam malownicza droga przez las, który skutecznie osłaniał nas przed wiatrem. Nawdychaliśmy się sosnowych aromatów, by w końcu dotrzeć do Ozimka. Tutaj A. zaordynowała powrót przez Dylaki i Turawę, dzięki czemu objechaliśmy słynne Jezioro Turawskie dookoła. Już myślałem, że nie będzie okazji zobaczyć ja wygląda największe podopolskie jezioro, ale na krótko przed Turawą udało się wdrapać na wał i nawet zrobić jakieś fotki.
W planach było 30, góra 20 km, a skończyło się na ponad 50.
Już pod koniec lutego wymyśliśmy sobie, że na święta do Opola pojedziemy rowerami. A. obstawała przy tym, by jechać z Wrocławia, ja wolałem jakieś urozmaicenie, bo ze stolicy Dolnego Śląska do Opola jechałem. A tak i gmina by jakaś wpadła, i nowe drogi by się zobaczyło. W końcu stanęło na tym, że kupujemy bilety do Wrocławia, a wysiądzie się gdzieś po drodze - w Żmigrodzie albo Obornikach.
W Wielką Sobotę pociąg opuściliśmy w Obornikach i przez Trzebnicę, Oleśnicę (tu "kulinarny" postój na stacji benzynowej na hot dogi, który przedłużył się z powodu telefonów świątecznych), Bierutów (koszmarny odcinek od Oleśnicy - ruchliwa droga wojewódzka ze zniszczoną nawierzchnią), Minkowskie (boczne, puste i w większości gładkie drogi), Biestrzykowice (tutaj wymęczył nas długi podjazd po fatalnym asfalcie) do DW454, którą mkniemy do samego Opola, ciesząc się dobrą nawierzchnią i niewielkim ruchem. Kierowcy wyrozumiali, nawet nikt nie zatrąbił, mimo, że od Dobrzenia Wielkiego ignorujemy polbrukową DDRkę.
Naszą inspiracją były flaczki. Widzieliśmy je coraz bardziej gorące.
Wczoraj A. wpadła na pomysł, by po mojej pracy zrobić sobie razem rundkę przez Puszczę Bukową. Oczywiście ochoczo temu przyklasnąłem i tym sposobem w równym tempie przejechaliśmy razem około 55 km. Pogoda bardzo ładna, tylko, niestety dość zimno. Planowaliśmy na koniec nagrodzić się kebabem w only, ale okazało się, że tyleśmy w siebie napchali w ciągu dnia, że już miejsca na takie delicje nie wystarczyło.
W drodze powrotnej zajeżdżam do filii na Seledynowej oddać "Tajny dziennik" Mirona Białoszewskiego, który trzymałem w domu blisko 2 miesiące. Nie ma się co dziwić, biorąc pod uwagę objętość - 920 stron. Lekturę polecam.
Załączam kolejne zdjęcie krokusowych Jasnych Błoni. To tylko kilka dni w roku, a daje taki przyjemny przedsmak nadchodzącej wiosny. Zauważyłem, że miasto posiało te krokusy także w innych dzielnicach, w tym na Prawobrzeżu.