Rano, jak to miewam ostatnio w zwyczaju, przez Płonię i Wielgowo. Jestem bliski celu, tysiąc w październiku na wyciągnięcie ręki i wiem, że dzięki takiej okrężnej trasie po południu pozostanie symbolicznie wrócić do domu.
Po drodze fotografuję tymczasową pętlę autobusową Most Cłowy, która powstała w związku z całkowitą przebudową Basenu Górniczego. Oprócz licznych przystanków (zajeżdża tu wiele linii, Basen Górniczy jest przystankiem końcowym dla kilkunastu linii autobusowych, łączących Prawo- z Lewobrzeżem i na odwrót) są też budki z pieczywem i ciastkami. W jednej z nich biorę sobie rogalika z masą kajmakową - jeszcze ciepły, ostrzega pani. A ja dzięki temu wiem, że nie będę czekał z konsumpcją aż zajadę do pracy, tylko od razu stanę przy moście i podelektuję się smakiem. ;) Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Poezja. :)
Powrót z postojami w rozlicznych, zatłoczonych sklepach. A wszystko po to, by naszykować całą masę kalorii w odpowiednim, by tak rzec, entourage`u na nadchodzący weekend... ;)
Ot, pół setki praktycznie bez historii. Rano zimno, chyba najzimniejszy dzień tej jesieni, T oscylowała w granicach zera. Nie stanęło to jednak na przeszkodzie, by, przepraszam za słowo, "rypać" kilometry, a to dlatego, że postanowiłem za wszelką cenę przejechać w październiku 1000 km. Trudno było mi na początku miesiąca uwierzyć i chciałem sobie "coś" udowodnić. W chwili, gdy piszę te słowa do 1000 brakuje 5 km, więc to już w sumie formalność - przekroczę z bezpiecznym zapasem.
Powrót nieco naokoło, przez Dąbie i Kijewo. W nagrodę za te km usmażyłem sobie słodkie naleśniki, które wrąbałem z dżemem i śmietaną. Pycha. :)
Rano budzę się dość wcześnie. Postanawiam pojechać do pracy drogą okrężną w wersji tradycyjnej (czyli przez Sławociesze). Jest zimno, jednak wszystko idzie jak z płatka do momentu, gdy łapię gumę przy zjeździe z Szosy Stargardzkiej na autostradę. Szybko ściągam koło (tył), znajduję w oponie wielki kawał szkła, zakładam nową dętkę i po 15 minutach jadę dalej. Z racji straty czasu na usterkę, pomijam "kluczenie" po Płoni i jadę prosto dziesiątką. Potem jeszcze kilka razy nosiłem się z zamiarem zmiany trasy (skróceniem), ale koniec końców przejeżdżam ją w niemal klasycznej wersji, do pracy dojeżdżając z zapasem czasu. Za to z zszarganymi nerwami, bo nie potrafię spokojnie przejechać obok buców w rodzaju parkującego swojego grata (ZPL 39337) na DDRce. Chyba w końcu zacznę to wysyłać na SM...
Po pracy chciałem wykorzystać chwilę "jasnego", więc robię kilka zdjęć jeszcze w Szczecinie. Potem zajeżdżam na pocztę, która od kilku lat jawi mi się jako instytucja, dla której wszelkie usługi pocztowe, typu nadawanie i wydawanie paczek oraz listów to usługi dodatkowe. To się zapewne wszystko wkrótce zawali i to z hukiem... Kupić można: zegar skórzany, pościel, komplet garnków, (przypominam, jesteśmy na poczcie), kubki, kalendarze ścienne, książki, a wśród nich "Przydomowe ogródki", "Polskie Madonny" (to album religijny, w dodatku po angielsku). :D
Po załatwieniu swoich spraw jadę na rolkę na Wyszyńskiego i posilony, już po ciemku jadę przez Niemcy do Kołbaskowa, a stamtąd wracam moją standardową trasą przez Kurów. W samym Szczecinie nowość, bo od Ustowa jadę prosto aż do ul. Kolumba...
Jechało się świetnie. Pogoda wprost idealna. Jeżeli taka się utrzyma to założenie 1000 km w październku uda się zrealizować. :)
Dzisiaj wyjazd sporo wcześniej niż zwykle - tuż po piątej rano. Nie mogłem się nie zwlec obudzon motywującym smsem. Ten przedwczesny wyjazd to dlatego, że przed pracą musiałem jeszcze się wyrobić z przeglądem samochodu. Tym razem trafiłem na wyjątkowo skrupulatnego pracownika SKP. Jego wątpliwości wzbudził, jak to określił, "luz na drążku", ale wszystko skończyło się happy endem. "Można z tym jeszcze spokojnie kilka miesięcy jeździć" - zawyrokował na koniec, gdy stałem przed nim w pokorze, a on gmerał przy kole. ;)
Jeżeli chodzi o rower to jechało się świetnie. Niby tylko godzina różnicy, a ruch dużo, dużo mniejszy. Poza tym idealnie dobrane ciuchy do temperatury (6 stopni) - dojechałem do pracy zupełnie suchy.
Rano na około. Od razu lepsze samopoczucie, gdy zamiast 10 km w drodze do pracy zrobię ponad 30. :)
Powrót szybki, bo ważne, niecierpiące zwłoki sprawy czekały. Summa summarum (czy jak mawiają niektórzy "w sumie summarum") tym razem opłacało się odpuścić dłuższą wycieczkę.
Załączam zdjęcie z rewolucyjnej przebudowy pętli na Basenie Górniczym - w tej chwili jest całkowicie zamknięta, a autobusy i autobusy-zatramwaje dojeżdżają do tymczasowej nawrotki "Most Cłowy".
Rano dojazd wręcz koszmarny. Wychodzę z domu i już wiem, że zaraz będę zupełnie przemoczony. Leje jak z cebra. W takich warunkach szybki zjazd ul. Kolorowych Domów w strugach tryskającej spod kół wody sprawia, że odechciewa się wszystkiego. Ale przynajmniej robi się człowiekowi wszystko jedno i dalsze km w drodze do pracy pokonuję bez zwracania uwagi na kałuże, błoto, gnijące listowie, itd. Mam ten psychiczny komfort, że za kilkanaście minut, na miejscu przebiorę się w suche ciuchy, a mokre obciślaki i buty będzie gdzie wysuszyć. Poza tym i tak przecież lepsze to niż dłuższe o kilkanaście minut gnicie w samochodzie w korku.
Po pracy ruszam na szychtę do Stargardu. Ponieważ czasu mam więcej niż potrzeba na standardowy przelocik przez Niedźwiedź i Motaniec obieram wariant via Sowno i Poczernin, czyli odcinek, który kiedyś bardzo często jeździłem, a teraz mogę sobie go odświeżyć. Nie pada, szutrówka z Wielgowa do Sowna sucha, gorzej potem przed Poczerninem, ale rower i tak jest zasyfiony do tego stopnia, że nie zwracam uwagi na takie drobnostki. Docieram na miejsce 30 minut przed czasem, w trakcie przebierania się w strój służbowy wywołuję jedno zdjęcie RTG - przebieralnia znajduje się w ciemni, albo raczej ciemnia w przebieralni :P
Wszystko co dobre się kiedyś kończy. Nadszedł więc dzień wyjazdu z Kluczborka. Do Poznania dojeżdżam osobowym (stary, poćciwy i sprawdzony EN57), przy okazji ponownie testując kolejarzy z węzła kluczborsko-ostrowskiego na wystawianie biletów bez dopłaty dla rowerzystów. Wynik testu - pozytywny.
Z Poznania impulsem do Dobiegniewa, warunki do przewozu roweru nieco gorsze, choć komfort jazdy dużo wyższy. W samym Dobiegniewie w momencie wysiadania pada deszcz, choć niemal całą drogę pogoda była idealna.
Pierwsze km idą całkiem sprawnie, choć wiem, że wiatr nie będzie dziś moim sprzymierzeńcem. I rzeczywiście, kilka km za Bierzwnikiem zmienia się ukształtowanie terenu i kierunek jazdy. Dostaję takim wmordewindem, że szkoda gadać. Na płaskim jadę około 17-18 km/h i czuję, że ledwo ciągnę objuczony sakwami rower. Na zjazdach udaje się dokręcić do 20-22 km/h. Klnę głośno pod nosem, szczególnie, że raz po raz moczy mnie deszcz. Najczęściej zwykła mżawka, choć za Choszcznem naprawdę mocno lunęło.
W samym Stargardzie kieruję się przez nową DDRkę od Golczewa do Giżynka. Potem dyżur, na który stawiam się godzinę przed czasem i powrót już do samego Szczecina - szybki, sprawny, bezproblemowy, czyli po DK10 - najkrótszą i najszybszą trasą.
Sponsorem kalorii podczas tego przejazdu były chrupiące cortlandy i przepyszne ciasto własnej produkcji od Agi. Całość wystarczyła na długie zmagania z wiatrem. Dzięki, kapeluszem omiatam podłogę! ;)