Rano budzę się dość wcześnie. Postanawiam pojechać do pracy drogą okrężną w wersji tradycyjnej (czyli przez Sławociesze). Jest zimno, jednak wszystko idzie jak z płatka do momentu, gdy łapię gumę przy zjeździe z Szosy Stargardzkiej na autostradę. Szybko ściągam koło (tył), znajduję w oponie wielki kawał szkła, zakładam nową dętkę i po 15 minutach jadę dalej. Z racji straty czasu na usterkę, pomijam "kluczenie" po Płoni i jadę prosto dziesiątką. Potem jeszcze kilka razy nosiłem się z zamiarem zmiany trasy (skróceniem), ale koniec końców przejeżdżam ją w niemal klasycznej wersji, do pracy dojeżdżając z zapasem czasu. Za to z zszarganymi nerwami, bo nie potrafię spokojnie przejechać obok buców w rodzaju parkującego swojego grata (ZPL 39337) na DDRce. Chyba w końcu zacznę to wysyłać na SM...
Po pracy chciałem wykorzystać chwilę "jasnego", więc robię kilka zdjęć jeszcze w Szczecinie. Potem zajeżdżam na pocztę, która od kilku lat jawi mi się jako instytucja, dla której wszelkie usługi pocztowe, typu nadawanie i wydawanie paczek oraz listów to usługi dodatkowe. To się zapewne wszystko wkrótce zawali i to z hukiem... Kupić można: zegar skórzany, pościel, komplet garnków, (przypominam, jesteśmy na poczcie), kubki, kalendarze ścienne, książki, a wśród nich "Przydomowe ogródki", "Polskie Madonny" (to album religijny, w dodatku po angielsku). :D
Po załatwieniu swoich spraw jadę na rolkę na Wyszyńskiego i posilony, już po ciemku jadę przez Niemcy do Kołbaskowa, a stamtąd wracam moją standardową trasą przez Kurów. W samym Szczecinie nowość, bo od Ustowa jadę prosto aż do ul. Kolumba...
Jechało się świetnie. Pogoda wprost idealna. Jeżeli taka się utrzyma to założenie 1000 km w październku uda się zrealizować. :)
Aga: przenośnia wyborna, bardzo ją lubię. Mogę do kompletu dorzucić branżową, całkiem zgrabną: "pewne jak śmierć po wystąpieniu pierwszych objawów wścieklizny". ;) Do słów o październikowym leniu u kogoś kto natłukł tyle kilometrów co Ty w bieżącym roku nie będę się odnosił. Mogę jedynie rzec, że jest CONAJMNIEJ usprawiedliwiony, by nie powiedzieć całkowicie zrozumiały. ;) Zresztą o czym my mówimy: 1600 km i przecież cały czas rośnie. :)
Trendix: marszruta żyła sobie swoim życiem w mojej głowie, jeszcze w Ladenthin rozważałem powrót przez Warnik do Stobna, więc ciężko było coś zaplanować. A wiadomo jak to jest - lepiej się wcześniej zapowiedzieć, co by oprócz kawy trafić np. na jakieś pyszne ciasto... :)))
strus: trochę spadło, ale chęć przejechania tej trasy była dużo większa.