Wspaniały, epicki (nie znoszę tego określenia, ale tu pasuje idealnie), skrojony pod Mariana wyjazd. Ślad zaczerpnąłem z bloga Oskara (oskar cycling). Było dużo szutru, były kiepskie (ale i wyśmienite) asfalty. Cały dzień na rowerze, bo w postojach się absolutnie nie ograniczałem. Największą atrakcją i czymś co nadało sens tej włóczędze było uratowanie dzięcioła, który zaplątał się w gałęzie gdzieś za Swobnicą. Wydostałem go z krzaków, wyciągnąłem pokaźny kamień, który kurczowo ściskał i... tyle go widzieli. Odleciał.
W Strzeszowie, zachęcony przez miejscową, zaglądam do kościoła. Piorun we mnie nie walnął ;)
W Chojnie popas na orlenie. Tamże ładowanie telefonu. Zaraz za miastem dopędza mnie kolega, który śledzi mnie na stravie. Świat jest mały :) Kawałek dalej się "rozjeżdżamy", a ja drałuję pod największe wzniesienia tego wyjazdu. Te nadodrzańskie "góry" mają blisko 100 metrów wysokości względnej. Zjazd do Zatoni Dolnej wspaniały, aż ciarki po plecach szły :)
Końcówka to już jeżdżona wielokrotnie Odra-Nysa od Schwedt. W domu ląduję krótko przed zachodem słońca. Dobrze, bo bateria do przedniej lampki ciągnęła na oparach.