Odstawić rower do pracy - został tam aż do soboty. Rowerowo byłem wyłączony zupełnie, ale za to spędziłem trzy niezwykle ciekawe pod każdym względem dni na szkoleniu w Koroszczynie niedaleko Białej Podlaskiej.
W najbliższym czasie znów będę miał mniej czasu popołudniami. Więc dziś coś na kształt pożegnalnej wycieczki. Tym razem odpuściłem sobie jazdę na Prawobrzeże przez cholerny chodnik na Moście Pionierów i do Podjuch pojechałem przez Zaleskie Łęgi, wzdłuż bocznic.
Potem podjazd do Bukowej przez Smoczą i dalej Drogą Kołowską. Na zjeździe Drogą Bieszczadzką łapie mnie dość solidny, ale na szczęście krótki deszcz. Potem zakupy w najbardziej na wschód wysuniętym lidlu Szczecina (w Płoni) i tradycyjną drogą przez Sławociesze, Zdunowo, Wielgowo i rondo pod Dąbiem kieruję się na Lewobrzeże. Przejażdżka udana, poza tym nieszczęsnym deszczem w Bukowej.
Po wyjściu z pracy myślałem, że udam się najkrótszą drogą do domu. Dlaczego? Dlatego, że dla "odmiany" od ostatnich dni padał deszcz i to dość mocno. Jedno było inne - temperatura. Całkiem ciepło, więc po chwili pomyślałem sobie, że może warto byłoby z tego skorzystać? ;) No i pojechałem do dalekiego lidla w Dąbiu. Po kilku km przestało padać, ale końcówka już w dość sporej ulewie i zimnej ulewie. Ale zamiast niecałych 20 km przejechałem prawie 50.
Na zdjęciu zabarykadowany na "fest" wjazd na rozebrany Most Cłowy. Tak będzie jeszcze kilka ciężkich miesięcy :/
Rano miałem inne obowiązki - nie mogłem jeździć. Szkoda, bo było słonecznie. Wróciłem do domu, zjadłem obiad i, gdy połykałem przedostatni kęs, drugą ręką wrzucałem w telefonie "ICM" dla Szczecina. Prognoza zabrzmiała jak wyrok - trzeba było się bardzo spieszyć. Przeżuwając ostatni kęs wciągałem "obciślaki", a chwilę później startowałem na trzeszczącym (po wczorajszych ulewach) łańcuchu w kierunku Podbórza. Chciałem się zdołować i zafundowałem sobie przejażdżkę przez rżniętą Wkrzańską... Gdy zjechałem do Siedlic złapał mnie deszcz i tak było już do samego końca standardowej pętelki przez Tanowo, Pilchowo. Pełni uroku dopełniały całe 2 stopnie na plusie. Na koniec wspinam się jeszcze Miodową na Osów skąd zjeżdżam w dół aż do lidla na Niebuszewie - miałem ochotę na truskawki (mrożone) :)
Bez większej przesady napiszę, że mimo sięgania głęboko wstecz nie mam w pamięci podobnej walki z wichurą jak dzisiaj. Na Prawobrzeże rano jechało się jeszcze jako tako, choć na Moście Pionierów mocno mną miotało. Jednak to co działo się w drodze powrotnej przeszło wszelkie pojęcie - już na Przestrzennej toczyłem się zgarbiony przed siebie tak mocno dmuchało. Apogeum nastąpiło w okolicach Basenu Górniczego - do Estakady Pomorskiej, ile to - 300 m? - dopchałem się zdyszany. Musiałem szarpać się na stojąco. Prędkość? Piechura. Potem już trochę lepiej, ale generalnie pogoda niezbyt sprzyjająca eskapadom, szczególnie w kierunku na zachód.