Po świątecznym obżarstwie, które wyglądało mniej więcej tak:
albo i tak:
zdecydowaliśmy z A. spalić trochę kalorii, oczywiście na rowerze. Decyzja była o tyle łatwa, że pogoda dopisywała. Pierwszy dzień świąt był jednocześnie chyba pierwszym tak wiosennym dniem roku.
Wyjechaliśmy z Opola, pod przewodem A., w kierunku Niwek. Wiedzie tam malownicza droga przez las, który skutecznie osłaniał nas przed wiatrem. Nawdychaliśmy się sosnowych aromatów, by w końcu dotrzeć do Ozimka. Tutaj A. zaordynowała powrót przez Dylaki i Turawę, dzięki czemu objechaliśmy słynne Jezioro Turawskie dookoła. Już myślałem, że nie będzie okazji zobaczyć ja wygląda największe podopolskie jezioro, ale na krótko przed Turawą udało się wdrapać na wał i nawet zrobić jakieś fotki.
W planach było 30, góra 20 km, a skończyło się na ponad 50.
Jadła głównie A., tak gwoli ścisłości. Ale przyznasz, że pytanie co to jest padło przynajmniej dwa albo i trzy razy w ciągu parunastu sekund :P Niemniej obdarzyłem Cię zaufaniem i też kosztowałem :P
Ten chlebek jest konsumowany tylko w części - zjadamy przykrywkę i wybiera się niemal wszystko ze środka (pomijając już kwestie smakowitości tej mokrej "glimzy;) ). Natomiast resztą nakarmiliśmy opolskie kaczki i gołębie. Były bardzo zadowolone. Rozumiem Twoje podejście, Jurek. U nas w domu też nigdy nie wyrzucało się chleba, a jeżeli już spleśniał to wieszało się w woreczku na śmietniku i potem zabierał go ktoś dla kur. Ponadto pamiętam jak mama mojej pierwszej dziewczyny też kreśliła znak krzyża na chlebie i, co ciekawe, nigdy nie pozwalała, żeby leżał do góry nogami...
starsza - w smaku dość ciekawy, nie powiem, podchodził mi dopóki nie dowiedziałem się, że to szpinak. Podobnie było jak A. zrobiła kiedyś mocno czekoladowe ciasto. Wcinałem aż mi się uszy trzęsły, dopóki nie powiedziała mi, że to zostało zrobione z czerwonej fasoli. Ja czerwonej fasoli nie znoszę i potem z każdym kęsem czułem jej smak wymieszany z kakao. Nie mogłem tego przełknąć więcej... ;)
Mam jedną (tylko) uwagę do świątecznego stołu.Żurek w chlebowych "talerzach"! Moi rodzice przeżyli wojnę , cudem !.Zaznali głodu ! I obiecali sobie że w ich domu żadna żywność nie będzie się marnować.Matka krojąc bochenek chleba na początku nożem kreśliła znak krzyża. A chleb który np. się przypadkowo zniszczył , spleśniał był całowany i palony w piecu.Nigdy się go nie wyrzucało do śmieci ! W związku z powyższym ... co się dzieje potem z chlebowymi talerzami ... ? Nie mam pretensji o to. Serio ! Każdy ma swoją wizje własnego domu ... i ma do tego prawo !!!
Ano - prawdziwie polski. Podobnie jak obżarstwo, które stanowiło chyba nawet większe ryzyko niż konfrontacja ze zwolennikami innego menu, do której za chwilę może dojdzie... ;)