Maraton Podróżnika 2018
Dzień wcześniej w bazie pojawiłem się około 19. Było już pełno znajomych twarzy, z wszystkimi starałem się przywitać. Potem krótka integracyjka, choć może i za długa w obliczu wyzwań kolejnego dnia. Siedzieliśmy prawie do północy, po drodze wychylając na dwóch pół litra whisky. Ale wchodziła niezwykle godnie, nie wywołała żadnego szumu w głowie ani w trakcie, ani rano, więc w ostatecznym rozrachunku może było to nawet na plus? :)
Rano świetne, rewelacyjne wręcz śniadanie w tawernie ośrodka Ekodar, w którym zlokalizowana była nasza baza. Objadłem się pod korek, wręcz na początku ciężko się jechało. Ale za to zapasy wystarczyły na bardzo długo. Startujemy o 8 rano, nadając sobie spokojne, rozsądne tempo. Przez dłuższy czas upał nie był dokuczliwy. Naprawdę ciepło zrobiło się, gdy minęło południe. Za Połczynem Sebastian zaczął narzekać na przegrzanie, potem, aż do punktu w Polanowie, było już gorzej. Zwolniliśmy więc znacznie tempo, a przy okazji zwiększyliśmy ilość postojów. Płyny - około 1,5 litra na łeb na każde 50 km. Bardzo dużo, ale parowaliśmy w tempie zastraszającym. Fajnym wyjątkiem, ciekawostką meteorologiczną był odcinek nadmorski, gdzie temperatura spadła do +17 stopni. Na chwilę, bo potem znów jak nożem odciął - dwa, trzy kilometry od linii brzegowej znów +29...
Przez kilka km jedziemy z Kamilem Wojciechowiczem, przez kolejnych kilka jedzie z nami Młody. Koniec końców odcinek od bazy do samego Polanowa pokonujemy niemal wyłącznie we dwójkę.
Na PŻ w Polanowie iście królewska gościna. Ukłony i brawa dla jelony i czerkawa, a także obsługi tej restauracji. Makaron z mięsem świetny, stawiający na nogi. Do tego drożdżówki, wafelki, owoce, świetna, ostudzona herbata z cukrem - jelona, byłaś tam jako ten anioł ;) Tutaj też docierają informacje o kilku wycofach, w tym jednym w dość dramatycznych okolicznościach.
Spędzamy tam ponad półtorej godziny. Sebastian orzeka, że jest zregenerowany i może spokojnie jechać dalej. Dołącza do nas tutaj Aśka (aisza), która jest siłą spokoju i humoru :) Od początku rozpoczynamy żywe dyskusje i w trójkę w takich okolicznościach dojeżdżamy aż do elektrowni szczytowo pompowej w Żydowie, gdzie Sebastian proponuje koleżance wizytę na punkcie widokowym. A co tam! To zaledwie kilkaset metrów od drogi, ale po szutrze. Urządzamy sobie krótką przechadzkę, a gdy z powrotem docieramy do asfaltu trafiamy na nadjeżdżającego kolegę skauta. Jak się miało okazać w tym momencie ukształtował się ostateczny skład grupy. Pierwsze km to miły zjazd, wspaniałe serpentyny przed wsią Drzewiany. Na tym leśnym, krętym, górskim odcinku w ciemnościach mijamy się z nadjeżdżającym z przeciwka, rzęsiście oświetlonym "TIRem". Wrażenia niesamowite.
Za Drzewianami najgorszy pod kątem nawierzchni odcinek, którym wspinamy się w rejon najwyższych wzniesień województwa zachodniopomorskiego. To także skraj Pomorza, bo tutaj wjeżdżamy na teren sąsiedniego województwa, jednego z trzech, przez które prowadzi maraton. Zjazd do Miastka dość szaleńczy, bo nawierzchnia woła o pomstę do nieba, ale za to już do samego miasteczka wpadamy po gładko wyasfaltowanej ulicy. Jako, że jest to ostatnie miejsce przed długim, ponad 60 km nocnym odcinkiem do cywilizacji postanawiamy zrobić zakupy. Ale jak tego dokonać, gdy pod jedynym całodobowym w mieście trwa ostra bijatyka między dwoma miasteckimi gangami kilkunastolatków. W końcu zawierają jednak porozumienie i, co najważniejsze, odchodzą spod sklepu. My wypijamy tam po radlerze 0% (podstawowy napój tego maratonu), uzupełniamy wodę, zjadamy coś i ruszamy w odludzie na południe i południowy zachód. Przed Koczałą - postój fizjologiczny, a że przy drodze nie było słupków kładziemy rowery wprost na jezdni. W samej Koczale tylko wysyłamy smsy i dość żwawym tempem mkniemy szosą człuchowską aż do zjazdu na Sporysz/Czarne. Ten 25 km odcinek leśnej dróżki prowadzącej przez głuszę ma swój klimat w dzień, a w nocy, moim zdaniem szczególny. Niestety, to tutaj, na 316 km trasy pęka szprycha w kole Sebastiana. Uprzedzę fakty i dodam, że kolejne trzy pękają przed Mirosławcem, skutecznie eliminując mojego kompana z maratonu...
Poranne kilometry dość nużące, ale za to temperatura idealna. Słońce skryte za chmurami, dzięki czemu aż za Wałcz mamy znośne warunki - około 19 stopni, a wiatr w sumie pomaga. Naszymi kotwicami były dwa orleny - w Szczecinku, gdzie posilamy się naprawdę godnie - zapiekanka, żurek i kawa z mlekiem stawiają na nogi. W Wałczu postój jest trochę krótszy, ale i morale znacznie lepsze, bo do mety już tylko 100 km. Krótki postój przy górce magnetycznej w Rutwicy - rowery rzeczywiście same wjeżdżają pod górę! :) Od Tuczna znów ciężko, bo gorąc straszliwy, a droga odkryta, bez cienia. No i te Hanki, gdzie pękają szprychy... Szczęśliwie udaje się załatwić transport dla kolegi, a my - Asia, skaut i ja - zmierzamy dalej do mety jako czerwone latarnie wyścigu. Kończymy około 16.20 Bardzo długo, ale w tych okolicznościach ciężko było zrobić to szybciej. Jestem zadowolony z tego, że udało się dojechać w całości. Miałem poważne obawy co do kostki, którą skręciłem trzy tygodnie temu wcześniej i do dnia maratonu cały czas utrzymywał się jej lekki obrzęk. Prawdę mówiąc widziałem się wycofującego z tego powodu, ale okazało się, że nie sprawiła mi najmniejszych problemów.
czerkaw, jelona, memorek, Żubr - ukłony. Było wspaniale dzięki Wam! :)




















