Jest niedziela, 8 sierpnia 2004. Długo planowany wypad rowerowy zamierzam wcielić dziś w życie. Po przygotowaniu roweru (sakwy, dwa white-ledy z przodu i dwa czerwone migajace no-name z tylu) zamierzam ruszyc w odwiedziny do rodziny w zachodnipomorskim Trzebiatowie. Nie byloby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, ze mieszkam w oddalonym o 226 km Wejherowie (a raczej Bolszewie kolo Wejherowa), zamierzam dotrzec tam w jeden dzien, a dokladniej noc. Bo na rower wsiadlem o 21.28. Szybko kieruje sie na krajowa szostke, do ktorej nie mam daleko. Od teraz, az do Koszalina dzielnie bede musial przemierzac jej pobocza. Poczatkowo nie jest jeszcze zupelnie ciemno. Jedzie sie dobrze. Ruch panuje wyraznie mniejszy, niz w dzien. Sa juz momenty, ze przez dluzszy czas jade niewyprzedzany przez zaden samochod. Okolo 3 kilometry od domu czeka mnie podjazd pod tzw. Goscicinska Gore. Bedzie to chyba zarazem ostatni tak "ostry" podjazd na tej dlugiej trasie. Dzieki temu, ze jestem calkowicie "swiezy" nie nastrecza on mi zadnych klopotow. No, trzeba tez dodac, ze nie jest to jakis wymagajacy szczyt (to po prostu wzgorze morenowe). Po zdobyciu wzniesienia, przy slupku kilometrowym 287 zeruje licznik etapow, aby sprawdzic dokladnosc wskazan mojej sigmy. Robi sie coraz ciemniej. Swiatla z przodu lekko oslepiaja, zwlaszcza, ze kierowcy nie zawsze rezygnuja z drogowych, gdy widza zblizajacy sie z naprzeciwka rower. Dla rownowagi musze napisac, ze nieskracanie swiatel przez nadjezdzajacych z tylu, znacznie poprawia widocznosc tego, co przede mna. W mojej glowie kotluja sie mysli. Czy dam rade, czy jestem chory psychicznie, decydujac sie na cos takiego, czy bede bezpieczny, czy nie lepiej zawrocic i polozyc sie do wlasnego lozka? Na szcescie nie ulegam tym slabosciom mojej natury. Dodatkowo przekonuje mnie to, ze po okolo 8 km od domu dokonuje zjazdu w gleboka pradoline rzeki Łeby. Pobocze jest ok. Nie ma zadnych dziur. Ruch niewielki. Jest juz zupelnie ciemno. O 22.03 mijam Strzebielino. Tu niestety konczy sie pobocze i tak bedzie juz az do Lęborka. Za wsia wjezdzam w odcinek lesny. Obawiam sie dzikich zwierzat przebiegajacych przez szose. Na szczescie nie wpada na mnie zadna sarenka, ani inny borsuk ;). Wczoraj przed zasnieciem przechodzily mnie ciarki na mysl samotnej jazdy przez las po ciemku. Dzis bez obaw zatrzymuje sie na trawce przy drodze, przepuszczajac zblizajace sie kolumne samochodow z jakims TIR-em na czele. Za chwile droga znow pusta. Wiatr w plecy, wiec jedzie sie lekko. Nie widze licznika, ale dominuje przelozenie 3-6, wiec nie jest zle. 22.14-wjezdzam do Bozegopola, ktore rownie szybko opuszczam. Przecinam przejazd kolejowy linii Gdansk-Szczecin. Zdaje sobie sprawe, ze tory znajda sie po mojej lewej stronie dopiero za Slupskiem... Czy dojade? Nie mam pojecia. Teraz dalsza meczarnia droga bez pobocza. Raz po raz zjedzam do rowu puszczajac trabiace ciezarowki. Odczytuje tez SMSa od kumpla z Darlowa, ktory pisze, ze jestem pieprzniety, ale jakby co to moge dotrzec do Darlowa i u niego odpoczac. Kolejno mijam Wielistowo (tu do dlaszej jazdy zagrzewa mnie dwoch facetow, ktorzy z okna krzycza: "Dawaj, dawaj"-przyjaznie macham im reka, oni sie smieja), Godetowo i o 22.54 zatrzymuje sie na obwodnicy Leborka, w poblizu fabryki frytek. Tu dokonuje pierwszego napojenia oraz spozycia banana. Dalej sciezka rowerowa dojezdzam do ronda, za ktorym wracam znow na droge. Tu z naprzeciwka zbliza sie gosciu w stroju rowerowym na jakims goralu. Macham mu, ale nie patrzy w moja strone. O 23.10 mijam ostatnie skrzyzowanie szostki w Leborku i wyjezdzam w ciemnosci odcnika do Slupska. Drogowskaz zachecajaco pokazuje: "Slupsk 50". No coz, trza jechac. Teraz jest bardzo ciemno. Ruch maly, wiec razno grzeje przed siebie. Pobocze w stanie bardzo dobrym. O 23.29 mijam wies Pogorzelice. Za nia ostry zakret w lewo i wjezdzam po raz drugi w odcinek lesny. Jest lekko pod gorke, czego nie widac z racji ciemnosci i mgly, ale czuc w oporach roweru... Po kilkunastu minutach mijam ten paskudny fragment trasy i wyjezdzam na pola, ciagnace sie po horyzont, a jasno oswietlone polowicznym ksiezycem. Niebo wspaniale rozgwiezdzone. Znowu jest rowno lub nawet lekko z gorki. O godzinie 0.18 przkeraczam Łupawę, a kawałek dalej, przy skrzyżowaniu z drogą na Kartuzy, na przeciwko stacji benzynowej zatrzymuje sie na picie, banana, smsa do dziewczecia i bulke z nutella. Trace w ten sposob jakies 10 minut. 1.32. Mijam slupski ratusz, a o 1.45 opusczam uspione miasto. Ruch praktycznie zerowy. Smigam teraz w kierunku Sycewic. Tu tuz za przejazdem kolejowym znowu picie i jedzienie. Po "doladowaniu akumulatorow" jedzie sie wyraznie lepiej. Wiatr z tylu sie wzmaga. Ostro grzeje i o 2.45 wjezdzam juz do Slawna. Ludzi na ulicach-0. Grzejac przez miasto o malo co nie wpadam na zwloki kota. W ostatniej chwili je mijam, cieszac sie swym refleksem ;). Jeszcze przed chwila niepokoily mnie lekkie zawroty glowy. Teraz nie ma juz po nich sladu. Za Slawnem droga wiedzie lekko pod gore. Nie widac tego, ale czuc, co doluje w kontekscie przed chwila osiaganych, wysokich predkosci... O 3.32 mijam gminne Malechowo. Za ta wsia jest ostro w dol. Rozpedzam sie wiec, osiagajac tu najwyzsza predkosc podczas calej wyprawy... mizerne 43 km/h. Przed Sianowem robi sie jasno. Zatrzymuje sie wiec na sniadanko. Staje w poblizu oryginalnego znaku drogowego. Jedna polowa znajduje sie po lewej stronie szosy. Jest to tablica z namalowana polowa czerownego kola, w w srodku, w bialym polu znajduje sie cyfra 7, po prawej zas druga polowa kola i cyfra 0. Fajno to wezdrzy, jak mawiaja Kaszubi. Po jedzonku siadam na rower i juz z gory wjedzdzam do Sianowa (godz. 4.40), o malo nie rozbijajac sie na slupku betonowym, ktory stoi na poboczu. Za miastem rozpoczyna sie podjazd pod Gore Chelmska (tu tez sprawdzam stan licznika-slupek 147 km, wskazanie 138,82, czyli zgubilo sie 180 metrow, to chyba niezle?). Nie jest jednak tak zle, jak myslalem. Szybko wjezdzam na szczyt wzniesienia, a potem w nagrode z gory do Koszalina (godz. 5.08). Kolejny postoj na smsa i ubior bluzy, bo zrobilo sie zimno. O 5.32 przejezdzam pod wiaduktem kolejowym i ruszam na Kolobrzeg. Poczatkowo sciezka rowerowa, a od Mscic juz asfaltem. Na sciezce rowerowej wyprzedzam rowerzyste. To pierwsze wyprzedzanie na trasie ;). Sloneczko juz przyjemnie grzeje. O 6.54 mijam stacje kolejowa w Ustroniu Morskim, a o 7.23 wjezdzam do Kolobrzegu. Przejezdzam sie sciezka rowerowa biegnaca wzdluz morza. Okolo 7.50 stawiam sie na dworcu PKP, gdzie konsumuje reszte bananow (2), pozstale bulki i wypijam jeszcze wody. Dzwonie tez do cioci, informujac ja, ze opuszczam Kolobrzeg i za poltorej godziny bede w Trzebiatowie. Jedzie sie lekko. Mam swiadomosc tych ostatnich kilometrow, ktore zaczynam pieczolowicie odliczac. Pojawia sie silny bol w lydce, a takze nizej, w okolicach stawu skokowego. O 9.10 wjezdzam do Trzebiatowa ze swiadomoscia, ze dalej bym chyba nie dal rady dojechac... Psychika? Pewnie tak... Pod blokiem jestem o 9.20. Na sniadanko dostaje przepyszna jajecznice, a potem klade sie spac, co robie do godziny 19.
Podsumowujac: km: 226,29 km vśr: 21,87 km/h czas jazdy: 10h14` czas drzwi-drzwi: 11h50` vmax: 43 km/h
Dzisiaj postanowilem wstac skoro swit i ruszyc na jakis maly wypadzik. Budzik nastawilem na 4:45 rano i o 5:20 juz razno pedalowalem z Wejherowa droga nr 6 do Luzina. Bylo mgliscie, ale co jakis czas tu i owdzie przebijalo sie niebieskie niebo. Dawalo to wiec szanse na lepsza pogode, chociaz w tych porannych mgielkach jechalo sie bardzo OK. Fajne wrazenia daje przejazd o tak wczesnej porze. Drogi puste, ruchu prawie nie ma. Bywalo,ze na odcinku 5 km nikt mnie nie wyprzedzal (mowie o lokalnych szosach). Mijalem Luzino, potem Barlomino, Poblocie, Strzepcz. Tu skrecilem w lewo, na Mirachowo. Wkrotce moim oczom ukazala sie dolina rzeki Leby. Piekny widok, szczegolnego uroku dodawaly mu nieustepujace mgly. Powietrze rzeskie, w uszach gra Pink Floyd, jedzie sie swietnie, mimo, ze az do Mirachowa droga wiedzie lekko pod gore. W tej miejscowosci skrecam w prawo, w kierunku wsi Mojusz. Tutaj droga juz bardziej zdecydowanie pnie sie do gory. Wkrotce mgla sie zageszcza do tego stopnia, ze mam wrazenie,ze podrozuje w "chmurach". Ciagle podjezdzanie sprawia wrazenie pobytu w gorach. Lekka mzawka nie psuje mi nastroju. Wszakze dopiero 7.30, a ja juz ponad 40 km od domu - tego jeszcze nie przerabialem! W Mojuszu skrecam w prawo, na droge Kartuzy-Slupsk. Jade nia okolo 6 km, az do Sierakowic. Miasteczko dopiero ozywa, na ulicach niewielu ludzi, ale sklepy juz pootwierane. Opuszczam Sierakowice bez zatrzymania i kieruje sie na Lebork (droga 214). Wysylam smsy do znajomych z pozdrowieniami z Sierakowic :-). Wiekszosc pewnie jeszcze spi. Droga 214 docieram do Lebuni, gdzie postanawiam skrecic w lewo do Cewic. To miejscowosc odlegla o 4 km. Docieram tam i zaraz wracam w powrotna droge. Do wyzej wzmiankowanej Lebuni jade ta sama trasa, potem przez pola w kierunku Popowa na trasie Linia-Lebork. Przed Popowem jest urokliwa wioseczka Okalice. Bardzo fajnie wyglada przejazd przez nia. Zjezdzamy ze sporego wzniesienia, wpadamy w "widny" zakret 90', krotka prosta i kolejny zakret o 90', tym razem w przeciwna strone. A wszystko to na zjezdzie, wiec daje fajny efekt. W Lini zatrzymuje sie przy opuszczonym dworcu kolejowym na linii Lebork- Kartuzy. To obraz nedzy i rozpaczy. Wszystkie szyby potluczone. Co dalo sie ukrasc zostalo ukradzione. Rowerek opieram o szyne i na peronie (pozbawionym juz plyt chodnikowych) zjadam swoje sniadanko. Jest 9.40. Postanawiam wracac przez tzw. "lasy strzebielinskie". w tym celu kieruje swe kola do miejscowosci Tluczewo. Tu podejmuje sie skretu w lewo na Nawcz, Rozlazino, Godetowo. Dojezdzam po 6km do tej pierwszej miejscowosci. Tu po wywiadzie z miejscowym "farmerem" dowiaduje sie o pewna droge do Paraszyna kolo Strzebielina. Mowi mi, ze to okolo 7km. Zadowolony ruszam, docierajac do rozwidlenia drog lesnych. i tu popelniam blad. W wyniku zbyt szybkiego, rutynowego "lookniecia" na mape wybieram zla droge. Na szczescie okazuje sie ona byc bardzo dlugim zjazdem, po utwardzonej szutrowce. Piekna trasa, ale niestety miast w Paraszynie laduje w Bozympolu Wielkim, odleglym od tego pierwszego o jakies 6 km. Podejmuje sie odnaleznia drogi do Paraszyna. Nie chce mi sie jednak tluc z powrotem przez las na gore, obieram wiec odpowiedni kierunek (wschod) i jakas waska droge, oznaczona drogowskazem 'Lesnictwo Paraszynek'. Mijam lesniczowke, rozstaj drog, na ktorym postanawiam skierowac sie bardziej na poludnie. Droga staje sie coraz wezsza, coraz bardziej podmokla, w koncu docieram do podnoza stromego wzniesienia, gdzie widac, ze droga uzywana byla przez samochody do zwozki drewna. Na szczescie spotykam jakichs facetow, ktorzy kieruja mnie na wlasciwy szlak. Po 20 minutach docieram do Paraszyna, skad tez przez las do odwiedzonego juz dzis przeze mnie Barlomina. Jako, ze zbliza sie 13 wracam do domu, pozwalajac sobie na lekko okrezna droge przez Gore Pomorska. Potem jeszcze jazda do dziewczyny i z powrotem i koncze sobote w ten sposob: km: 150,38 km av: 19,57 km/h max: 47,1 km/h czas: 7h45`25``
Dodatkowo dzis maly "jubileuszyk". Podczas powrotu do domu przkraczam swoj 14000 km na mym rowerku.