Wsiadałem dziś rano na rower niezwykle zmotywowany. Wielkanoc minęła nam u agnieszkowych cioć, które to stworzyły tak bajeczne i wymyślne kulinarne dzieła sztuki [m.in. kaczuszki świąteczne (!) z utłuczonych ziemniaków jako dodatek do kotletów (te z kolei z pleśniowem serem i ananasem) - wyżej wzmiankowane ptactwo miało nawet miniaturowe oczy (w tej roli pieprz), dzioby (marchewka) i zawadiacko zmierzwione czupryny (szczypiorek)], że nie pozostało nic innego jak nieustannie (przynajmniej w moim wypadku) rozwierać paszczękę i z podziwem ładować tamże kolejne perełki. Było więc co spalać. W sumie to nie tylko "było", ale i będzie, gdyż nawieźliśmy do Szczecina pokaźną baterię słoików. A jak tu oprzeć się najprawdziwszej botwince? Tortowi bezowemu? Pasztetowi ze śliwką? Jak, pytam, no jak?!
Miałem obawy co do formy, gdyż, jak widać, w tym roku jeżdżę raczej "w kratkę". Na szczęście okazały się płonne i całkiem sprawnie, wyjmując remontowaną Spokojną, dojechałem do pracy w temperaturze od minus 2 do minus 5.
Powrót z kolei pod wiatr. Męczący i to podwójnie, bo spieszyłem się na pociąg. Zdążyłem niemal na styk, ale małom płuc na kolejowej stacji w Stargardzie Szczecińskim nie wypluł.
Końcówka to już w sumie pestka. Na skróty przez szpital do domu.
morsiasty - fotek brak, do dziś żałuję i kwilę na wspomnienie tych delicji. Jedno szczęście, że jeszcze co nieco zostało, więc może jak się sprężę i nie zapomnę to coś tam pstryknę przy obiedzie. ;)
A ja kojarzę ten kawał: na nocnej zmianie do dyżurki lekarskiej w psychiatryku przychodzi pacjent i mówi - Kowalski ode mnie z sali udaje lampę. Na to doktor: niech pan idzie spać, jutro się tym zajmiemy. Pacjent: no tak, ale ja nie umiem spać przy świetle.
Co do psychiatryków i rowerów to jest taki stary kawał: - Panie doktorze, mój mąż myśli, że jest rowerem! - No to proszę go tu przyprowadzić... - No ale przed szpitalem jest zakaz wjazdu!