Peenemünde ze Świnoujścia
Znów postanowiłem dowieźć gdzieś sobie rower samochodem i zobaczyć coś nowego. W sobotę wieczorem wymyśliłem sobie Wyspę Uznam po niemieckiej stronie. Prawie jej nie znam, a podobno jest tam raj dla rowerzystów.
Pobudka bardzo wcześnie jak na mnie w weekend - o 7.15. Zżeram bardzo pożywne i syte chaczapuri, które przygotowałem sobie wczoraj po południu (stosowne foto przedkładam), otwieram bagażnik, wrzucam do samochodu rower "w całości", godzina drogi, zakupy w biedrze w Świno, parkowanie auta, wjeżdżam rowerem na Bielika i pięć po dziesiątej stawiam stopy na Uznamie, a chwilę później pedałuję przed siebie :)
Raj - rzeczywiście. Tylko ciężko mi sobie wyobrazić co dzieje się tam w sezonie. Nawet dziś, w słoneczny, ale jednak lutowy dzień było dużo turystów. Podejrzewam, że te promenady latem mogą człowieka doprowadzić do szału. Sam miałem dziś kilka klasycznych sytuacji typu mama, tata i dwójka dzieci, wszyscy patrzą czymś zaaferowani. Widzę ich od 100 metrów na swojej drodze. Oni nie widzą mnie. I w ostatniej chwili, gdy czasu na reakcję zostaje bardzo mało nagle rozpierzchają się i to zawsze tak, że przynajmniej jedna osoba wchodzi wprost pod koła ;) Ale tempo jazdy miałem dziś bardzo spokojne, więc do nieszczęścia nie doszło ;)
Bardzo mnie zaskoczyła mnogość pagórków, szczególnie w drodze do Pianoujścia, gdy toczyłem się bliżej morza, po leśnych szutrach. W kilku miejscach znaki nakazywały zejście z roweru z powodu bardzo stromego zjazdu - oczywiście jako rasowy słowianin, co to inni nie będą mu mówić co ma robić zjechałem to na dwóch kołach. Na jednym z nich próbowałem nawet nagrać film, ale obleciał mnie w pewnym momencie cykor i musiałem szybko chwytać za klamki. I film szlag trafił ;) To może lepiej niech ci emeryci na "miejskich" rowerach rzeczywiście to schodzą ;)
W Peenemünde robię jedynie zdjęcia "zza płota", a potem jeszcze jadę na przystań, gdzie cumuje U-boot. Fotografuję i rozpoczynam żwawy powrót do samochodu zaparkowanego w Świnoujściu, ale jeszcze na Wolinie, tuż koło promów Bielk. Wiatr na wielu fragmentach pomagał, ale końcówka to już tak czy siak była męcząca. Jednak pierwsze w tym roku 100 km zrobiłem - wybił mi pod świnoujskim "makiem", gdzie wchłonąłem obiad.
Taka refleksja mnie naszła - co mi się podoba w Niemczech. Szanuje się tam rowerzystów. Mam tu na myśli tak zachowanie kierowców na drodze, o czym mogłem się dziś kilka razy przekonać. Ale także, a może przede wszystkim, to, że jazda na rowerze to nie jest szkoła przetrwania. Odruchowo obawiałem się czy jest sens pakować się na DDRkę, bo pewnie zaraz urwie się bez sensu. Nie, nie urwie się, na końcu zawsze będzie cieszący oko biały kwadrat z zielonym rowerem i strzałką jak należy jechać. Po drodze minąłem ich masę, także na tych leśnych czy polnych fragmentach, w środku wydawałoby się głuszy. Chciałbym dożyć czasów, by tak było u nas. Ale to chyba nieprędko się stanie, zaraz przypominają mi się choćby głupie remonty obejmujące czasem także DDRki w Szczecinie - info o objazdach, jakieś strzałki? Zapomnij - ładujesz się prosto na bariery zabraniające przejazdu. Radź sobie sam... Tak, fajnie jest jeździć rowerem w Niemczech :)





















