Niedzielny chillout, bynajmniej solo
Niedziela, 30 czerwca 2019
· Komentarze(4)
Kategoria wycieczka
Namówiłem przyjaciółkę na rower :) W dwóch tego zwrotu znaczeniach. Po pierwsze na wycieczkę, a po drugie, i to ważniejsze, na zakup. Pożądany rower w pięknym, dziewczyńskim, turkusowym kolorze był akurat w Szczecinie. Ania mieszka w Gdańsku, a ponieważ w ten weekend jechałem w rodzinne strony to zabrałem go, z mniejszymi i większymi przygodami, "na pakę". Przy okazji ustaliliśmy, że trzeba ochrzcić nowy nabytek. Początkowo chcieliśmy przejechać się na trasie Rewa-Puck-Rewa, ale po sprawdzeniu prognozy wykombinowałem, że na upiorne upały jednak dużo lepszy będzie wariant leśny, a nie przez te odkryte łąki. A jak wariant leśny to ten, który znam jak własną kieszeń, czyli okolice Wejherowa.
Po krótkiej instrukcji co i jak ruszamy przez miasto i na starcie funduję nam "bombę" w postaci wyjazdu z Wejherowa pod Gowino. Niestety ukształtowanie terenu jest tu takie, że w którą stronę by się nie ruszyć trzeba się wspinać. Podjazd udaje się pokonać dobrze, wręcz bardzo dobrze jak na aurę i kogoś kto nie siedział na rowerze lat "naście". A jak już jesteśmy u góry to pozostaje wjechać w ostępy TPK i w spokoju, bez pośpiechu poturlać się po dróżkach leśnych. Koło tzw. "3 stawku" na spotkanie wybiega nam radośnie miejscowa sarenka. Potem mijamy, zgodnie z logiką, 2 i 1 stawek, a na koniec zajeżdżamy na zarastający cmentarz dawnego szpitala psychiatrycznego.
Gdy rzucam myśl, żeby powoli kierować się w stronę parku i na obiad Ania zdecydowanie protestuje! Chce dalej jeździć. No to jedziemy. Przeprawiamy się przez rozpalone do granic miasto na drugą stronę pradoliny i koło leśniczówki Miga wjeżdżamy w las, na drogę prowadzącą do Bolszewa/Warszkowa. Nad oczkiem wodnym koło stadniny koni postój, a potem kolejny przy śluzie na kanale rzeki Redy. Tutaj kolejna atrakcja - mama kaczka prowadzi młode kaczęta do wody. Obserwujemy sobie to racząc się ciastem z rabarbarem w cieniu wierzby - no po prostu sielanka nad sielanki :)
Końcówka to powrót do miasta. Objazd rynku i parku - zrobił wrażenie, tym bardziej, że jak na zamówienie na pałacowym tarasie trwał sobie w najlepsze koncert jazzowy na żywo. No i tajska knajpa, bo być w Wejherowie i nie zjeść tam padthaia to jak być w Rzymie i... wiadomo :)









