Wkryujście przez Pozdawilk
MAPA
Plany na ten weekend były trochę inne. Chcieliśmy jechać do Drawskiego P. K., ale wystraszyliśmy się prognoz pogody i postanowiliśmy odłożyć to na inny termin. Dobrze się w sumie złożyło, bo w połowie tygodnia na dzisiejszy wieczór zapowiedział się gość, więc z czystym sumieniem zostaliśmy na miejscu.
Od kilku tygodni przymierzaliśmy się do degustacji fiszbuły w wersji hackerle, którą można zjeść (tylko w weekendy) w Rieth. Ponieważ zwykła, najkrótsza droga trochę nam się nudzi musieliśmy ją z lekka urozmaicić. A dodatkowo w Ueckermünde/Wkryujściu jest niezły kebab i to on wraz z bułką miał stanowić naszą inspirację ;)
Do Ueckermünde jedziemy przez Pasewalk. Miasteczko w sumie nie aż tak bardzo oddalone od granicy, a nigdy jeszcze tam rowerem nie byłem. Dobra okazja by to naprawić. Ponieważ wiało z zachodu ten odcinek dał się nam najbardziej we znaki. Były momenty, że prawie stawaliśmy w miejscu. Ale wizja tego, że za chwilę wiatr już nie będzie tak bardzo przeszkadzał oraz wykwintnych dań w dalszej części wyjazdu sprawiała, że aż chciało się jechać. Przy okazji odkryliśmy fajne drogi na kolarzówki, szczególnie odcinek Blankensee do Mewegen przypadł mi do gustu. Jeżeli okaże się, że Mewegen - Pampow też ma tak dobrą nawierzchnię to lepiej będzie nadkładać drogi na tym fragmencie.
W Pasewalk robimy krótki postój pod lidlem, gdzie A. udaje się po płyny. Uzupełniamy czynnie, uzupełniamy biernie ;) (poprzez dolanie do bidonów, ma się rozumieć) i ruszamy na krótką przerwę na rynek. Trochę się zawiodłem, spodziewałem się sporej ilości zabytków, a tymczasem dominowały blokowiska. Do tego ponure gmaszysko czegoś na kształt ratusza i niemal brak ludzi na ulicach. Zjedli, popili, nic tu po nas - jedziemy na północ.
Wyjazd z miasta po fajnej, szerokiej DDRce. Zresztą potem praktycznie aż do Vogelsang jedziemy WYDZIELONYMI, asfaltowymi DDRkami. Przeważająca część z nich miała gładkie nawierzchnie. "Kiedy tak będzie u nas?", pyta A. "Nigdy", wesoło odpowiadam.
Na krótki postój stajemy na kolejnym mini-rynku, w Ferdinandshof. To było najbardziej na zachód wysunięte miejsce tego wyjazdu.Baton, woda, jedziemy dalej.
Krótko przed Ueckermünde był chyba najbardziej klimatyczny, najfajniejszy odcinek. Zjechaliśmy z asfaltu na DDRkę szutrową, a potem na zwykły "singielek", którym toczyliśmy się około kilometra - z zakrętasami, pagórkami, wszystko w lesie. Coś wspaniałego. Małe tabliczki wyznaczające przebieg szlaku przybite były do drzew :)
W Ueckermünde jedziemy do kebabowni Uecker66, którą pamiętam z wypadu kilka lat temu z BSem szczecińskim. Wystrój chyba nic się nie zmienił, a jedzenie nadal niezłe. Doprawiamy się lokalnym piwkiem i po chwili stoimy nad brzegiem zalewu, gdzie dziś sporo ludzi. Ponieważ za tłokiem nie przepadamy uciekamy z miasta na drogę, a raczej DDRkę wzdłuż niej biegnącą w kierunku Bellin. Tutaj, układając wczoraj ślad, popełniłem błąd nawigacyjny, bo trzeba było wygodnie jechać aż do Warsin, a tymczasem ja skręciłem już na Luckow w Vogelsang. Przypłaciliśmy to dwoma brukowanymi odcinkami, na szczęście z możliwością objazdu po chodnikach (podobnie było też gdzieś między Rothenklempenow a Krugsdorfem, z tym, że tam nie było chodnika, a piaszczyste pobocze).
Leśna, wąska wstęga asfaltu przed Rieth zawsze robi wrażenie. Napięcie nie opada, bo dojeżdżamy właśnie do imbissu Inselblick, słynącego z wspomnianej fiszbułki. Zamawiam sobie to słynne hackerle, patrzę na całość z pewną wątpliwością, bo wygląd danie ma dyskusyjny, nieapetyczny powiedziałbym wręcz, ale za to... smakuje przepysznie. Zupełnie inny smak od typowego miatiasa, nie ma też w sobie ciężkości buły ze smażoną rybą. No po prostu trzeba posmakować. A. decyduje się na wersję light, czyli ciasto agrestowe. Oboje wypijamy kawę, która stawia nas trochę na nogi po piwie ;)
Ostatni fragment po śladzie ostatniego powrotu z Rieth, może poza tym, że nie zajeżdżamy nad Piaski, nie jedziemy szutrem przed Dobieszczynem i do domu wracamy przez Miodową.
Podsumowując świetny wyjazd, masa nowo odkrytych dróg. Jestem pod wrażeniem "infry" rowerowej w sąsiednim kraju. Bardzo daleko nam do nich, chociaż na szczęście sporo się w tej kwestii zmienia.
Pogoda - taka sobie. Niby słońce świeciło, ale przez przeważającą część drogi było mi zimno (dwie warstwy: koszulka z długim rękawkiem + przeciwdeszczówka-wiatrówka). Gdy ruszaliśmy na zachodzie przetaczały się źle wróżące, ciemne chmury. Jednak najwyraźniej wiatr je rozgonił, bo zmoczyło nas, nader symbolicznie, jedynie pod Blankensee.



















