Z czerkawem i Arturem - Triathlonistą na północ
Plany na dziś nie były sprecyzowane. Luźno myślałem o wyprawie szlakiem O-N do Siekierek. Wczoraj wieczorem na fejsie odezwał się czerkaw i rzucił myśl o Nowym Warpnie. Ja dołożyłem fiszbułkę w Rieth i tak od słowa, do słowa doszliśmy do konsensusu. Choć z tej drugiej to akurat nic nie wyszło.
Spotykamy się o 10 przy kantorze na Placu Żołnierza (czerkaw przybył na rowerze z Marianowa!). Wymiana waluty po dość sensownym kursie i po chwili ruszamy na podbój Niemiec, przez Łęgi, bo czerkaw miał tam ważną sprawę. Na Wyzwolenia robi jeszcze zakupy - bułka i banan, które będą musiały mu wystarczyć aż do Ueckermunde.
Zbieramy metry na podjeździe pod Osów, szybko wytracamy je na Miodowej i dalej suniemy do Dobrej. Tuż za przejazdem drogi czołgowej na poboczu dostrzegamy rowerzystę, który coś montuje przy rowerze i rzuca w naszą stronę: "dokąd jedziecie?". Odpowiadamy, zgodnie z prawdą, że do Ueckermunde. "A ile to km?". Niezgodnie z prawdą rzucam: "Pięćdziesiąt" ;) Po chwili jedziemy już razem - nasz kompan to Artur, triathlonista pierwszej wody, na super rowerze, z bardzo fajnymi gadżetami, a i z nogą bardzo mocną. Chyba za mocną jak na takich dwóch leszczy jak my. No, ale chcąc, nie chcąc zabrał się z nami ;)))
Między Wołczkowem a Dobrą macham raźno do nadjeżdżających z naprzeciwka Kuby i Janusza. Ciekawe czy się zorientowali kto zacz? ;)
Granicę mijamy w Buku. Potem Artur sugeruje, by do Grunhof pojechać nie prosto przez Pampow, tylko przez Mewegen. Tak też czynimy, dokładając jeszcze parę nadmiarowych kilometrów do Rothenklempenow. Na podjazdach Artur maleje nam w oddali, bo takie przyspieszanie stanowi element jego treningu. My człapiemy wolniej, ale też wesoło :)
W Rothenklempenow wpadamy na landówkę do Hintersee i całkiem żwawo zmierzamy najpierw do krzyżówki na granicę, którą ignorujemy jadąc prosto, a potem w stronę Kcyni [Eggesin]. Jedzie się szybko, dbają o to Artur i czerkaw, a i ja momentami też dbam. W Eggesin miła niespodzianka, nie ma już bruku na wjeździe od strony Ahlbeck. Końcowy odcinek do Wkryujścia pokonujemy to DDRką, to ulicą. Nie wiem jak jest w przepisach niemieckich, ale mgliście pamiętam, że kiedyś koleżka tłumaczył mi, że szosowiec ma prawo w ramach treningu jechać po jezdni. A więc trenujemy.
W Ueckermunde z duszą na ramieniu zmierzam do słynnej kebabowni (jak to ładnie właściciel ujął na budynku "pizzeria - donneria"). Z duszą na ramieniu, bo nie pamiętam tak dokładnie lokalizacji. Na szczęście wystarczyło objechać rynek i charakterystyczna, półokrągła, szklana fasada pojawiła się za zakrętem.
Ja z czerkawem, jak na ultraszosowców przystało wciągamy po poteżnej rolce i zapijamy to niemieckim piwem o miłej kojarzącej się, a i proroczej nazwie Beck. Kolega - triathlonowiec lżej. Tylko piwo i miałem wrażenie, że z pewnym przerażeniem w oczach obserwował tempo w jakim nasze tureckie pizze znikały.
Potem za jego sprawą w podobnym tempie znikają kolejne kilometry. Najpierw do Ahlbeck, do którego jedziemy po śladzie, a potem do Rieth, do którego jedziemy asfaltówką, której nie miałem okazji zaliczyć, a jest bardzo, by tak rzec, miła ;)
Z Rieth do granicy problem, bo tam nasi dokładni, sumienni i w ogóle pod linijkę sąsiedzi zapomnieli o czterystu metrach jak mi tu z RWGPS wychodzi asfaltu. Czyli trzeba jechać po piachu. Kolega Artur na samym początku zalicza glebę. Otrzepuje się i podobnie jak my z czerkawem zadaje podstawowe pytanie: czy rower cały? Cały, można telepać się do granicznego mostku dalej.
Szybki przelot leśną DDRką do szosy dobieszczyńskiej i, tu zaskoczenie, nie w prawo, a w lewo. Do Nowego Warpna uzupełnić płyny, bo powoli się kończą, a na oparach Becka za daleko zajechać się nie da. W Nowym Warpnie zrobili co trzeba, potem objazd promenady, a na koniec szybka, jak na mnie, jazda do Dobieszczyna i dalej, jeszcze trochę szybsza, do Tanowa, przed którym łapie nas ulewa i pomrukująca w oddali burza.
Ostatni postój na przystanku w Tanowie. Zgodnie stwierdzamy po 5 minutach i dwóch telefonach, że nie ma co czekać dalej tylko trzeba jechać. Pożytek z tego postoju taki, że ja uspokoiłem się losami banknotów w portfelu (suche), a koledzy porozmawiali z kimś przez telefon. Po ruszeniu było ciężko - bardzo zimno, ale do Pilchowa byliśmy już rozgrzani, a dodatkowo ciśnienie podniosła nam słynna DDRka z najbardziej parszywej z parszywych kostki. Na Głębokim Artur odjeżdża do domu przez Wojska Polskiego - spieszył się, a my wciągamy jeszcze Miodową raz. Zjazd do Arkońskiej i dojeżdżamy do bazy.
Piękny wyjazd, oby częściej. Dla Artura podziękowania, bo mocno nas dzisiaj pociągał za uszy.















