Miałem jechać wcześnie rano z braćmi i Damianem do Ińska. Ale gdy zadzwonił budzik i czułem "ćmiącą" z lekka głowę obróciłem się na bok, niestety zapomniawszy uprzedzić chłopaków, że mnie nie będzie. Na szczeście po chwili zadzwonił Damian, któremu wyłożyłem co i jak. Potem, widząc na stravie ich wyczyn, żałowałem, że nie pojechałem - tak to bywa ;) Obudziłem się po raz drugi po 10 (!) z nadal nawalającym łbem. Ogarnąłem śniadanie, kawa i w drogę.
Do Chojny postanowiłem tym razem dojechać Odrą-Nysą i był to chyba niezły wybór. Choć wiatr wiał dziś z różnych kierunków zachodnich i tak naprawdę rzadko kiedy na takiej trasie pomagał.
Pogoda wspaniała, rower nie zawiódł po raz kolejny - poza skrzypiącym z lekka łańcuchem, ale to moja wina, bo zapomniałem nasmarować przed wyjazdem. Najciekawsze, że całą drogę w ogóle nie czułem głodu, w odróżnieniu od pragnienia ;) Na sam koniec, niemal pod klatką, na ostatnim podjeździe poczułem "odcięcie" i konieczność wrzucenia czegoś na ruszt, co też ochoczo w domu uczyniłem.
Komentarze (8)
heh jakie zabezpieczenie na garmina. Mam lepszy patent, który sama wymyśliłam :). Bierzesz gumkę taką najlepiej co dają do liczników. Robisz pętelkę na tym otwierczaczu, zakładasz garmina na uchwyt, i gumkę przekładasz przez całego garmina.
Bracia plus Damian to grupa jeżdżąca szybko i długich dystansach - szkoda, że tym razem nie załapałeś się na wspólną jazdę ale co się odwlecze, to nie uciecze. Chyba jednak nie masz czego żałować, bo w znakomitym tempie przejechałeś jednak spory dystans - moje uznanie.