Okraj i Rędzińska
Drugi dzień pobytu to średnie dość śniadanie w Zajeździe Zachęta w Kamiennej Górze. Po wyjeździe wciągam jeszcze chałwę i z takim doładowaniem ruszam na podobną, jeżeli chodzi o dystans, pętlę jak wczoraj. Około 115 km. W pierwszej kolejności jadę w kierunku Krzeszowa - w styczniu bawiłem w okolicy, ale czasu na zwiedzenie tego miejsca nie było. Dziś czas może by się znalazł, ale tłumy ludzi i parafialna, tandetna odmiana "komerchy" sprawiły, że robię zdjęcie i jadę szczęśliwy dalej.
Krótko potem mijam drogowskaz wskazujący lokalną atrakcję jaką ma być "stół sądowy". Okazało się jednak, że początkowo znak wskazywał 0,5 km, potem w polną drogę już bez podania odległości i tak jechałem nią dobry kawał i na nic nie natrafiłem. Ale też, przyznaję, nie chciało mi się jakoś szczególnie szukać. Jadę dalej.
Kolejną atrakcją jest Chełmsko Śląskie. Formalnie wieś, ale wygląda zupełnie jak miasto i oczywiście mogła by nim spokojnie być. Skoro np. taka Wiślica ze swoim nieco ponad pięćset mieszkańców czy Opatowiec - 329 populacji mogą być. No, ale nie jest. Można za to się przejść po rynku, pospacerować pod arkadami czy przeciskać się przez skrzyżowania między kamienicami. Super klimat. Bardzo mi się podoba.
Z Chełmska żwawo do Lubawki, tam fajna architektura i jeszcze fajniejsza, "duch-logiczna" tabliczka z nazwą ulicy. Potem, przez kolejne wiochy droga zaczyna stopniowo się wznosić ku Przełęczy Kowarskiej, a potem na słynny Okraj. Jedzie się jednak całkiem spoko, momentami nawet omijam drogę jakimś fajnym szutrem - pokłosie tego, że na pewnych odcinkach zaznaczyłem w stravce by wyznaczała trasę bocznemi drogi. Do Przełęczy Kowarskiej zaskakująco szybko, potem już trochę wolniej, ale też bez dramatu na Okraj. Ot, dłuższy podjazd, z nachyleniem z tych, które można znaleźć w zachpomie. Przynajmniej w moim odczuciu :)
Na Okraju wypijam nagrodę, po czym zaczynam długi i dość szybki zjazd do Kowar. Fajna droga, ale nie znałem jej zbytnio, więc jadę dość asekuracyjnie. A można by się rozpędzić, oj można :)
Kowary mijam bez większych postojów. Staję jeno przy fabryce dywanów, gdzie znajduje się już kultowa mozaika. Potem świetną, boczną, wijącą się wspaniale asaltówką docieram do wsi Bukowiec. Jest tu jakiś duży kompleks pałacowo-ogrodowy. Jest też fajna kawiarenka, więc wjeżdża dobra kawa z ekspresu i ciasto. Wspaniale :) Chwila odpoczynku i delektuję się kolejną piękną drogą, szutrówką, która doprowadza mnie do wsi Bobrów. A tam wspaniały pałac. Zajeżdżam pod bramę i fotografuję go. Przyjezdni pytają czy nie mam kluczy do bramy. Śmieję się i mówię: "nie, choć krajanom chętnie bym otworzył" - auta mają rejestrację GWE :)
Kolejne km to przejazd doliną Bobru. Też kolejna z dróg, o których myśli się w czasie jazdy, że mogła by się nie kończyć. Niemal zerowy ruch samochodów, a jak już to z przeciwka :) Rudawy Janowickie, podjazd i jestem w Miedziance. I oczywiście w miejscowym, słynnym browarze. Ciekawa historia - zarówno samej miejscowości jak i tego przybytku rozkoszy kulinarno-browarniczych :P Biorę zimne, dobre piwko, siadam na zewnątrz, delektuję się widokiem, obserwuję przyjeżdżających ludzi, a szczególnie rowerzystów. Są nawet dwie dziewczyny na "marianach" Głodnieję, więc decyduję się jeszcze na sezonowe danie jakim są kurki w śmietanie z makaronem.
Tym posilony, szczęśliwy ruszam na ostatnie 20 km do mety. Jakież było moje zdziwienie, gdy dotarłem do podnóża Przełęczy Rędzińskiej. Wydaje mi się, że tak w górach jeszcze nie oberwałem. Brakowało mi ewidentnie przełożeń. Dlatego co około 50-100 metrów zatrzymuję się dla złapania tchu. Uciekam się nawet do desperackich (tak zawsze je traktowałem) zakosów w poprzek ulicy, po której zresztą nic nie jeździ mimo świetnego asfaltu. Całości dopełniają muchy, które natychmiast mnie obsiadają, bo jadę za wolno, a poza tym nie mam jak się odganiać, choć od niechcenia próbuję co jakiś czas. Po kilku takich scenkach dobijam do przedszczytowego wypłaszczenia - wreszcie odmiana, bo podjazd zaczyna się mocno, a potem jest już tylko gorzej :D
Na przełęczy delektuję się niezłym widokiem i rozpoczynam szalony, wielokilometrowy, choć też dość asekuracyjnie pokonany zjazd. Tzn kończy się ten zjazd praktycznie pod "moim" zajazdem. Szybki prysznic, wyjście na miasto i tyle. Udany dzień bardzo :)


































