Ostatni dzień przerażał mnie początkowo dystansem - prawie 300 km, w dodatku po górach. Ale wraz z upływem czasu, gdy przemieszczałem się lepiej niż zakładał plan morale znacząco wzrastało :)
Pobudka o 3, po 3,5 godzinach snu. Jak ciężko się wyłączało ten budzik i podnosiło z łóżka ;) Ruchy jak mucha w smole. Efekt taki, że punkt 4 zamykam za sobą drzwi i ruszam w ciemność ubrany jak na zimę. I dobrze, bo ściągałem warstwy po kilkudziesięciu km.
Niewiele napiszę - widoki przepiękne, jak to w "górskim" dniu MPP. Jedna ścianka siekiera, pod którą nawet nie probowałem wjechać (Wierch Młynne), reszta fajna. Długie podjazdy, był czas na rozmyślanie ;) A już w ogóle na zjazdach.
Na metę wjeżdżam o 21.43. Po 60 h i 43 minutach od startu w Helu. Trochę żal, bo chciałem złamać granicę 60 km, ale nie ma w sumie co narzekać. Dodam, że 2 lata temu, przy trasie krótszej o blisko 70 km wykręciłem czas powyżej 63 godzin. Także pole do popisu jest :D
Słowo odnośnie Kazika - roweru. Chyba lepiej dopasowany jak była Hanka. Nic, poza "urazami" okolicy najbardziej narażonej na obtarcia :P Szczęśliwie bez żadnego defektu i co najważniejsze - byłem w takiej formie po wszystkim, że w środę udało się mi jeszcze wejść na Kościelec :D
Jurek, wizja tego chłodnego piwka i kolacji na Głodówce była głównym motywatorem i przyczyniła się do tego co określasz jako "doskonały czas". Ja jestem wobec siebie bardziej krytyczny, nie udało mi się złamać 60 h, o co mogłem powalczyć. Ale na fali wspaniałych widoków, delektowania się nimi i, nie ukrywam, dość dużego znużenia jazdą odpuściłem na ostatniej setce. Może za rok. Wizję jak to zrobić już mam ;)
W ramach równowagi, zdjęcie z kuflem złocistego płynu bardzo mi się podoba. Jest normalność. :) Gratuluję doskonałego czasu i super relacji i fantastycznych zdjęć.