Rano najzimniejszy dzień tej zimy - w porcie termometr wskazał minus 9. I wybitnie było to czuć - ostry wiatr z południa wychładzał nawet najbardziej ukryte skrawki skóry. Na szczęście dzionek wstawał pogodny - nie ma się co dziwić: wyż, a więc bezchmurne niebo i niska temperatura.
Niestety, pogoda popsuła się niemal dokładnie wtedy, gdy musiałem wsiąść na rower i pojechać na Prawobrzeże. Jak na razie najcięższy dojazd - na Hryniewieckiego bałem się jechać zasypanym śniegiem mostem, pod który wolno drałowały TIRy, więc pojechałem zawalonym zmrożonym śniegiem chodnikiem, z prędkością ślimaka. Potem już było lepiej, choć od Zdrojów do Bukowego jechałem chodnikiem i na "skróty" przez teren szpitala.
Gdy wracałem czuło się nadchodzące ocieplenie - drogi były już czarne i mokre. Tym niemniej, pod koniec jazdy trafiłem jeszcze na całkiem solidną śnieżycę, dzięki czemu mogłem potem podziwiać liczne kanały i kanaliki na terakocie w łazience :)
Dzisiaj rano zastanawiałem się czy nie zrezygnować z roweru. Koniec końców zdecydowałem się na ten tradycyjny dla mnie środek lokomocji i nie pożałowałem. Jedyne problemy z przejazdem jakie były to na dojeździe do Mostu Pionierów, na ścieżce nad "przepaścią" i potem na podjeździe na tenże most, po przeciwnej stronie i ulicy, i rzeki.