Po pracy do biblioteki. Po świetne, a piszę to już z perspektywy więcej jak tygodnia czytania, "Ślepnąc od świateł" Żulczyka. "Polecam dzieciom" jak mawiał klasyk.
W drodze łapię niezły rarytas - pociąg na przejeździe na Handlowej!
Po pracy stały, od jakiegoś czasu, punkt, czyli wizyta w jednej ze szczecińskich knajp z jeloną i czerkawem. Tym razem wietnamczyk z Makao przy Rondzie Giedroycia. Pad thai - całkiem inny jak w Wejherowie, ale dało sie zjeść. A już zupa pekińska - rewelacja :)
Powrót do Słupska, skąd pociągiem do domu. Kolejny dzień wybitnej pogody, wprawdzie wiatr raczej nie sprzyjał, ale był na tyle słaby, że jechało się wspaniale. Na dworzec dojeżdżam na dwadzieścia minut przed odjazdem pociągu - idealnie.
Ponieważ było od dawna wiadomo, że na Święto Zmarłych ma być piękna pogoda postanowiłem na groby dojechać kombinowanym transportem - pociąg + rower. Tym sposobem przed południem 31 października koleją dotarłem do Słupska. Dalej ułożyłem sobie ślad przez Kaszuby, na południe od DK6. To odmiana od tegorocznej, wielkanocnej jazdy przez DW213, którą zresztą wcześniej kilka razy już wybrałem na tym kierunku.
Przed ruszeniem w zasadniczą trasę zahaczam o "maka" - trochę z dworca musiałem się cofnąć, ale głód i brak wiedzy o tym, gdzie w Słupsku je się szybko i dobrze zmusił mnie do tego.
Sama trasa - wspaniała. Albo boczne, mało uczęszczane drogi, albo fajne szutry, był też kawałek znośnego bruku. Najgorsze, najbardziej ruchliwe kawałki to DW212 między Kamieńcem a Cewicami i potem kawałek od Lini do ronda w Niedźwiadku. Od Cewic jadę już na oparach - strasznie chce mi się pić. Ale "dobry" sklep (taki, pod którym można spokojnie postawić rower) znajduję dopiero w Niepoczołowicach. Po zakupach muszę już odpalić światło, bo robi się ciemno.
Końcówka to już solidne, kaszubskie pagóry z kulminacją pod Częstkowem, gdzie wjeżdża się na ponad 200 m n.p.m.
W Wejherowie melduję się po 19, po fajnej, turystycznej, jesiennej eskapadzie.