Proszony obiad w zeszłym tygodniu nie doszedł do skutku, udało się więc teraz. Jak już wspominałem - znajomi mieszkają na końcu świata, trochę jak ja, ale całkiem przeciwległy koniec Szczecina. Wracałem - najkrótszą drogą - ponad godzinę i wyszło więcej jak 20 km.
W drodze "do", w ciemnościach oczywiście znowu zmyliłem drogę w lesie. Jednak w świetle lampy te wszystkie leśne przesieki wyglądają podobnie. Koniec końców wyjechałem dokładnie tam gdzie chciałem. W powrotnej drodze już naprawdę zimno.
Do Szczecina zawitała gościni z Wielkopolski - linuś. Umówiliśmy więc z "czerkawami" spotkanie, by podjąć ją godnie w rowerowym gronie na ziemi szczecińskiej. A, że przyjechała pociągiem to gdzie najlepiej? Oczywiście w Ceglanej ;)
Na spotkanie dojeżdżam z portu, a potem w chłodnej, "mżawkowatej" aurze wracam na Podjuchy.
Miałem zaproszenie na obiad do znajomych na Bukowo. W cholerę daleko i rowerem dojazd gorzej niż fatalny. Ale postanowiłem tam dotrzeć. Niestety - już w centrum, w drodze "do" zorientowałem się, że nie jest za wesoło z poziomem baterii do przedniego światła. Zdecydowałem, że jednak jadę. Ale jeszcze sporo przed celem bateryjka zaczęła sygnalizować, że poziom obniża się dramatycznie. Obniżyłem się i ja (a byłem już prawie w wysoko położonym Podbórzu) i na tych "oparach" spróbowałem dojechać z powrotem do domu. Udało się, choć na rzęsiście oświetlonych DDRkach w Centrum światło gasiłem. Znajomi niepocieszeni ;)
Na zdjęciach - stan ulicy Batalionów Chłopskich po awarii opisywanej wczoraj. Droga całkowicie nieprzejezdna, a na chodnikach tabuny pieszych drałujących na autobusy (jadące do Centrum) do Zdrojów. Oprócz tego - podświetlona na niebiesko Filharmonia, podobno z okazji święta cukrzyków czy coś w ten deseń ;)
Powrót na naprawionym Marianie. Miałem farta - na Batalionów Chłopskich przejeżdżam na chwilę przed wielką awarią wodociągową, która na 3 dni odcięła Zdroje od Podjuch. Byłem bardzo zadowolony, bo dzięki temu drogę miałem niemal tylko dla siebie. Ale wszystko co dobre kończy się szybko - w sobotę przejazd udrożniono. O jeden dzień później, bo miejscowe janusze rozjeździły w nocy warstwę bitumiczną (mimo stojących barier i znaków zakaz ruchu - w tym kraju powinien tam chyba stać żołnierz pod bronią i strzelać do niesfornych kierowców) i trzeba było przesunąć asfaltowanie o jeden dzień.
De facto powinienem rozbić tę przejażdżkę na dwie. A to dlatego, że na stacji rowerowej przy pętli Turkusowa zmieniłem rzęcha na jeszcze większego rzęcha - ten pierwszy miał niesprawne tylne światło. Ten drugi, jak się miało okazać, nie tylko ze światłem miał problemy, ale i z jęczącym potępieńczo suportem, dzięki czemu całe Słoneczne i pół Majowego wiedziało, że oto jadę do Bukbike`a odebrać z naprawy Mariana.