Po pracy jadę na zakupy i udaje mi się (z kronikarskiego obowiązku: w "kerfurze") nabyć polecane usilnie przez Trollkinga dodatki do kanapek :) Potwierdzam - są pyszne.
Po pracy do biblioteki - na Barnima. Znam ją, bo gdy mieszkałem na Słowackiego to często wpadałem. Duży wybór i komfortowe warunki do podejmowania decyzji :) Wziąłem "Biednych ludzi z miasta Łodzi" o tamtejszym getcie. Wstrząsające bardzo, ale ciężko było się oderwać. Prawie (o ile pamiętam) 600 stron łyknięte raz-dwa.
Natomiast gdy wychodzę o 16 przed budynek okazuje się, że pada i to dość mocno. Przez chwilę waham się nad powrotem samochodem, ale szybko wybijam tę myśl z głowy. I bardzo dobrze, bo miasto stało sparaliżowane. To co leciało z nieba od razu zamarzało - był stopień poniżej zera. Ja, mimo to, dość sprawnie zajechałem na Zdroje na zakupy, a potem, omijając korek, odludnym na szczęście, chodnikiem wzdłuż Batalionów Chłopskich, docieram na moje Podjuchy. Pod klatką zresztą mało co nie wywijam orła na śliskim chodniku. Uznaję to za potwierdzenie słuszności wymówki od dalszej jazdy - przecież w takich warunkach to skrajnie niebezpieczne ;)
Rano, przed pracą krążę w poszukiwaniu Wyborczej, do której dołączony był kalendarz ze świetnymi zdjęciami Adama Wajraka. Udaje mi się dopiero na shellu, bo w obu kioskach na Wyszyńskiego nakład był już wykupiony.
Po pracy zajazd na piwo i słynne, batatowe frytki do Ceglanej - w cywilnych ciuchach. I w nich, niestety, powrót potem aż na Podjuchy. Było rześko :)
Pretekstem do wydłużenia trasy były zakupy w lidlu na Mieszka I. Stamtąd lekkim zawijasem do Przecławia, a potem już powrót najkrótszą drogą, przez Autostradę Poznańską.
Po pracy zajeżdżam do biblioteki. Oddaję opisywane już tutaj "Ślepnąc od świateł", a w zamian, bez większego entuzjazmu, "Szwedzkie kalosze" Henninga Mankella o trudnej relacji ojciec - dorosła córka. Miłe rozczarowanie, jak miało się okazać później.