Po pracy przejażdżka do miasta - najpierw do piekarni Reczyńskich, którą wychwalałem tu już wiele razy, a to za świetny chleb nomen omen razowy ;) A potem do biblioteki. Z kronikarskiego obowiązku - oddałem "Sonneberg" Vargi, a wziąłem "Króla" Twardocha.
W drodze powrotnej fotografuję jeszcze serce ze zniczy oraz filharmonię podświetloną na sposób żałobny, z czarnym pasem po środku. Blog rowerowy to może nie miejsce na takie spostrzeżenia, ale muszę przyznać, że bardzo wstrząsnęła mną śmierć Adamowicza. Byłem przez kilka dni "rozłożony na łopatki" przez to zdarzenie. Coś strasznego...
Jak się miało okazać ostatnia jazda w tym roku. Czyli co? Wypadało by krótko podsumować ;)
Pomimo tego, że grudzień był bardzo słaby (bardzo dużo spraw "pozarowerowych") to podsumowując cały 2018 nie mogę narzekać. Przejechane dwa duże maratony, w tym ten, na którym najbardziej mi zależało - MPP. Codzienne dojazdy do pracy też pozwoliły całkiem sporo kilometrów "nabić" - udało się przekroczyć 13000 km. Jest ok.