Rano niesamowity fart. Czuwała nade mną siła wyższa, która sprawiła, że nie wyjechałem tak jak mam w zwyczaju w ostatnich dniach wcześniej, by przez Wielgowo dojechać do pracy tylko zostałem w domu. Dzięki temu bardzo silną ulewę przeczekałem pod dachem, w domu, a gdy jechałem do pracy zmokłem odrobinę jedynie od tego, co tryskało spod kół. Wielkie szczęście!
Na DDRce na wysokości stoczni ponownie samochody zaparkowane w dziadowski sposób.
Powrót nieco naokoło. Chwilę po zrobieniu zdjęcia korka zostaję ukarany. Łapię gumę. W ciągu 10 minut zakładam świeżą dętkę, sporo czasu poświęcając przejrzeniu opony. Nic nie znalazłem, kolec musiał wejść i natychmiast wyjść...
Potem przez Dąbie (lidl), uliczki Wielgowa, Sławocieszę i nieco na około przez Płonię docieram do domu.
Pogoda idealna, ciepło, trochę popadało, ale taki deszczyk nic nie przeszkadza...
Rano znów pojechałem mocno na około. Ciekawostka - wyszło mi tyle km, ile robiłem, gdy dojeżdżałem do pracy ze Stargardu. :)
Powrót w deszczu. Nie sprawdziły się prognozy - miało być ładnie, a padało i to dość mocno. Na szczęście było ciepło, więc jechało się i tak świetnie. Na tyle, że mimo późnej pory wydłużam nieco trasę. :)
W obie strony w mżawce. Rower zaświniony, ciuchy zaświnione, ale za to zaoszczędzone czas i paliwo. No i radość z jazdy, której nie da się przeliczyć w żaden sposób. ;)
Czy to nie cykloza? Wieczorem rozłożyłem rower, wpakowałem do samochodu i przewiozłem do pracy. Tam go złożyłem z powrotem, wróciłem nim do domu, auto zostawiając na parkingu, a wszystko po to, by kilka godzin później, rano ponownie zjechać sobie do portu... ;)