Dzisiaj wyjazd sporo wcześniej niż zwykle - tuż po piątej rano. Nie mogłem się nie zwlec obudzon motywującym smsem. Ten przedwczesny wyjazd to dlatego, że przed pracą musiałem jeszcze się wyrobić z przeglądem samochodu. Tym razem trafiłem na wyjątkowo skrupulatnego pracownika SKP. Jego wątpliwości wzbudził, jak to określił, "luz na drążku", ale wszystko skończyło się happy endem. "Można z tym jeszcze spokojnie kilka miesięcy jeździć" - zawyrokował na koniec, gdy stałem przed nim w pokorze, a on gmerał przy kole. ;)
Jeżeli chodzi o rower to jechało się świetnie. Niby tylko godzina różnicy, a ruch dużo, dużo mniejszy. Poza tym idealnie dobrane ciuchy do temperatury (6 stopni) - dojechałem do pracy zupełnie suchy.
Rano na około. Od razu lepsze samopoczucie, gdy zamiast 10 km w drodze do pracy zrobię ponad 30. :)
Powrót szybki, bo ważne, niecierpiące zwłoki sprawy czekały. Summa summarum (czy jak mawiają niektórzy "w sumie summarum") tym razem opłacało się odpuścić dłuższą wycieczkę.
Załączam zdjęcie z rewolucyjnej przebudowy pętli na Basenie Górniczym - w tej chwili jest całkowicie zamknięta, a autobusy i autobusy-zatramwaje dojeżdżają do tymczasowej nawrotki "Most Cłowy".
Rano dojazd wręcz koszmarny. Wychodzę z domu i już wiem, że zaraz będę zupełnie przemoczony. Leje jak z cebra. W takich warunkach szybki zjazd ul. Kolorowych Domów w strugach tryskającej spod kół wody sprawia, że odechciewa się wszystkiego. Ale przynajmniej robi się człowiekowi wszystko jedno i dalsze km w drodze do pracy pokonuję bez zwracania uwagi na kałuże, błoto, gnijące listowie, itd. Mam ten psychiczny komfort, że za kilkanaście minut, na miejscu przebiorę się w suche ciuchy, a mokre obciślaki i buty będzie gdzie wysuszyć. Poza tym i tak przecież lepsze to niż dłuższe o kilkanaście minut gnicie w samochodzie w korku.
Po pracy ruszam na szychtę do Stargardu. Ponieważ czasu mam więcej niż potrzeba na standardowy przelocik przez Niedźwiedź i Motaniec obieram wariant via Sowno i Poczernin, czyli odcinek, który kiedyś bardzo często jeździłem, a teraz mogę sobie go odświeżyć. Nie pada, szutrówka z Wielgowa do Sowna sucha, gorzej potem przed Poczerninem, ale rower i tak jest zasyfiony do tego stopnia, że nie zwracam uwagi na takie drobnostki. Docieram na miejsce 30 minut przed czasem, w trakcie przebierania się w strój służbowy wywołuję jedno zdjęcie RTG - przebieralnia znajduje się w ciemni, albo raczej ciemnia w przebieralni :P
I tak oto, niepostrzeżenie, w drodze powrotnej, gdzieś na wysokości Basenu Górniczego mignął mi dziesięciotysięczny kilometr tego roku. Nie było strzelających korków od szampana, ni orkiestry. Był siąpiący październikowy deszcz, zapach butwiejących liści i ciemność, bo zdarzenie miało miejsce wieczorem. ;)
Taki był mój plan, nie przypuszczałem, że się uda. Jestem zadowolony. Pytanie - jakie wyzwanie na rok przyszły? :)
Co tu wiele pisać... Jak to w niedziele niekiedy bywa - do pracy odstawić samochód i zabrać rower po to, żeby za kilka godzin, w uroczy poniedziałkowy poranek wrócić na nim z powrotem... ;)
Jedyny problem to znaleźć w sobie dość siły, by zwlec się wcześnie rano z łóżka. Potem, z każdą chwilą niepowtarzalnej gry świateł charakterystycznej jedynie dla świtu człowiek utwierdza się, że warto, że trzeba to jak najczęściej powtarzać. Tym bardziej, że teraz nie trzeba zrywać się o 3, ale można pospać nawet do 6... :)