Klasyczne dpd. Rano z postojem w lidlu na zakupy śniadaniowe. Zaś powrót w trybie ekspresowym. Na tyle ekspresowym, że pomijam Most Cłowy i przejeżdżam na skróty, nieprzyjemną ścieżką przez Most Pionierów. Tempo takie, a nie inne, bo spieszyłem się do pracy (nowej, póki co z doskoku). Co ciekawe mieści się w tym samym bloku, w którym mieszkam (identycznie miałem, gdy mieszkałem jeszcze w Stargardzie, co stanowi ciekawy zbieg okoliczności). Dyżur mija mi spokojnie, był wręcz nijaki, dokładne przeciwieństwo tego sprzed tygodnia, który dostarczył całą masę emocji.
Dzisiaj wypadała mi sobota pracująca w Stargardzie. Ponieważ pogoda była "w miarę" zdecydowałem się na dojazd rowerem. Wyjechałem po śniadaniu około 8.30 i już godzinę (z kilkoma minutami) później wchodziłem do gabinetu - nie przewidziałem, że wiatr będzie tak sprzyjający i u celu zameldowałem się gruuubo przed czasem.
Po czterech godzinach pracy (w tym 30 minutach spędzonych tamże z Agnieszką, która dojechała przez Jezierzyce akurat na zakończenie dyżuru) ruszamy z powrotem do domu. Pierwej jednak kierujemy się załatwić pewną sprawę na Kościuszki, a dopiero potem spacerowym tempem przez Jezierzyce, Płonię i Świętochowskiego na Fioletową. Tempo na tyle spacerowe, że końcówka w nerwach i pośpiechu, a to dlatego, że do domu weszliśmy zziajani piętnaście po czwartej, a z kolei na 17.30 musieliśmy zdążyć do Filharmonii Szczecińskiej na występ KMN (to w ramach niespodzianki-"mikołaja" od Agnieszki). Udało się: filharmonia przepiękna, występ rewelacyjny, prezent trafiony i urzekający tak bardzo, że chyba bardziej się nie da.
Dziś
podróż mocno nietypowa. Oddałem Agnieszce we władanie swojego
czerwonego rumaka, a sam pomknąłem na dość ciężkim unibike`u, którego
przywiozła z sobą. Nie mogłem przecież pozwolić, by męczyła się na
czołgowatym, niedopompowanym trekingu w taki ziąb. W garminka
wgrałem Jej fajną trasę po Puszczy Goleniowskiej do przejechania w
czasie, gdy ja będę rozkoszował się ośmiogodzinnym dniem pracy ;)
Przejazd
szybki, bo prawie cały z wiatrem. Dopiero na moście na Hryniewieckiego
czuję boczny, przeszywający, lodowaty wiatr. A tak w ogóle to ubrałem
się za lekko. Całą drogę było mi zimno. Miało to jednak swój wielki plus
- mogłem sobie odpuścić prysznic po dotarciu do pracy. Zresztą pierwszy
raz w historii tych moich dojazdów rowerem a trochę ich już było. ;)
Rano szybko i bezproblemowo do pracy. Krótki postój przy przyczepie z drożdżówkami przy Moście Cłowym :)
Powrót przez dworzec. Zajeżdżam tam, bo w nocy czeka mnie podróż kuszetką, a, jak wiadomo, system komputerowy od sprzedaży biletów się zesr... zepsuł. Sytuacja jest więc taka, że bilety są, a jakoby ich nie było. Śmiechu nie ma, bo specjalnie kupowałem wcześniej, by nie męczyć się jazdą na siedząco, więc wiszące nade mną widmo problemów z wejściem do wagonu nie nastraja optymistycznie. Prawdę mówiąc dostaję szału... ;) Na dworcu nie dowiedziałem się nic, oprócz tego, że konduktor "powinien" mnie wpuścić. Na pytanie co znaczy "powinien" pani z IC uśmiechnęła się i wzruszyła ramionami...
By nieco ochłonąć jadę okrężną drogą, w tym wspinam się w Puszczy Bukowej. Pomogło. Ukoiłem nerwy. ;)
Końcówka dość zimna - u góry były tylko 3 stopnie.
Cykloza. Przewiozłem rower samochodem do pracy, tam go wyładowałem i wróciłem do domu. Wszystko późnym wieczorem, by za kilka godzin pojechać tam znowu. :) Wszystko dlatego, bo zależy mi, by auto tam zostało - nie będzie mnie przez ponad tydzień na miejscu. Przy okazji nie będzie też jeżdżenia.
Rano, jak to miewam ostatnio w zwyczaju, przez Płonię i Wielgowo. Jestem bliski celu, tysiąc w październiku na wyciągnięcie ręki i wiem, że dzięki takiej okrężnej trasie po południu pozostanie symbolicznie wrócić do domu.
Po drodze fotografuję tymczasową pętlę autobusową Most Cłowy, która powstała w związku z całkowitą przebudową Basenu Górniczego. Oprócz licznych przystanków (zajeżdża tu wiele linii, Basen Górniczy jest przystankiem końcowym dla kilkunastu linii autobusowych, łączących Prawo- z Lewobrzeżem i na odwrót) są też budki z pieczywem i ciastkami. W jednej z nich biorę sobie rogalika z masą kajmakową - jeszcze ciepły, ostrzega pani. A ja dzięki temu wiem, że nie będę czekał z konsumpcją aż zajadę do pracy, tylko od razu stanę przy moście i podelektuję się smakiem. ;) Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Poezja. :)
Powrót z postojami w rozlicznych, zatłoczonych sklepach. A wszystko po to, by naszykować całą masę kalorii w odpowiednim, by tak rzec, entourage`u na nadchodzący weekend... ;)
Ot, pół setki praktycznie bez historii. Rano zimno, chyba najzimniejszy dzień tej jesieni, T oscylowała w granicach zera. Nie stanęło to jednak na przeszkodzie, by, przepraszam za słowo, "rypać" kilometry, a to dlatego, że postanowiłem za wszelką cenę przejechać w październiku 1000 km. Trudno było mi na początku miesiąca uwierzyć i chciałem sobie "coś" udowodnić. W chwili, gdy piszę te słowa do 1000 brakuje 5 km, więc to już w sumie formalność - przekroczę z bezpiecznym zapasem.
Powrót nieco naokoło, przez Dąbie i Kijewo. W nagrodę za te km usmażyłem sobie słodkie naleśniki, które wrąbałem z dżemem i śmietaną. Pycha. :)