Szczecinek - Wejherowo
Środa, 15 sierpnia 2012
· Komentarze(12)
Kategoria wycieczka
STARGARD-(PKP)-SZCZECINEK-Gwda Wielka-Czarne-Sporysz-Suszka-Lipczynek-Upiłka-Borowy Młyn-Borzyszkowy-Ciemno-Tuchomie-Niezabyszewo-Bytów-Pomysk Wielki-Soszyca-Jasień-Mydlita-Rokitki-Oskowo-Cewice-Łebunia-Popowo-Dzięcielec-Nawcz-Paraszyno-Strzebielino-Gościcino-BOLSZEWO
Na pomysł eskapady podobnej do dzisiejszej wpadłem już w grudniu, po wejściu w życie nowego rozkładu jazdy pociągów. Bardzo ucieszyła mnie wówczas wieść, że pociąg do Szczecinka, który dotychczas odjeżdżał ze Stargardu bodaj około 9 i na miejsce docierał po 11 (pierwszy poranny) zacznie jeździć dużo wcześniej, bo już o 6.20 ze Stargardu, a na miejsce dotrze przed 9. Od razu wykombinowałem sobie, że będzie to niezły powód do pokręcenia się po Drawskim PK, ale także części Wału Pomorskiego w okolicy Nadarzyc i Zdbic. No i przede wszystkim da mi ciekawą możliwość dojechania w rodzinne strony, do Wejherowa.
Do wyjazdu dzisiejszego sposobiłem się od około tygodnia, pozałatwiałem wolne na czwartek i piątek, żeby w ogóle miało to sens. Pozostało mi z niepokojem obserwować prognozy pogody, ale te za ostatni czas mówiły, że o ile poniedziałek i wtorek mają być takie sobie to środa-super. Zadowolony więc wpakowałem się dziś z rowerem i dwiema, dość ciężkimi sakwami w puściutki szynobus do Szczecinka. Na miejscu byliśmy planowo.
Po założeniu sakw ruszyłem w kierunku Czarnego. Początkowo chciałem tam dojechać widoczną na googlemaps drogą przez Żółtnicę i Drawień, ale wczoraj znalazłem informację (nie wiem czy aktualną), że są tam tereny wojskowe. Nie chcąc ryzykować wybrałem znaną mi, monotonną drogę przez Marcelin i Gwdę. Wszystko szło planowo, choć trochę martwiły ciężkie chmury, które pojawiły się od okolic Złocieńca (wcześniej niebo było niebieskie, a pogoda wymarzona na jazdę).

W Gwdzie odbijam w DW 201 i przez lasy kieruję się do Czarnego, po drodze zatrzymując się na chwilę przy tablicy upamiętniającej obóz jeniecki, a później koncentracyjny założony przez hitlerowców. Jedzie się super. W lesie w ogóle nie czuć wiatru, który zgodnie z zapowiedziami ma wiać od północy i być dość słaby.
Czarne mijam bez zatrzymywania, zresztą i tak nic się tam nie dzieje przed 10 w święto. Wyjeżdżam z miasta wojewódzką drogą prowadzącą do Rzeczenicy. Jednak kilka kilometrów dalej opuszczam ją i zagłębiam się w niezmierzone bory sosnowe. Drogowskaz kieruje na Sporysz i jest to miejscowość (choć to zbyt mocne określenie, bo są tam chyba dwa czy trzy domy) zlokalizowana na tej samej drodze krajowej (nr 25) co Rzeczenica. Od teraz, "z licznikiem w ręku", przez ponad 40 km będę się poruszać wąskimi asfaltówkami, o całkiem dobrej nawierzchni, przebiegającymi przez sosnowe lasy. Co jakiś czas pojawia się miejscowość (podobna do tego Sporysza, kilka domów), a tak las, las, las i skrzyżowanie z jakąś ważniejszą drogą. Zrobiłem kilka zdjęć, choć w gruncie rzeczy wystarczyło by jedno-wszystko wygląda tak samo i o ile na początku może się podobać, to po kilkunastu kilometrach budzi znużenie, a ostatnia prosta przed Lipczynkiem, która ma chyba z 5-6 km wręcz irytację;)





W Lipczynku zatrzymuję się na batona (wcześniej stawałem na wodę i kabanosy z bułką gdzieś koło Sporysza). Potem znów przez las, mijając moje ulubione skrzyżowanie (drogowskaz Konarzyny 11 wskazujący w zwykłą, leśną, piaszczystą drogę). Koniec końców z lasu wyjeżdżam i docieram do krainy zwanej Gochami, a konkretnie miejscowości o wdzięcznej nazwie Upiłka. Tu mam wybór: albo do Bytowa pojechać przez Lipnicę, DW z Chojnic, która jest dość ruchliwa, albo spróbować przebić się do DK20 w okolicy miejscowści Tuchomie, która też bywa ruchliwa (ale dziś powinna być luźniejsza, bo nikt tamtędy nad morze nie powinien się pchać, w odróżnieniu od drogi z Chojnic).

Od tego momentu zaczynają się podjazdy, naprzemian ze zjazdami. Po chwili wjeżdżam do Borowego Młyna, który brałem za mały przysiółek, a w istocie jest sporych rozmiarów wioską, z całkiem okazałym, interesującym kościołem. Robię to zakupy, bo kończy mi się woda, zjadam co nieco i jadę dalej.
Zaraz za wsią okazuje się, że droga do Prądzony to w istocie szutrówka, a raczej, na dużej części, gruntówka, z dość kopnego piachu. Nie jedzie się po tym najlepiej-wyboje, dziury, podjazdy i jeszcze ten piach. Prędkość znacznie spada, a i morale też trochę, bo do celu jeszcze szmat drogi.

Gdy dojeżdżam do Prądzony chcę zapytać miejscowych o drogę do Borzyszków, ale omyłkowo pytam: Którędy do Prądzony. Pada odpowiedź: Już pan jest, w samym centrum;) Po chwili wyjaśniam nieporozumienie i zasuwam wygodnym, nowym asfaltem w kierunku Ostrowitego, a raczej majaczącej w oddali olbrzymiej kopalni kruszyw (ich podejrzewam o zrobienie tej drogi w zamian za działalność w okolicy, ale może się mylę).

Z Ostrowitego znów w pagórkowatym terenie w kierunku Tuchomia. W międzyczasie zatrzymuję się i wyciągam słuchawki. Ściągam też kask, bo jest mokry od mżawki i zaczyna mi działać na nerwy;) Piękne okolice, trochę niedokładnie obejrzane, bo zaczynam się spinać z dotarciem do Bytowa, gdzie chcę coś zjeść. W Tuchomiu wpadam na puściutką dziś DK 20 i nią, w około 40 minut dobijam do Bytowa, który sprawia wrażenie miasta przyjaznego (w mniemaniu miejscowych władz) rowerzystom, bo niemal na wszystkich chodnikach dopuszczony jest ruch rowerów (z paroma wyjątkami kiepskiej jakości, często króciutkich DDRek).





W miejscu, którę kojarzyłem sprzed lat biorę rollo, które okazuje się być plackiem wypełnionym piersią z kurczaka i sałatą. Bardzo to lekkie, może i lepiej. W trakcie uczty gdybam nad mapą, którędy by tu jechać dalej. Jestem już dość mocno zmęczony-podjazdy dały mi w kość, ale najgorszy jest północny, lodowaty wiatr. Nie raz, nie dwa dzisiaj kląłem pod nosem na pogodę. Apogeum nastąpiło pod Jasieniem, gdzie padający deszcz, wraz z potem z czoła zalewa mi oczy tak, że nic nie widzę;)

Po obiedzie wybieram drogę na Oskowo, która odgałęzia się od wojewódzkiej do Kartuz w Pomysku (to właśnie na niej leży wspominany wyżej Jasień). Na tym szlaku łapie mnie kryzys i, niestety, z małymi przerwami trwa prawie do końca. Z trudem osiągam 20 km/h, podjazdy-z prędkością 13-14 km/h. Do tego deszcz i zimno-nie przypuszczałbym, że można żałować niezabrania czapki w połowie sierpnia.
W Oskowie wpadam na wojewódzką łączącą Bytów z Lęborkiem. Jechałem tędy w zeszłym roku podczas robienia trzysetki ze Stargardu do Wejherowa. Dziś nie wyobrażam sobie zrobienia takiego dystansu. Padam na pysk, pierwszy raz w życiu rozważam zjazd na stację PKP (Lębork) i dokończenie podróży pociągiem, o pieprznięciu roweru w rów nie wspominając.
Na szczęście po odbiciu na wschód w Cewicach wiatr staje się mniej odczuwalny, a droga mniej pofalowana. Całkiem sprawnie mijam Łebunię, Oskowo i dojeżdżam do Popowa, gdzie zaczynam żmudny podjazd po szutrze, a potem betonowych płytach z towarzyszeniem deszczu i wiatru. Potem krótka nagroda w postaci zjazdu z Dzięcielca do Nawcza i znów pod górę szutrem do Paraszyna. Zjazd leśny do tej miejscowości bardzo ostrożnie-masa śliskich kamieni, a cienkie opony nie ułatwiają zadania. W końcu kapituluję przed wielką "piaskownicą" i przez nią rower przeprowadzam.



Końcówka to żwawa jazda DK6, z tym, że do Gościcina zjeżdżam bokiem-trochę się przestraszyłem braku pobocza i dużego ruchu autokarów i ciężarówek, w połączeniu z moim zmęczeniem:)
W domu jestem około 20.15, niemal 12 godzin od momentu startu...
Na pomysł eskapady podobnej do dzisiejszej wpadłem już w grudniu, po wejściu w życie nowego rozkładu jazdy pociągów. Bardzo ucieszyła mnie wówczas wieść, że pociąg do Szczecinka, który dotychczas odjeżdżał ze Stargardu bodaj około 9 i na miejsce docierał po 11 (pierwszy poranny) zacznie jeździć dużo wcześniej, bo już o 6.20 ze Stargardu, a na miejsce dotrze przed 9. Od razu wykombinowałem sobie, że będzie to niezły powód do pokręcenia się po Drawskim PK, ale także części Wału Pomorskiego w okolicy Nadarzyc i Zdbic. No i przede wszystkim da mi ciekawą możliwość dojechania w rodzinne strony, do Wejherowa.
Do wyjazdu dzisiejszego sposobiłem się od około tygodnia, pozałatwiałem wolne na czwartek i piątek, żeby w ogóle miało to sens. Pozostało mi z niepokojem obserwować prognozy pogody, ale te za ostatni czas mówiły, że o ile poniedziałek i wtorek mają być takie sobie to środa-super. Zadowolony więc wpakowałem się dziś z rowerem i dwiema, dość ciężkimi sakwami w puściutki szynobus do Szczecinka. Na miejscu byliśmy planowo.
Po założeniu sakw ruszyłem w kierunku Czarnego. Początkowo chciałem tam dojechać widoczną na googlemaps drogą przez Żółtnicę i Drawień, ale wczoraj znalazłem informację (nie wiem czy aktualną), że są tam tereny wojskowe. Nie chcąc ryzykować wybrałem znaną mi, monotonną drogę przez Marcelin i Gwdę. Wszystko szło planowo, choć trochę martwiły ciężkie chmury, które pojawiły się od okolic Złocieńca (wcześniej niebo było niebieskie, a pogoda wymarzona na jazdę).

Zjazd do Gwdy-DK 20© michuss
W Gwdzie odbijam w DW 201 i przez lasy kieruję się do Czarnego, po drodze zatrzymując się na chwilę przy tablicy upamiętniającej obóz jeniecki, a później koncentracyjny założony przez hitlerowców. Jedzie się super. W lesie w ogóle nie czuć wiatru, który zgodnie z zapowiedziami ma wiać od północy i być dość słaby.
Czarne mijam bez zatrzymywania, zresztą i tak nic się tam nie dzieje przed 10 w święto. Wyjeżdżam z miasta wojewódzką drogą prowadzącą do Rzeczenicy. Jednak kilka kilometrów dalej opuszczam ją i zagłębiam się w niezmierzone bory sosnowe. Drogowskaz kieruje na Sporysz i jest to miejscowość (choć to zbyt mocne określenie, bo są tam chyba dwa czy trzy domy) zlokalizowana na tej samej drodze krajowej (nr 25) co Rzeczenica. Od teraz, "z licznikiem w ręku", przez ponad 40 km będę się poruszać wąskimi asfaltówkami, o całkiem dobrej nawierzchni, przebiegającymi przez sosnowe lasy. Co jakiś czas pojawia się miejscowość (podobna do tego Sporysza, kilka domów), a tak las, las, las i skrzyżowanie z jakąś ważniejszą drogą. Zrobiłem kilka zdjęć, choć w gruncie rzeczy wystarczyło by jedno-wszystko wygląda tak samo i o ile na początku może się podobać, to po kilkunastu kilometrach budzi znużenie, a ostatnia prosta przed Lipczynkiem, która ma chyba z 5-6 km wręcz irytację;)

Czarne-Upiłka, czyli 40 km identycznych dróg© michuss

Sporysz, skrzyżowanie z DK25 widoczne w oddali© michuss

Suszka - przysiółek leśny© michuss

Most na Brdzie, przy brzegu miejsce biwakowe© michuss

Mega długa prosta pod Lipczynkiem (całej nie widać)© michuss
W Lipczynku zatrzymuję się na batona (wcześniej stawałem na wodę i kabanosy z bułką gdzieś koło Sporysza). Potem znów przez las, mijając moje ulubione skrzyżowanie (drogowskaz Konarzyny 11 wskazujący w zwykłą, leśną, piaszczystą drogę). Koniec końców z lasu wyjeżdżam i docieram do krainy zwanej Gochami, a konkretnie miejscowości o wdzięcznej nazwie Upiłka. Tu mam wybór: albo do Bytowa pojechać przez Lipnicę, DW z Chojnic, która jest dość ruchliwa, albo spróbować przebić się do DK20 w okolicy miejscowści Tuchomie, która też bywa ruchliwa (ale dziś powinna być luźniejsza, bo nikt tamtędy nad morze nie powinien się pchać, w odróżnieniu od drogi z Chojnic).

Upiłka© michuss
Od tego momentu zaczynają się podjazdy, naprzemian ze zjazdami. Po chwili wjeżdżam do Borowego Młyna, który brałem za mały przysiółek, a w istocie jest sporych rozmiarów wioską, z całkiem okazałym, interesującym kościołem. Robię to zakupy, bo kończy mi się woda, zjadam co nieco i jadę dalej.
Zaraz za wsią okazuje się, że droga do Prądzony to w istocie szutrówka, a raczej, na dużej części, gruntówka, z dość kopnego piachu. Nie jedzie się po tym najlepiej-wyboje, dziury, podjazdy i jeszcze ten piach. Prędkość znacznie spada, a i morale też trochę, bo do celu jeszcze szmat drogi.

Borowy Młyn w tle, droga do Prądzony© michuss
Gdy dojeżdżam do Prądzony chcę zapytać miejscowych o drogę do Borzyszków, ale omyłkowo pytam: Którędy do Prądzony. Pada odpowiedź: Już pan jest, w samym centrum;) Po chwili wyjaśniam nieporozumienie i zasuwam wygodnym, nowym asfaltem w kierunku Ostrowitego, a raczej majaczącej w oddali olbrzymiej kopalni kruszyw (ich podejrzewam o zrobienie tej drogi w zamian za działalność w okolicy, ale może się mylę).

Nówka z Prądzony do Ostrowitego© michuss
Z Ostrowitego znów w pagórkowatym terenie w kierunku Tuchomia. W międzyczasie zatrzymuję się i wyciągam słuchawki. Ściągam też kask, bo jest mokry od mżawki i zaczyna mi działać na nerwy;) Piękne okolice, trochę niedokładnie obejrzane, bo zaczynam się spinać z dotarciem do Bytowa, gdzie chcę coś zjeść. W Tuchomiu wpadam na puściutką dziś DK 20 i nią, w około 40 minut dobijam do Bytowa, który sprawia wrażenie miasta przyjaznego (w mniemaniu miejscowych władz) rowerzystom, bo niemal na wszystkich chodnikach dopuszczony jest ruch rowerów (z paroma wyjątkami kiepskiej jakości, często króciutkich DDRek).

Tuchomie© michuss

Landszafcik spod Niezabyszewa© michuss

Niezabyszewo© michuss

Starówka Bytowa© michuss

DDR po bytowsku© michuss
W miejscu, którę kojarzyłem sprzed lat biorę rollo, które okazuje się być plackiem wypełnionym piersią z kurczaka i sałatą. Bardzo to lekkie, może i lepiej. W trakcie uczty gdybam nad mapą, którędy by tu jechać dalej. Jestem już dość mocno zmęczony-podjazdy dały mi w kość, ale najgorszy jest północny, lodowaty wiatr. Nie raz, nie dwa dzisiaj kląłem pod nosem na pogodę. Apogeum nastąpiło pod Jasieniem, gdzie padający deszcz, wraz z potem z czoła zalewa mi oczy tak, że nic nie widzę;)

Zjazd w dolinę Słupi© michuss
Po obiedzie wybieram drogę na Oskowo, która odgałęzia się od wojewódzkiej do Kartuz w Pomysku (to właśnie na niej leży wspominany wyżej Jasień). Na tym szlaku łapie mnie kryzys i, niestety, z małymi przerwami trwa prawie do końca. Z trudem osiągam 20 km/h, podjazdy-z prędkością 13-14 km/h. Do tego deszcz i zimno-nie przypuszczałbym, że można żałować niezabrania czapki w połowie sierpnia.
W Oskowie wpadam na wojewódzką łączącą Bytów z Lęborkiem. Jechałem tędy w zeszłym roku podczas robienia trzysetki ze Stargardu do Wejherowa. Dziś nie wyobrażam sobie zrobienia takiego dystansu. Padam na pysk, pierwszy raz w życiu rozważam zjazd na stację PKP (Lębork) i dokończenie podróży pociągiem, o pieprznięciu roweru w rów nie wspominając.
Na szczęście po odbiciu na wschód w Cewicach wiatr staje się mniej odczuwalny, a droga mniej pofalowana. Całkiem sprawnie mijam Łebunię, Oskowo i dojeżdżam do Popowa, gdzie zaczynam żmudny podjazd po szutrze, a potem betonowych płytach z towarzyszeniem deszczu i wiatru. Potem krótka nagroda w postaci zjazdu z Dzięcielca do Nawcza i znów pod górę szutrem do Paraszyna. Zjazd leśny do tej miejscowości bardzo ostrożnie-masa śliskich kamieni, a cienkie opony nie ułatwiają zadania. W końcu kapituluję przed wielką "piaskownicą" i przez nią rower przeprowadzam.

Remontowany pałac w Łebuni© michuss

Zjazd w Okalicach© michuss

Szutrówka w Popowie, okoliczności przyrody gratis© michuss
Końcówka to żwawa jazda DK6, z tym, że do Gościcina zjeżdżam bokiem-trochę się przestraszyłem braku pobocza i dużego ruchu autokarów i ciężarówek, w połączeniu z moim zmęczeniem:)
W domu jestem około 20.15, niemal 12 godzin od momentu startu...












