Miałem chęć po dłuższym czasie pokręcić się po okolicach Ińska, a przy okazji skosztować zachwalanej swego czasu przez Siwiutkiego pizzy ińskiej w tamtejszej pizzerii Manhattan. Pizza jest rzeczywiście ińska, bo obłożona łososiem i pstrągiem, a do tego obficie posypana szczypiorkiem.
Do Chociwla udałem się krajową dwudziestką, której to drogi nie znoszę. Przede wszystkim z powodu dość dużego ruchu (akurat w niedzielę nie jest to problem), a także długich, monotonnych prostych. Poza tym mniej więcej do Gogolewa nawierzchnia pozostawia wiele do życzenia. Niemniej jest to najkrótsza droga w stronę Chociwla, na człapanie przez Kanię nie miałem chęci.
Jedzie się bardzo dobrze. Nie wiem czy to z tego powodu, że przed wyjazdem odkręciłem bagażnik, czy też nieco pomagał wiatr. Wiem, że na przejeździe przed samym Chociwlem miałem za sobą 59 minut jazdy, co dawało całkiem przyzwoitą, jak na mnie oczywiście, średnią.
Chociwel biorę bokiem i to dosłownie, bo odbijam na Starzyce, by tam skręcić w stronę Kamiennego Mostu. Czyli nadłożyłem trochę kilometrów, w zamian omijając centrum wspomnianej miejscowości.
Od Kamiennego Mostu droga mija mi bardzo szybko. Mniej więcej od wysokości Ściennego droga niemal cały czas prowadzi w dół, stąd i prędkości są całkiem całkiem. Koniec końców zajeżdżam do ińskiego raka, fotografuję nurków i ruszam do pizzerii. Jest 12.53, więc pani prosi, bym odczekał 7 minut, bo rozpoczynają od 13. Gdy przychodzi co do czego zamieram, bo pan wypiekający pizzę mówi, że ińskiej nie ma (bo nie ma ryby), ale po krótkich konsultacjach okazuje się, że jednak będzie dane mi spróbować miejscowego „specjału”. Do tego zimny napój, czego chcieć więcej?
Podczas tego postoju nieco zmarzłem-siedziałem w cieniu i od czasu do czasu atakowały mnie podmuchy chłodnego wiatru.
Po zjedzeniu ruszam w dalszą drogę. Wyjeżdżając ze Stargardu chciałem podjechać do Linówka i wybadać tajemniczą drogę, która łączy tą wieś z Ińską Wstęgą. Zmieniam jednak plany i postanawiam odświeżyć sobie równie sympatyczną trasę do Dobrzan przez Bytowo i Krzemień. W tym celu przemierzam jakieś 10-12 km wojewódzką Świdwin-Gorzów i za Czertyniem odbijam w las, w prawo, za drogowskazem Bytowo 3. Droga jest bardzo malownicza, wąska, wije się przez las, przez moment widać jakieś jeziora obstawione tablicą (o ile pamiętam) „Użytek Ekologiczny Ciszewskie Bagna”. Niestety, nawierzchnia nie jest najlepsza, ale co to za problem;)
Wjazd do Bytowa urozmaicają miejscowe stawy położone po lewej stronie drogi. W samej wsi trzeba uważać, bo łatwo przeoczyć krzyżówkę na Krzemień (Dobrzany) i przez pomyłkę zajechać do Ognicy.
Od Krzemienia fajną brzozową aleją, którą pamiętałem z zeszłego roku (chyba w czerwcu się tędy snułem) do Dobrzan.
Sam wjazd do miasta z góry, więc można się całkiem ładnie rozpędzić. W Dobrzanach ponownie trafiam na jakiś festyn (zaryzykuję stwierdzenie, że tak jest niemal zawsze, kiedy tędy przejeżdżam). Wyjeżdżam drogą na Suchań, którą zresztą też łatwo przeoczyć. Droga o dość słabej nawierzchni aż do Tarnowa, gdzie odbija się w prawo w nie lepszą drogę na Sulino, Barzkowice.
Końcówka trasy bez szczególnych emocji. Miałem nadzieję, że między Barzkowicami a Pęzinem, gdzie dwukrotnie przecina się linię kolejową z Ulikowa do Piły trafię na „reaktywowany” pociąg, ale nic nie jechało. Widać za to, że miejscowi jeżdżą na pamięć-auto wyładowane małymi dziećmi nawet nie zwolniło przed znakiem STOP.
STARGARD-Zieleniewo-promenada nad Miedwiem-Zieleniewo-STARGARD
Pierwsza jazda z córeczką w foteliku.
W tamtą stronę było ok, w drodze powrotnej, wyczerpana bieganiem po placach zabaw usnęła, a fotelik niestety nie ma opcji wychylnego siedziska, więc co chwilę czułem kask oparty o mój krzyż (dziwnie to musiało wyglądać z boku), względnie kątem oka widziałem jak się "przelewa" przez podłokietnik na prawą i lewą stronę;). Przed samym Stargardem przebudziła się, popłakała, że cytuję: "kask muszę trzymać, bo poleci w niebo", a na propozycję przejażdżki po obiedzie po stargardzkich placach zabaw stanowczo zaprotestowała. Mam nadzieję, że przejściowo:)
Kolejny dzień rowerowego maratonu-tym razem dojazd i powrót z pracy. Kolana, zwłaszcza prawe, dają już znać o sobie;)
Niebezpieczna sytuacja na DK3 za zjazdem z widzieńskiej asfaltówki. Przejeżdżam może 100 m od skrzyżowania, gdy zauważam, że w sznurze pojazdów ciągnących obok mnie, około 90 km/h znajduje się jeden "desperat", który chce zjechać na leśny parking, ale po lewej stronie. A z naprzeciwka taki sam sznur samochodów jadących nad morze. No i jak łatwo się domyślić wszyscy za tym próbującym skręcić ostro hamują. Widzę TIRa, który z braku miejsca ładuje się na pobocze. Za nim ktoś z piskiem opon niemal staje w miejscu. Szczęście, że byłem kilkadziesiąt metrów od tej sytuacji:)
Dziś powrót do domu. Ponieważ po południu pracowałem wyjechałem (a raczej wyjechaliśmy, bo do ronda w Golczewie towarzyszył mi wujek) już o 8 rano. Tempo niespieszne, około 20 km/h. To dobrze, bo pobolewa mnie lekko kolano, jadę w opasce elastycznej, która znacznie poprawia komfort.
Na rondzie daję cynk Shrinkowi, który wyjeżdża mi po jakimś czasie naprzeciw. Spotykamy się gdzieś przed Karskiem i suniemy do niego do domu na kawę.
Czas mija szybko, rozmawiamy na tematy okołorowerowe, w końcu w południe decyduję się na ruszenie do domu. Shrink postanawia mi towarzyszyć do Jenikowa, gdzie zatrzymujemy się pod sklepem i robimy pamiątkowe zdjęcie. Dzięki Shrink za towarzystwo!
Dalej spokojna jazda przez Maszewo do betonówki pod Łęczycą, gdzie w typowy dla mnie sposób zjeżdżam na nią i po chwili skręcam w lewo, w kierunku Storkówka i przez Małkocin, Klępino docieram do celu.
Słowo się rzekło i trzeba było wujka nawiedzić, mimo wyczerpującej wczorajszej wycieczki ze Szczecinka do Wejherowa (na końcowych kilometrach zdecydowałem nawet, że odpuszczę sobie Trzebiatów, jednak następnego dnia rano zmieniłem zdanie).
Na pociąg dojeżdżam do Wejherowa. Wsiadam w kolejkę SKM, którą oprócz mnie podróżuje jeszcze jeden rowerzysta (w Lęborku dosiada sakwiarka i sakwiarz) i nią docieram do Słupska. Dodam, że spółkę darzę dużą sympatią, bo nie pobiera od rowerzystów ani grosza za przewóz roweru. Da się? Da:)
W Słupsku godzina przerwy i osobowy, przepraszam REGIO, do Szczecina, w którym zajmuję ostatni, tzw. służbowy przedział. Do Sławna towarzyszą mi kolejarze, potem jadę sam, a w Koszalinie wpada chyba z dziesięciu wracających z roboty chłopa. Po chwili słychać syk otwieranego piwa. Panowie jadą jednak do Białogardu, gdzie sytuacja powtarza się i w Świdwinie opuszczam jednostkę wraz z kilkunastoosobową grupą.
Ze Świdwina wyjeżdżam drogą prowadzącą do Kołobrzegu. Po przekroczeniu linii kolejowej wije się ona doliną Regi, która jest tu jeszcze niepozorną rzeczką.
Dolinę opuszcza się długim podjazdem do Krosina. Wieś mijam bez zatrzymywania, a jakieś 2 km za nią opuszczam DW i kieruję się lokalną drogą do Mysłowic przez Słowieńsko i Jastrzębniki.
Muszę przyznać, że jestem pod dużym wrażeniem. Piękna aleja, asfalt całkiem gładki, do tego pomagający wiatr-aż chce się jechać. W Słowieńsku fotografuję piękny, ale niestety podupadający dwór, przedstawiający całkiem odmienny stan jeśli go porównać choćby do wczoraj uwiecznionego pałacu w Łebuni koło Lęborka.
W Mysłowicach skręcam w lewo, w kierunku Rymania (droga łączy go ze Sławoborzami). Nadal jedzie się przyjemnie, choć ruch może nieco większy. W Powalicach staram się wypatrzeć bocianie gniazdo, bo jest duże prawdopodobieństwo, że jego mieszkańcem będzie słynny, agresywny bocian, który nie darzył sympatią parkujących w okolicy samochodów. Niestety, nie udaje mi się wypatrzeć tego chuligana;)
Do Rymania przez lasy (poczułem się trochę jak wczoraj-wąska, prosta wstęga asfaltu przez lasy). Już w samej wsi dostrzegam przecinającą jezdnię DDRkę, o której wcześniej słyszałem od wujka (później dowiedziałem się, że na dziś dzień można dojechać w okolice jeziora Popiel koło wsi Skrzydłowo od samego Kołobrzegu-to prawie 35 km asfaltowej drogi dla rowerów, poprowadzonej śladem dawnej kolei wąskotorowej).
Wspomnianą drogą dojeżdżam na wysokość skrzyżowania DK6, wzdłuż której jadę z drogą do Kołobrzegu przez Siemyśl. Wjeżdżam w tą drugą i po klku kilometrach docieram do zjazdu na Starnin. Znów niezwykle przyjemne zaskoczenie, bo pamiętam przez mgłę, że kiedyś jechałem tędy samochodem po koślawym bruku. Obecnie droga wyłożona jest równiutkim jak stół asfaltem, dodatkowo prowadzi piękną aleją, a ruch samochodów jest śladowy.
Przez Starnin przejeżdżam po bruku, podobnie jest w Kinowie i w końcu dobijam do Jarkowa. Stąd równie wąskimi drogami przez Dargosław (rozpadający się pałac), Lewice (opuszczony cmentarz) docieram do Mirosławic, które są w zasadzie przedmieściem Trzebiatowa. Chwilę później jestem na miejscu.