Plan wycieczki zmieniał się w trakcie jazdy. Początkowo chciałem się przejechać niedawno odkrytym asfaltem z Zalesia do Trzebieży. Ale gdy już wymęczyłem się taki kawał przeklętą szosą dobieszczyńską postanowiłem pociągnąć aż do granicy, a potem drogą rowerową do opustoszałego Rieth. Zajechałem na przystań - jest jakiś nowy pomost, a przy nim przycumowany pływający dom.
Powrót DW114, w tym dziewiczym dla mnie odcinkiem spod Brzózek do Trzebieży. Poznałem dzięki temu słynny kawałek bruku w tej pierwszej miejscowości. Słynny, bo nie bardzo jest go jak ominąć.
Końcówka w szarówce, a potem już w ciemnościach. Przez cały wyjazd temperatura oscylowała pomiędzy 0 a 2 stopnie.
Rano na dyżur na BukowE. Potem powtórka - musiałem specjalnie pojechać do kota. Tak to bywa jak niektórzy biorą L4 :P
Wieczorem jadę do znajomych na... BukowO. Jedno szczęście, że te dzielnice leżą na przeciwległych końcach miasta. Od Podbórza przez las w ciemnościach - efekt taki, że przeoczyłem skręt i zamiast prosto na ulicę Kolonistów we wspomnianym Bukowie wyjechałem kilka km dalej na północ, w Przęsocinie. Bywa.