Po wyjątkowo słabym rowerowo tygodniu rozruszałem członki. Mimo wszystko jechało się średnio, mam wrażenie przechodzenia jakiegoś choróbska w fazie subklinicznej: apatia, nudności, niechęć do aktywności i jeszcze problemy z zębem. A może to po prostu zmęczenie tym rokiem? Niemniej jednak w czasie jazdy zapomniałem o tym wszystkim i cieszyłem się złotą WRESZCIE jesienią. Dzień obfitował w momenty, gdy wychodziło słońce.
Pojechałem do Trzebieży, tam posezonowa pustka. Bardzo fajnie. A powrót nieznaną trasą przez Drogoradz. Równie fajnie.
Wszystkich Świętych spędziłem w łóżku lecząc się z zatrucia. Niestety, pod koniec dnia poczułem się lepiej i postanowiłem sprawdzić czy zatrułem się daniem, które zostało dzień wcześniej przygotowane (fachowo mówiąc postanowiłem wykonać "próbę biologiczną"). Szkoda by było wywalać żarcie do śmieci. Efekt? Kolejny dzień byłem sponiewierany. Na tyle, że rano do roboty pojechałem komunikacją miejską, a z dyżuru wieczorem wracałem w kombinacji miejski rower - tramwaj - miejski rower. Wart odnotowania jest fakt, że dziś pierwszy raz korzystałem z SRMu na Prawobrzeżu - stacje uruchomiono tam dopiero w tym roku.