Kamień Pomorski z A.
MAPA
Wczoraj wróciłem z tygodniowego szkolenia z Bremen. Na powitanie A. uraczyła mnie wołowiną duszoną w sosie piernikowym z suszonymi grzybami, śliwkami na ciemnym piwie. Pyszota. A gdy rozpływałem się konsumując wzmiankowane danie poinformowała mnie, że nie ma lekko i od razu muszę się wbić w rowerowy rytm. W planach setka do Świnoujścia. Plany planami, rzeczywistość, jak się później okazało, rzeczywistością.
Ruszamy około 9, po pysznym śniadaniu (bułki - kwaśniaki z opiewanej na łamach tego bloga piekarni Geldner), sporządzeniu kanapek na drogę i oporządzeniu rowerów. Dla czerwonego będzie to debiut z błotnikami - są całe czarne i w mojej opinii nieźle komponują się z resztą, aczkolwiek wiem, że pewnie dla wielu konseserów rowerowej estetyki takie dodatki są nie do zaakceptowania ;) Nie mogłem znieść zachlapanych pleców, zapiaszczonego siodełka, sztycy, itd. Teraz powinno być lepiej, choć muszę jeszcze popracować nad eliminacją klekotu na linii pręty bagażnika-błotnik ;)
Wyjazd idzie nam szybko i bezproblemowo. DDRka Prawo-Lewo, Dąbie, ścieżka przy Szybowcowej i za chwilę opuszczamy miasto. Pcha nas całkiem nieźle, bo wieje z południa.
W Goleniowie podjeżdżamy do sklepu po coś do picia, potem wyjeżdżamy w kierunku Miękowa. Dawno tędy nie jechałem, a kiedyś była to jedna z moich najbardziej uczęszczanych tras. Przed wąskim wiaduktem ze światłami okazuje się, że tylne koło Agnieszki "pływa". Dopompowuję na kamień i jedziemy dalej, ale ze świadomością, że czeka nas zaraz wymiana dętki... Tak też się dzieje, jeszcze przed Miękowem sprawdzam koło, jest już miękkie. No nic, stajemy na leśnym parkingu, ja ściągam koło, potem oponę i próbuję ustalić przyczynę. Na dętce nie słychać/widać/czuć nic. Teraz kolej na oponę - oboje przejeżdżamy kilkukrotnie palcami w tę i z powrotem - zero, nic nie czuć. Chcąc, nie chcąc decydujemy się na założenie nowej dętki i ruszamy dalej.
Zjeżdżamy z trójki w leśną drogę asfaltową prowadzącą bezpośrednio do Widzieńska, a tam odbijamy na Zielonczyn. Kawałek za ostatnimi zabudowaniami kolejny postój - szlag by to! Powietrze schodzi, ale na tyle wolno, że udało się przejechać około 15 km. Teraz opona jest już wyraźnie miękka, ale ciągle nie jest to zupełny flak. To było do przewidzenia...
W tym momencie decydujemy się zmienić plany - pojedziemy do Kamienia, do którego jest bliżej i z którego też można spokojnie wrócić pociągiem do grodu Gryfa. Poza tym, jak się wydawało, też jest całkiem urokliwym miastem.
Zaraz za Łąką robimy sobie krótki popas - delektujemy się kwaśniakami, pijemy, robimy zdjęcia i jeszcze parę innych, mniej estetycznych rzeczy. Nabrawszy sił naprawdę nieźle gnamy do Wolina. Tuż przed Recławiem dogania nas szoson starszy wiekiem, pełen "dobrych" rad. A, że do Kamienia przez Jarszewo to źle, bo "on by jechał na Parłówko", a, że to, a, że tamto, itd. ;) Nie ulegamy jego podszeptom i jedziemy w Recławiu przed siebie. I dobrze zrobiliśmy - droga momentami bardzo widokowa (na Dziwną i Zatokę Cichą), fragmentami piękna aleja, porośnięta bluszczem, jedynie nogi nie te - czułem tygodniowy odpoczynek od dwóch kółek - niby wszystko ok, wiatr pcha, nie jest pod górę, ale mocy jakoś brakowało.
Po dojechaniu pod kamieński dworzec A. udaje się kupić bilety. Bezskutecznie, kolejka jest dość długa i w ogóle nie się nie przesuwa do przodu. Okazuje się, że wszyscy kupują bilety w skomplikowanych relacjach. Odpuszczamy i jedziemy na miasto kupić jakąś gazetę na drogę, ale i tu zonk - nie jesteśmy w stanie znaleźć żadnej małpki ani żabki. W końcu dopadam jakiegoś spożywczaka - gazety, owszem, są - Chwila dla Ciebie, Detektyw, Fakt i SE. Niczego, co nadawało by się do poczytania. Pozostaje zarządzić odwrót, po drodze pompując jeszcze koło.
Pociąg rusza planowo, po chwili pojawia się naburmuszona konduktorka, która kręci nosem na sprzedaż biletów w pociągu. Ale w końcu udaje się ją udobruchać. Dowiadujemy się przy okazji, że skasowano ostatnio jedną z par pociągów. Oferta teraz wygląda naprawdę ubogo. A pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu Kamień miał bezpośrednie połączenie z Wrocławiem (i to pociągiem osobowym!). Ten kikucik (Wysoka Kamieńska - Kamień) pewnie niedługo pójdzie do piachu...
W Wysokiej szybka i sprawna przesiadka do impulsa, a kilkadziesiąt minut później opuszczamy go na głównym i najkrótszą drogą docieramy do domu, gdzie czeka zasłużona, odgrzewana (a przez to jeszcze bardziej perfekcyjna) wołowina w piernikowo-piwnym sosie. Daje niezłego kopa do skupienia się nad lustracją opony ;) To była naprawdę super sobota.














