"Dworcowo"
Piątek, 29 czerwca 2012
· Komentarze(3)
Kategoria wycieczka, komunikacyjnie
ZAMOŚĆ-PKP-SZCZECIN
Dzisiaj dzień w podróży. Jeszcze dłuższy od tego niedzielnego, gdy jechałem „jedynie” ze Szczecina do Lublina.
Zaczął się pobudką o 4.30 w hotelu (noc słabo przespana, bo dostałem pokój obok restauracji, co w połączeniu z wczorajszym meczem i jego późniejszym świętowaniem mówi samo za siebie-2 godziny snu).
Po drodze pstrykam jeszcze widok na starówkę zamojską, po czym docieram na dworzec.

Czasu sporo, bo do odjazdu jakieś 25 minut, ale wolałem sobie zostawić rezerwę, bo z kolei jutro koniecznie i obowiązkowo muszę być w Stepnicy.
Na peronie spotykam innego rowerzystę, który, jak się później okazuje, zmierza do Kostrzyna. Wyprowadzam go, nieskromnie mówiąc, z błędu, bo nie pochwalam pomysłu przesiadki do Kostrzyna w Szczecinie. Sugeruję Krzyż, co po konsultacji z konduktorem staje się dla współpodróżnego wariantem obowiązującym.
Podróż w szynobusie do Lublina spokojna, jest okazja podziwiać ciekawe widoczki Zamojszczyzny i Lubelszczyzny.

W Lublinie jesteśmy około 7.45, co oznacza pół godziny do odjazdu pociągu „szczecińskiego”. Kolega udaje się kupić bilet (bezskutecznie), ja natomiast zajmuję już miejsce dla roweru i w przedziale (z widokiem na rower)-bilety skwapliwie kupiłem w zeszłą niedzielę. Co ciekawe: jest to dokładnie ten sam wagon i to samo miejsce, co w niedzielę:)

Droga do Szczecina dzięki niezłej książce mija dość szybko, aczkolwiek na kilka tygodni długich podróży kolejowych mam dość;)
W Szczecinie jadę na parking do pracy, skąd już samochodem, z rowerem za plecami do Stargardu Szczecińskiego (chciałem zajechać na masę, ale byłem mocno zmachany, poza tym bez hamulców, bo praktycznie wczoraj starłem klocki do gołego metalu).

Podsumowując-mimo, że na początku psioczyłem w duchu na wyjazd na „koniec świata” cieszę się, że zostałem tam skierowany. Dzięki temu mogłem wykorzystać rower, a co za tym idzie połączyć przyjemne z pożytecznym. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będzie mi dane pojeździć po tych terenach, bo mają niezły potencjał.
Teraz pozostaje mi jedynie wywalczyć zwrot kilometrówki za dystans przejechany na rowerze, ale to w poniedziałek;)
Dzisiaj dzień w podróży. Jeszcze dłuższy od tego niedzielnego, gdy jechałem „jedynie” ze Szczecina do Lublina.
Zaczął się pobudką o 4.30 w hotelu (noc słabo przespana, bo dostałem pokój obok restauracji, co w połączeniu z wczorajszym meczem i jego późniejszym świętowaniem mówi samo za siebie-2 godziny snu).
Po drodze pstrykam jeszcze widok na starówkę zamojską, po czym docieram na dworzec.

Zamość, godz. 5 rano© michuss
Czasu sporo, bo do odjazdu jakieś 25 minut, ale wolałem sobie zostawić rezerwę, bo z kolei jutro koniecznie i obowiązkowo muszę być w Stepnicy.
Na peronie spotykam innego rowerzystę, który, jak się później okazuje, zmierza do Kostrzyna. Wyprowadzam go, nieskromnie mówiąc, z błędu, bo nie pochwalam pomysłu przesiadki do Kostrzyna w Szczecinie. Sugeruję Krzyż, co po konsultacji z konduktorem staje się dla współpodróżnego wariantem obowiązującym.
Podróż w szynobusie do Lublina spokojna, jest okazja podziwiać ciekawe widoczki Zamojszczyzny i Lubelszczyzny.

Tym jadę z Zamościa do Lublina© michuss
W Lublinie jesteśmy około 7.45, co oznacza pół godziny do odjazdu pociągu „szczecińskiego”. Kolega udaje się kupić bilet (bezskutecznie), ja natomiast zajmuję już miejsce dla roweru i w przedziale (z widokiem na rower)-bilety skwapliwie kupiłem w zeszłą niedzielę. Co ciekawe: jest to dokładnie ten sam wagon i to samo miejsce, co w niedzielę:)

A tak jedzie rower z Lublina do Szczecina© michuss
Droga do Szczecina dzięki niezłej książce mija dość szybko, aczkolwiek na kilka tygodni długich podróży kolejowych mam dość;)
W Szczecinie jadę na parking do pracy, skąd już samochodem, z rowerem za plecami do Stargardu Szczecińskiego (chciałem zajechać na masę, ale byłem mocno zmachany, poza tym bez hamulców, bo praktycznie wczoraj starłem klocki do gołego metalu).

Jarosław zaraz rozewrze paszczękę i pochłonie rower z sakwami© michuss
Podsumowując-mimo, że na początku psioczyłem w duchu na wyjazd na „koniec świata” cieszę się, że zostałem tam skierowany. Dzięki temu mogłem wykorzystać rower, a co za tym idzie połączyć przyjemne z pożytecznym. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będzie mi dane pojeździć po tych terenach, bo mają niezły potencjał.
Teraz pozostaje mi jedynie wywalczyć zwrot kilometrówki za dystans przejechany na rowerze, ale to w poniedziałek;)









