Już wydawało się, że nie zmobilizuję się i nigdzie nie pojadę, bo wróciłem do domu późnym popołudniem. Ale chcąc, nie chcąc przebrałem się w "obcisłe" i ruszyłem w stronę Puszczy. Niecałe 300 metrów od domu zaliczyłem (już w lesie) drugą w życiu kontrolę trzeźwości na rowerze. Potem było już spokojnie. Zjazd do Binowa, leśną drogą do Wysokiej i dalej na Gardno, Wełtyń. Potem zaliczam pierwszy raz kawałek do Wirowa - dziury. Końcówka to ładne zakręty w lesie przed Gryfinem, zjazd do miasta i jazda wzdłuż Odry przez Żabnicę i Dębce. Podjaz do Starych Brynek, szybki zjazd szutrem do Radziszewka, "tankowanie" na Moyi w Kluczu i już tylko podjazd na Smoczą. Niespodziewane 50+ zrobione. Pogoda świetna, to jest chyba najlepsza pora roku z tymi pogodnymi, pachnącymi wieczorami.
Trasę tę miałem wgraną w urządzenie już od dość dawna. Planowałem to jechać jeszcze w miesiącach zimowych. Ale jakoś tak wyszło, że nie było okazji. Dopiero dziś, korzystając z niespodziewanego dnia wolnego wybrałem się poszukać świętego spokoju na rubieżach Brandenburgii.
Było gorąco, było cicho, było spokojnie (poza kawałkiem za Bad Freienwalde). Fajna trasa, łyknięta jak na mariana całkiem szybko. Bez większych postojów - jedynie w ohydnej wizytówce PL, w Osinowie Dolnym, przy sklepiku, na puszkowaną, niemiecką (czyli w niespotykanym u nas smaku kiwi-truskawka) fantę. Poza tym kupiłem dodatkowo 1,5 l płynów, co mnie potem uratowało. Łącznie z tą fantą łyknąłem 4 litry wody. I jednego batona.
Największą atrakcją była... podnośnia statków. Coś jak nasze pochylnie na Kanale Ostródzko-Elbląskim, tylko w "skondensowanej" wersji. Są dwie podnośnie - stara i, obok budowana, nowiutka. Robi to wrażenie ogromne, wielka konstrukcja. Zdjęcia tego zupełnie nie oddają.
Końcówka to senne, zadbane jak "pod linijkę" niemieckie miasteczka i prawie 30 km po wale nadodrzańskim w kierunku Schwedt. Szoda, że nie zabrałem eurasków, bo bym się uraczył podobno niezłym kebsem serwowanym w tym "nie bardzo podłym mieście" ;)
Nie za długo, nie za krótko, lecz w sam raz. Wyjeżdżam z domu przez Bukową, zjeżdżam Drogą Górską do Klęskowa i jadę do BUKBIKE'a po bloki do sandałów spd, które ostatnio kupiłem - niestety, odwrotnie do moich zakupów tego typu nie było w pudełku bloków, stąd wizyta u Rafała.
Potem już normalnie do Załomia i dalej, po wale przy Jeziorze Dąbie do Lubczyny. Ścieżka jest fajna, super lokalizacja, ale jednak trochę szkoda, że nie z asfaltu. Ten szuterek jest dość "gruby" i daje popalić dłoniom. No i zarasta z wolna - mam nadzieję, że ktoś to za jakiś czas wykosi. I wciąż czekam na najbardziej potrzebny fragment Załom - Dąbie, wtedy będzie naprawdę fajnie :) Aha, wjazd do Lubczyny nadal zagradza płot, który mija się bokiem.