Jechałem na meridzie, mimo że staramy się jej nie używać na te wertepy na DDRce. Dlaczego? Ano dlatego, że w authorze chwilowo brak... chwytu. I tu okazja do wylania pomyj na produkt firmy ergon, model: gp5. Drogie to to jak cholera, ale stwierdziłem, że za jakość (i wygodę) trzeba zapłacić, a że czasu na rowerze spędzałem sporo... No nic, po wywrotce (rower oparty o znak drogowy) ułamał się róg, bez którego nie da się zamocować samego chwytu. Wysłaliśmy to z powrotem do producenta, ciekawe co zrobią...
Pojechałem odstawić auto do warsztatu na wymianę oleju. A, że serwis jest oddalony od domu z tyłu w samochodzie wylądowała merida. Po pozostawieniu kluczyków mechanikowi wsiadam na rower i jadę do domu. Po drodzę zahaczam o pewien segment na stravie o tajemniczej nazwie "mini górka - cmentarz zdroje", który nie dawał mi spokoju. I udało się, przejeżdżam go w o dwie sekundy lepszym czasie niż dotychczasowy zwycięzca. :)
P. S. Nie znoszę robić oddzielnych wpisów w jednym dniu, ale że rower był inny to nie mam innego wyjścia...
Dzisiaj byłem w pracy (TEJ pracy) ostatni raz na rowerze. Jutro czeka mnie ostatni raz w ogóle. Uff... ;) Potem trochę wakacji w ciepłej części naszego kontynentu (co najważniejsze w cudownem towarzystwie), a jeszcze bardziej potem "powrót" do nowej (starej) pracy.
Dzisiejsza jazda... Obudziłem się o 4.20 w nowej Polsce, po, jak twierdzi Aszdziennik, pierwszych, niesfałszowanych od 2005 roku wyborach ;) i w związku z tym jazda szła mi dość mozolnie. Dotoczyłem się jednak do celu i jakoś przetrzymałem wyjątkowo intensywne osiem godzin tamże. Powrót - ucieczka przed nadciągającą, ciemną chmurą. Tempo niezłe.
Aha. Pierwszy tysiąc w miesiącu w tym roku zYrobiony.