Dzisiaj byłem w pracy (TEJ pracy) ostatni raz na rowerze. Jutro czeka mnie ostatni raz w ogóle. Uff... ;) Potem trochę wakacji w ciepłej części naszego kontynentu (co najważniejsze w cudownem towarzystwie), a jeszcze bardziej potem "powrót" do nowej (starej) pracy.
Dzisiejsza jazda... Obudziłem się o 4.20 w nowej Polsce, po, jak twierdzi Aszdziennik, pierwszych, niesfałszowanych od 2005 roku wyborach ;) i w związku z tym jazda szła mi dość mozolnie. Dotoczyłem się jednak do celu i jakoś przetrzymałem wyjątkowo intensywne osiem godzin tamże. Powrót - ucieczka przed nadciągającą, ciemną chmurą. Tempo niezłe.
Aha. Pierwszy tysiąc w miesiącu w tym roku zYrobiony.
Kolejne DPD. Te same osoby, autobusy tych samych linii, wszystko mijane mniej więcej codziennie w tym samym miejscu. Wiele mi już tego dojeżdżania do Witkowa nie zostało.Trochę szkoda, bo na meridzie ten dystans łyka się niezwykle przyjemnie, ale dla przyjemności z dojazdów nie powinno się chyba dobierać roboty, nie? :P
SZCZECIN(BUKOWE-Klęskowo-Kijewo-Płonia)-Kobylanka-Morzyczyn-Zieleniewo-Stargard-Witkowo i z powrotem
Kolejny dojazd na szychtę, nie wiem nawet już który, wszystkie zlewają mi się w jedno. Droga mija niepostrzeżenie, nawet nie zauważam, gdy docieram do ronda w Stargardzie, a stamtąd to przeca rzut beretem.
Po zrobieniu co było do zrobienia przez osiem godzin, powrót. Dzisiaj, w odróżnieniu do soboty, wiatr pomagał. Przy wspomnianym rondzie "wpadam" na strusia, z którym to zamieniam kilka słów. Potem jedno mrugnięcie okiem i jestem w Motańcu, drugie - wjeżdżam do Płoni i trzecie - zasiadam do obiadu na Mącznej :P
Oj, ciężko się przestawić na authora po kilku dniach jazdy na meridzie... Ależ ten rower jednak waży... ;)
Rano jechało się nawet, nawet. Dotarłem do pracy zaledwie kilka minut później niż wczoraj, ale za to powrót... Już na starcie, zaraz za Witkowem, na odkrytych polach dość mocno mnie zmęczyło. Musiałem więc podjechać na rolkę na os. Zachód. Potem męka aż do Motańca, gdzie przed silnym, zachodnim wiatrem chowam się w lesie. Ostatnie km "terenowe", bo i z Jezierzyc do Płoni pojechałem lasem, i z Płoni na Klęskowo przedarłem się Mokradłową, której nazwa była dziś wyjątkowo adekwatna.