Rano, tradycyjną już drogą, przez Stargard, z tym, że przez Plac Słoneczny, a nie przez Aleję Gryfa, że o Spokojnej nie wspomnę. Trochę wolniej jak wczoraj, ale summa summarum i tak dojechałem sporo wcześniej co przekłada się na dłuższy, relaksujący prysznic na miejscu. Od razu chce się pracować. ;)
Powrót z kolei pod bardzo mocny wiatr, szczególnie na początku, w Witkowie jeszcze. Potem już lepiej, a od Motańca, na dziesiątce to już całkiem ok.
Dzisiaj tylko w jedną stronę. A wszystko dlatego, że w pracy miałem gości ze Szczecina, którzy na koniec zaoferowali mi przewóz meridy "na pace". Po chwili wahania skorzystałem. Jutro zaś przerwa. ;)
Dzisiaj ja przybyłem autem na stare śmieci, do portu, a eranis zrobiła to samo swoją meridą. Drogę do domu na odwrót - ja wróciłem rowerem. Jednak uprzednio zjedliśmy wytworny obiad - po rolce w dawnym Zozanie (obecnie Zozo) na rogu Wojska Polskiego i Jagiellońskiej, którego do niedawna prowadzili Turcy, a obecnie zarządzają tam dwie panie w średnim wieku. Niestety, odbiło się to też na smaku serwowanych potraw. ;)
Odwrotność wczorajszego dnia. Do pracy w przyświecającym słoneczku, wiosennie. Natomiast powrót od samego początku w mżawce, a od Motańca, przez "dziesiątkę" prawie do samego końca w ulewie. Prawie, co bardzo wkurzające, bo przed samym domem przestało lać...
Poranna podróż do przyjemnych nie należała. Już od pierwszych kilometrów towarzyszyła mi mżawka i "wzmożona wilgotność powietrza". Ale gdy wjeżdżałem do Stargardu w towarzystwie silnych podmuchów wiatru z południa pomyślałem sobie, że to nawet może dobrze, że na tych ostatnich kilometrach wiatr mnie trochę "przesuszy". W jakimże byłem błędzie! Na skrzyżowaniu z ulicą IX Zaodrzańskiego Pułku Piechoty, słynącej z najdurniejszej ścieżki rowerowej pod słońcem, zaczęło padać. Na Alei Gryfa już lało i tak było prawie do samego końca. Gdy dotarłem do celu w butach chlupotała mi woda. Na szczęście grzejniki grzały, a potem nawet wyszło słońce, więc było gdzie rzeczy wysuszyć.
Powrót, jak to w ostatnim czasie, pod znakiem dopingu - znów wyjechała mi naprzeciw A. Umówiliśmy się gdzieś na DDRce miedwiańskiej, a spotkaliśmy się między Motańcem a Kobylanką. Potem już powrót przez las do Jezierzyc, a z Płoni, miast "dziesiątką" jak to ostatnimi czasy mieliśmy w zwyczaju, przez Mokradłową i Świętochowskiego.
Rano wyjechałem szybciej niż zazwyczaj, dzięki czemu wcześniej wpadłem w witkowski kołowrót, który przemielił mnie na tyle skutecznie, że dopiero za pięć pierwsza zdołałem zjeść kanapkę. Potem już tylko pozostało się przebrać i ruszyć na spotkanie z A. Umówiliśmy się przy wyjeździe z lasu na cepeenie w Motańcu, ale ja jechałem za wolno, w dodatku lekko na około, bo przez Skalin, a eranis za szybko, więc "wpadliśmy" na siebie między Kobylanką a Morzyczynem.
W drodze powrotnej zafundowaliśmy sobie postój na ławeczce w Kobylance. A potem, przez las przetoczyliśmy się do Jezierzyc, następnie mało przyjemny odcinek dziesiątką do Kijewa, skąd Dąbską ku rondu Reagana i potem przez Jęczmienną do domu.
Bardzo ładna pogoda, z tym, że wietrznie - powrót był dość męczący.
Na dziś zaplanowaliśmy wyjazd do Niemiec. Początkowo chciałem przejechać Autostradą Poznańską, ale na koniec wykombinowałem, że lepiej jednak będzie przez Gryfino. I w sumie dobrze, na DK31, po minięciu zjazdu na autostradę ruch był nie za duży. W Gryfinie robimy sobie postój na kawę i kanapkę na promenadzie nad Odrą, a potem przejeżdżamy do Niemiec. Fragment zagraniczny miał jednak symboliczną długość, bo już w Rosówku wracamy do Polski i nową DDRką mkniemy aż do granic Przecławia. Super inwestycja, bardzo dużo rowerzystów. Na jednym z miejsc postojowych urządzamy sobie drugą część pikniku, a potem przejeżdżamy jeszcze przez Piłsudskiego, gdzie skusiliśmy się na słynne lody, moim zdaniem jednak chyba trochę przereklamowane, od Marczaka.
Powrót do domu przez lidla w Zdrojach. Zaraz po wejściu do mieszkania się rozpadało, więc mieliśmy sporo szczęścia.