Rano do pracy samotnie. Za to po ośmiu godzinach tamże kieruję swe koła na Piłsudskiego, gdzie A. przechodzi "katusze" związane z wizytą na fotelu dentystycznym. Potem ustępuje mi miejsca... ;)
Gabinet przyjazny rowerzystom co uwieczniłem na zdjęciu.
Szybko, sprawnie, przyjemnie (szczególnie, bo w jedną i drugą stronę na drodze potężny korek) i bezproblemowo.
Powrót z A. - umawiamy się w miejscu, gdzie zbiegają się drogi z portu i z "miasta". Dalej razem do domu, z krótkim, acz potrzebnym postojem w lidlu - w prezencie dostaję budweisera. :)
Jechałem na meridzie, mimo że staramy się jej nie używać na te wertepy na DDRce. Dlaczego? Ano dlatego, że w authorze chwilowo brak... chwytu. I tu okazja do wylania pomyj na produkt firmy ergon, model: gp5. Drogie to to jak cholera, ale stwierdziłem, że za jakość (i wygodę) trzeba zapłacić, a że czasu na rowerze spędzałem sporo... No nic, po wywrotce (rower oparty o znak drogowy) ułamał się róg, bez którego nie da się zamocować samego chwytu. Wysłaliśmy to z powrotem do producenta, ciekawe co zrobią...
Pojechałem odstawić auto do warsztatu na wymianę oleju. A, że serwis jest oddalony od domu z tyłu w samochodzie wylądowała merida. Po pozostawieniu kluczyków mechanikowi wsiadam na rower i jadę do domu. Po drodzę zahaczam o pewien segment na stravie o tajemniczej nazwie "mini górka - cmentarz zdroje", który nie dawał mi spokoju. I udało się, przejeżdżam go w o dwie sekundy lepszym czasie niż dotychczasowy zwycięzca. :)
P. S. Nie znoszę robić oddzielnych wpisów w jednym dniu, ale że rower był inny to nie mam innego wyjścia...
Już jakoś na początku tygodnia przebąkiwałem A., że wezmę rower w weekend i w nocy gdzieś się przejadę. Koniec końców stanęło na tym, że miast w nocy ruszę wcześnie rano, dokładnie o takiej godzinie o jakiej do niedawna wstawałem do pracy.
Jak pomyślałem tak zrobiłem, z trudem zwlokłem się rano z łóżka, zjadłem trochę płatków i ruszyłem w drogę. Od czasu, gdy przejechałem się w zeszłym roku DK31 do Chojny tkwiła mi ona w pamięci jako trasa o niezłym asfalcie i dość małym ruchu, a przy tym o bardzo urozmaiconym ukształtowaniu, szczególnie za Gryfinem, a już w ogóle za Widuchową. Pamiętam, że wtedy pomyślałem sobie, że to idealny szlak na szosową wycieczkę. Dlatego skierowałem się dziś właśnie tu.
Co wiele pisać? Rano ulice niemal puste, żywego ducha, tylko pojedyncze autobusy. Potem kilka samochodów na odcinku do Gryfina, dalej jeszcze mniej. Wiatr niezidentyfikowany Niby miało wiać z południowego wschodu, ale to na powrocie podmuchy uprzykrzały jazdę.
Postój w Lisim Polu symboliczny. Zdjąłem nogawki, przełknąłem pasek gorzkiej czekolady i ruszyłem w drogę powrotną, którą urozmaiciłem sobie zatrzymaniem na BP w Żórawkach i spiciem tamże półlitrowego oshee.
W domu melduję się "na śniadanie", dziesięć po dziewiątej unikając skwaru i jednocześnie ciesząc się pierwszą (!) setką, niemal w rocznicę zeszłorocznej... czterysetki. Chwilę później maszerujemy już z psem przez Puszczę Bukową... ;)