I tak oto, niepostrzeżenie, w drodze powrotnej, gdzieś na wysokości Basenu Górniczego mignął mi dziesięciotysięczny kilometr tego roku. Nie było strzelających korków od szampana, ni orkiestry. Był siąpiący październikowy deszcz, zapach butwiejących liści i ciemność, bo zdarzenie miało miejsce wieczorem. ;)
Taki był mój plan, nie przypuszczałem, że się uda. Jestem zadowolony. Pytanie - jakie wyzwanie na rok przyszły? :)
Co tu wiele pisać... Jak to w niedziele niekiedy bywa - do pracy odstawić samochód i zabrać rower po to, żeby za kilka godzin, w uroczy poniedziałkowy poranek wrócić na nim z powrotem... ;)
Jedyny problem to znaleźć w sobie dość siły, by zwlec się wcześnie rano z łóżka. Potem, z każdą chwilą niepowtarzalnej gry świateł charakterystycznej jedynie dla świtu człowiek utwierdza się, że warto, że trzeba to jak najczęściej powtarzać. Tym bardziej, że teraz nie trzeba zrywać się o 3, ale można pospać nawet do 6... :)
Rano niesamowity fart. Czuwała nade mną siła wyższa, która sprawiła, że nie wyjechałem tak jak mam w zwyczaju w ostatnich dniach wcześniej, by przez Wielgowo dojechać do pracy tylko zostałem w domu. Dzięki temu bardzo silną ulewę przeczekałem pod dachem, w domu, a gdy jechałem do pracy zmokłem odrobinę jedynie od tego, co tryskało spod kół. Wielkie szczęście!
Na DDRce na wysokości stoczni ponownie samochody zaparkowane w dziadowski sposób.
Powrót nieco naokoło. Chwilę po zrobieniu zdjęcia korka zostaję ukarany. Łapię gumę. W ciągu 10 minut zakładam świeżą dętkę, sporo czasu poświęcając przejrzeniu opony. Nic nie znalazłem, kolec musiał wejść i natychmiast wyjść...
Potem przez Dąbie (lidl), uliczki Wielgowa, Sławocieszę i nieco na około przez Płonię docieram do domu.
Pogoda idealna, ciepło, trochę popadało, ale taki deszczyk nic nie przeszkadza...
Rano znów pojechałem mocno na około. Ciekawostka - wyszło mi tyle km, ile robiłem, gdy dojeżdżałem do pracy ze Stargardu. :)
Powrót w deszczu. Nie sprawdziły się prognozy - miało być ładnie, a padało i to dość mocno. Na szczęście było ciepło, więc jechało się i tak świetnie. Na tyle, że mimo późnej pory wydłużam nieco trasę. :)
Rano do pracy pojechałem okrężną drogą. W najlepszym momencie termometr pokazywał 6 stopni, ale chłodu (poza postojem na przejeździe w Zdunowie) się nie odczuwało.
W pracy postanawiam, że dziś na obiad pizza. A jak pizza to potrzebne składniki. A jak składniki to dlaczego by nie z Biedry? No tak, ale którą wybrać? Casting ostatecznie wygrywa ta na os. Chopina w Stargardzie. ;)
Po opuszczeniu lasu w Grzędzicach toczę się wolno, bo silny wiatr zdecydowanie przeszkadza. Gdy wychodzę ze sklepu po zakupach-mocno leje. Nie zrażam się tym jednak ani trochę i przez Kobylankę, Jezierzyce docieram zapiaszczony z powrotem do domu.
W obie strony w mżawce. Rower zaświniony, ciuchy zaświnione, ale za to zaoszczędzone czas i paliwo. No i radość z jazdy, której nie da się przeliczyć w żaden sposób. ;)