WROCŁAW-Długołęka-Oleśnica-Stradomia Wierzchnia-Syców-Nowa Wieś Książęca-Mroczeń-Laski-Komorzno-Krzywiczyny-Wołczyn-Ligota Dolna-
KLUCZBORKMAPA
Dzisiaj miało nastąpić zdarzenie zasadnicze, czyli przejazd ponad stówki na trasie Wrocław-Kluczbork, połączony ze zdobywaniem gmin. Przejazd pod przewodem Agnieszki, ja tej trasy, w odróżnieniu od niej, w ogóle nie znałem, co najwyżej kojarzyłem nazwy niektórych mijanych miejscowości. Np. Dziadowa Kłoda, nie mam pojęcia gdzie to słyszałem, ale nazwę kojarzyłem ;)
Umawiamy się w McD przy Moście Szczytnickim, gdzie oczywiście następuje konsumpcja "śmieciowych", a przy okazji jakże pysznych specjałów ;) Big Mac z frytkami zapewnia solidny zastrzyk energii, do tego kawa z mlekiem i dużą ilością cukru + przebranie w obciślaki w kiblu - można jechać. Opuszczamy miasto zatłoczonymi ulicami. Tak jest aż do Długołęki, gdzie duża część samochodów odbija do niedawno wybudowanej S8. Dzięki temu kolejne kilometry to czysta poezja - jedzie się wyśmienicie, szerokie pobocze, równe tempo, co jakiś czas zmiany w prowadzeniu, bez nerwowego szarpania. Do tego wiatr sprzyja, a pogoda jest bardzo ładna.
Pierwszy postój "pociągu" następuje w Oleśnicy, konkretnie na rynku, do którego zręcznie podprowadza Agnieszka. Kilka zdjęć, łyk wody i w drogę. Znów szerokim poboczem. Dużą część tego odcinka jedziemy obok siebie, warunki pozwalają na bezpieczne prowadzenie rozmowy, a jednocześnie utrzymywanie całkiem przyzwoitej prędkości. Samochodów niemal nie ma. Analogiczna sytuacja jak na starej trójce między Pyrzycami a Szczecinem. Olbrzymi plus wybudowania dróg ekspresowych...
Kolejny krótki postój to stacja Lukoil, gdzie dla odmiany kupujemy, a jakże!, chusteczki higieniczne.
Ja jadę z pulsometrem Agnieszki. Od niechcenia rzucam wartość, którą wyświetla mi urządzenie (146) co spotyka się z dużym zdziwieniem. Świadczy mianowicie o stanie przedzawałowym, który właśnie przechodzę ;)
Syców mijamy "bezpostojowo", kolejne zdjęcia przy tablicy na granicy z województwem opolskim. Od dłuższego czasu Agnieszka bardzo plastycznie opowiada o lodowych snickersach, które rzekomo mamy gdzieś zjeść. Miałem wrażenie, że to już, już, za chwileczkę, za momencik, jednak cały czas jedziemy i nie widać tego dobrze zaopatrzonego sklepu (dobrze zaopatrzonego, bo lodowe snickersy to wielka rzadkość i prawdziwy rarytas dla znawców). Zaczynam się niepokoić czy aby za moimi plecami nie została powzięta decyzja o minięciu tego punktu. Jednak w momencie, gdy zamierzam nieśmiało przypomnieć o planowanej wyżerce zatrzymujemy się w Mroczeniu, stolarskiej stolicy Wielkopolski, przy wspomnianym sklepie. Zimny snickers = cudo.
Kolejne km to bardzo ładne drogi, a przy tym niezłe asfalty. Rozmawiamy sobie o wrażeniach z BBT, dzięki czemu nabieram coraz większego apetytu na start w tym niesamowitym maratonie... Przed Wołczynem odczuwamy odcięcie prądu. Dokładamy więc do pieca resztkami sił resztki węgielków i bardzo żwawo ciągniemy do jakiegoś sklepu. A czy można kupić w takiej sytuacji coś lepszego niż czekoladę ritter sport? Można. Drożdże z miejscowej drożdżowni, która zaopatruje w nie ćwierć kraju. Drożdże jednak kupimy dopiero w Kluczborku, na cholerę to wieźć zbędny ciężar przez te końcowe kilkanaście kilometrów? A kupujemy je, bo na koniec, w ramach podzięki za krajoznawczą wycieczkę i poprowadzenie trasy w sposób umożliwiający doliczenie kilku gmin robię najprawdziwszą, polską pizzę.
Zdjęcia:
1) Agnieszka podziwia rynek w Oleśnicy.

2) Aż chciałoby się napisać - Syców na horyzoncie. Niestety. Syców jest przed nami, a nie z boku. ;)

3) Relaks za Sycowem - miastem, gdzie kończą się wszelkie zakazy.

4) Gdzieś za Sycowem, a przed Mroczeniem.

5) Przed siebie.

6) Wołczyn.