Przejazd bez większych przygód, bo i co może stać się na dziesięciokilometrowej trasie w większości po DDRce.
A nie, zapomniałem, ciśnienie podniosło mi dwóch busiarzy. Nie wiem jaki jest zamysł robienia czegoś takiego, czy jest w tym ukryty jakiś głębszy sens, którego nie jestem w stanie zrozumieć? Panowie zatrzymali się obok siebie i tak stali blokując ruch, potem toczyli się kilka metrów do przodu i ponownie stawali. Przypuszczam, że gdyby ich zapytać to powie jeden z drugim, że on "ruch reguluje". Bo tak zawsze mówią ci, dla których jedyne skojarzenie z jazdą na suwak to prosta myśl "tępić cwaniactwo".
No dobra wystarczy, to blog rowerowy, nie samochodowy. ;)
Najpierw z córeczką. Tym razem, jak na miłośniczkę różowych wróżek i błękitnych księżniczek (albo na odwrót - nie jestem pewien) przystało, została zabrana do Muzeum Techniki i Komunikacji, gdzie z zainteresowaniem pochyliła się nad wiekowym berlietem jeżdżącym niegdyś po Stargardzie Szczecińskim ;) Po muzeum Cafe Niebko i tam nieco więcej uciechy. ;)
Wieczorem przewożę sobie rower z pracy do domu, robię tak, by rano nie męczyć się w korku, który to (wiem, bo piszę te słowa w poniedziałek) był naprawdę duży. Słuszna decyzja, jak wszystkie w ostatnim czasie. :)
Rano klimat niesamowity - gęsta mgła, jechało się świetnie, tym bardziej, że wciąż można oko nacieszyć samochodami stojącymi w niekończącym się korku. Swoją drogą, z tego co widzę, ruch rowerowy na trasie prawo-lewo w ostatnich tygodniach wzrósł.
Po południu zimno, nie spodziewałem się, że aż tak. Koszulka z długim rękawem to było za mało. Gdy załatwiłem co miałem do załatwienia wjechałem w Puszczę Bukową, bo chwilowo opuściła mnie wena na dłuższe wyjazdy, a w tym lesie można naprawdę świetnie wypocząć i się zrelaksować. Co zresztą skutecznie czyniłem. Jeden z przyjemniejszych wyjazdów w tym roku. :)
Wyjazd dość późno. Najpierw sprawy w mieście, potem kierunek Widuchowa. Jakoś tak spontanicznie wybrany. Miasto opuszczam podjazdem pod Kołowo. Po bruku, ale dość łagodny i nieźle się jedzie. Potem zjazd do Glinnej i decyzja, której już nigdy nie podejmę, mianowicie przejazd terenowo aż do Babinka. Po łące jechało się fatalnie, okulary same zsuwały mi się z nosa od turbulencji i nadmiernego pocenia. Zamiast koncentrować się na jeździe trzymałem jednym palcem okulary. Komedia. Trzeba będzie zainwestować w gumkę lub inne zabezpieczenie. ;)
Po asfaltach już dużo lepiej. Do Bań sprawdzoną drogą przez Swochowo. Potem w Lubanowie odbijam na Widuchową - wg drogowskazu to 16 km. Gdzieś na tej trasie mija się stację kolejową o nazwie Widuchowa. Pamiętam swoją przygodę sprzed kilku lat, która mocno podniosła mi ciśnienie. Wiedziałem, że pociąg stąd mam o jakiejś konkretnej godzinie. Zatrzymałem się w Widuchowej w drodze ze Schwedt i robiłem zdjęcia, wiedząc, że mam spory zapas czasu. Kojarzyłem, że trzeba kawałek wyjechać za miasto, ale nie miałem pojęcia, że aż tak daleko: około 5 km, z czego spora część pod górę. Zdążyłem na styk - na peron wpadłem w momencie, gdy kierpoć wychylał się w celu podania sygnału odjazdu... Taka to historia. ;)
Końcówka to już automatyczne kręcenie km po DK31. Zaraz po wejściu do domu rozpętała się potężna burza. Miałem farta.