SZCZECIN-Pyrzyce-Lipiany-Barlinek-Strzelce
Krajeńskie-Gościm-Międzychód-Miedzichowo-Nowy
Tomyśl-Wolsztyn-Wschowa-Góra-Wąsosz-Żmigród-Domaniewice-Trzebnica-Skarszyn-WROCŁAW
Ochotę na czterysetkę
miałem od dawna. Praktycznie od czasu, gdy pierwszy (i jak na razie
ostatni) raz przejechałem ponad 300 km, co wydarzyło się w czerwcu
2011. W zeszłym roku zrobiłem podejście, ale było nieudane i
skończyło się na 281 kilometrach.
Czułem, że w tym roku
muszę to zrobić – głównie dlatego, że mam dość intensywny
sezon rowerowy, tak dużo w pierwszej połowie roku jeszcze nigdy nie
przejechałem. Dodatkowo, gdy w styczniu okazało się, że
podyplomowe studia będę robił we Wrocławiu stwierdziłem, że
dojazd na rowerze na uczelnię będzie obowiązkowy :)
By zrobić to w tym roku
mogłem wykorzystać dwa terminy „zjazdów” - albo w maju, który
w międzyczasie musiałem wykluczyć, albo w czerwcu. Gdy termin
został tylko jeden zacząłem w myślach nastawiać się na taką
jazdę. Od kilkunastu dni śledziłem prognozy pogody,
przygotowywałem kilkanaście godzin muzyki na mp3, analizowałem
drogę dojazdu, wklepałem ją do garmina, potem zmieniałem, bo
doszedłem do wniosku, że jednak przez Stargard i Choszczno nie
pojadę, itd., itp. Słowem przygotowywałem się na wyjazd.
Od poniedziałku
chodziłem spięty, bo wiedziałem co czeka mnie w czwartek:) Ilość
przejechanych km zredukowałem do niezbędnego minimum, by choć
trochę poczuć głód jazdy. W środę, gdy wracałem do domu pracy
czułem się nie najlepiej, bolało mnie kolano, więc nie byłem
nastawiony specjalnie optymistycznie, ale jednocześnie wiedziałem,
że nie mam wyjścia – słowo się rzekło, próbować trzeba:)
Na drogę zabrałem 2 l
wody (bidon i dwie małe butelki), do jedzenia: trzy paczki sezamków,
mleko w tubie, paczkę kabanosów, paczkę suszonego mango z kokosem,
osiem bułek z nutellą i bananem i samego banana. Pakowałem się do
nowej sakwy topeak, którą niedawno kupiłem. Zależało mi na tym,
by jechać raczej „na lekko”, ale po wyładowaniu jej pompką,
dętką, podstawowymi kluczami, jedzeniem, ciuchami na zjazd i, w
ostatniej chwili sobie przypomniałem, ręcznikiem rower i tak był
ciężki :) Nie zabierałem aparatu, zdjęcia robiłem tylko
telefonem, więc z góry przepraszam za ich jakość. No, ale wyjazd
nie miał w zasadzie charakteru krajoznawczego tylko komunikacyjny.
:)
Pobudka w czwartek o
2.20. Zjadam rano odgrzane pierogi z mięsem, popijam kawą, potem
jeszcze herbatą i ruszam w drogę. Jest 3.04, gdy startuję spod
bloku. Mówiąc szczerze ciężko mi uwierzyć, że jeszcze tego
samego dnia będę we Wrocławiu :)
Pierwsze km w
ciemnościach, ale rozświetlonych ulicznymi latarniami. Pętla na
Bukowym, zawsze pełna ludzi i autobusów, opustoszała, stoją tylko
gdzieś na boku dwa nieoświetlone, puste solarisy. Jadę najkrótszą
drogą do Płoni. Już na „dziesiątce” orientuję się, że
zapomniałem o kontroli baterii w pavie i teraz dostaję sygnał, że
są na wyczerpaniu. Żaden problem, bo w sakwie wiozę zapas
paluszków i po krótkim postoju wszystko jest już ok.
Staram się w ogóle nie
myśleć o tym ile km mam do przejechania – celowo w garminie nie
włączam ekranu „mapa”, na którym umieściłem sobie okienko
„dystans do celu”. Po prostu nie chcę się psychicznie męczyć
widząc ogromną liczbę;) W słuchawkach leci muzyka z filmu Amelia,
idealna na początek takiej wyprawy (potem będzie mi grała, gdy
zobaczę na horyzoncie Wrocław). W zasadzie już za lasem za
Szczecinem, na wysokości Kołbacza powoli się rozwidnia. Kręcę
automatycznie przed siebie, leci kilometr za kilometrem. Z jednej
strony wiem, że taki kawał przede mną, ale z drugiej jest też
świadomość, że każdy km, każde 100 m, każdy słupek przydrożny
przybliża mnie do celu :)
Pierwszy krótki postój,
tylko na zdjęcie, na 34 km, gdzieś przed Pyrzycami. Łykam wody,
robię zdjęcie pustej starej „trójki” i jadę dalej. Pyrzyce
przejeżdżam bez zatrzymywania, za miastem trzeba się wciągnąć
na spore wzniesienie. Za to potem, aż do Lipian jest prawie cały
czas równo, a nawet, przed samym miastem, trochę z góry.
W Lipianach jestem około
5.30. Również się tu nie zatrzymuję. Nawigacja poprowadziła mnie
przez centrum miasteczka, w którym dominuje bruk. Ale przy okazji
robi fajne wrażenie. Na ulicach już trochę więcej ludzi jak w
Pyrzycach, gdzie było niemal zupełnie pusto.
Z Lipian kieruję się na
Barlinek. Słońce już jest całkiem wysoko, świeci w oczy, ale
nadal nie jest zbyt ciepło (termometr pokazuje + 15 stopni).
Kilkanaście km za Lipianami staję na poboczu na pierwszy posiłek.
Okolice 65 km wyjazdu. Zajadam bułkę z nutellą i bananem, popijam
wodą i wkładam sobie do tylnej kieszonki mango z kokosem. Dodaje mi
to nieco sił, dzięki czemu żwawo wpadam do Barlinka (tam jest
ostry zjazd z góry). Przecinam miasteczko w poprzek i opuszczam je
drogą prowadzącą do Strzelec Krajeńskich. Nawierzchnia wyraźnie
gorsza, jedzie się źle, bo co chwila są takie poprzeczne szczeliny
na asfalcie. Do tego zwiększa się ruch, mija mnie kilka ciężarówek,
ale, muszę przyznać, zachowują bezpieczny dystans. W ogóle jeżeli
chodzi o „tiry” muszę przyznać, że kierowcy zachowywali więcej
jak bezpieczną odległość, ale-ciekawostka-tylko nad ranem. Nie
wiem, może ci „nocni” ;) jeżdżą bezpieczniej? Może wytwarza
się jakaś specyficzna więź między użytkownikami na tych
opustoszałych w nocy i nad ranem drogach? ;) Wyczekuję granicy
województw, bo wiem, że jest to jakaś perspektywa na lepszą
drogę. I rzeczywiście, po minięciu tablicy „lubuskie wita”
asfalt staje się równy i jedzie się super.
W Strzelcach ląduję po
7. Zatrzymuję się na chwilę na rondzie w centrum miasta, łykam
trochę wody i rozpoczynam długi zjazd w dolinę Noteci. W
Zwierzynie mijam słynny budynek dworca Strzelce Krajeńskie Wschód.
Słynny, bo to tutaj kilka lat temu wagon stoczył się kilka km z
bocznicy po czym wypadł z torów na tej stacji i wleciał w budynek
dworca. Trzy osoby w efekcie tego zdarzenia zginęły. Do dziś na
budynku stacji widać zamurowaną dziurę.
Tutaj dopada mnie
„kryzysik”, ponieważ w kierunku, w którym jadę widzę
kotłujące się ciemne chmury. Wprawdzie prognozy nie przewidywały
opadów, ale różnie to bywa... Kolejne, bodajże, 12 km to przejazd
szeroką doliną Noteci. Tereny płaskie jak stół, droga dziwnie
się kręci, co chwila zakręty, ale dzięki temu nie jest
monotonnie. Około 8 przejeżdżam rzekę Noteć – myślę sobie,
że w tej chwili moi koleżanki i koledzy właśnie zaczynają
pracę:)
W końcu ląduję na
skrzyżowaniu na południowym skraju doliny, gdzie skręcam w lewo i
obieram nietypowy kierunek północno-wschodni. Ale to tylko na
chwilę, bo gdy docieram do miejscowości Gościm skręcam z kolei w
prawo i przez sosnowe lasy kieruję się w stronę Lubiatowa i dalej
Międzychodu. To był najprzyjemniejszy odcinek całej trasy.
Wprawdzie asfalt był w kiepskim stanie, za to droga pięknie wiła
się przez las, raz w górę, raz w dół, a jakby tego było mało w
okolicy znajduje się pełno środleśnych jeziorek. Wszystko co
dobre się jednak szybko kończy i w Sowiej Górze wjeżdżam na
DW160 łączącą Suchań z Miedzichowem.
Tutaj ruch większy
niestety, nawierzchnia może być. Na kilka km przed Międzychodem
pojawia się DDRka z kostki niefazowanej. Jednak z chęcią na nią
wjeżdżam, bo daje chwilę wytchnienia od pędzących aut.
W Międzychodzie staję
tylko po to, żeby zrobić kolejnej zdjęcie kolejnej znaczącej
rzeki – Warty. Wyjazd z miasta pod górę, a kilka km dalej
skrzyżowanie z główną drogą do Poznania. Ja jednak jadę prosto,
cały czas pozostając na DW160, którą przez lasy, bardzo dłużącym
się odcinkiem dobijam wreszcie do DK92.
Tutaj nawigacja zaczyna
„wariować” - za żadną cenę nie chce mnie puścić na tę
drogę. Nie ma się co dziwić – nieprzerwany sznur tirów ciągnie
z zachodu na wschód. Jest co prawda szerokie pobocze, ale i tak
czułem się tam bardzo źle. Poza tym, co kilkaset metrów, są
przewężenia, gdzie pobocze zupełnie znika na rzecz wysepek na
środku drogi – tutaj tiry przelatują na wyciągnięcie ręki. Na
szczęście to tylko 10 km, więc minęło dość szybko. Na rondzie
przy A2 zjeżdżam na DW305, która też będzie mi dziś towarzyszką
na długie km (precyzując – przejadę całą jej długość).
Po przekroczeniu A2
zostaje tylko dokręcić do Nowego Tomyśla. Dzięki gastronautom
znalazłem sobie tutaj miejsce na obiad – pizzerię Soprano. Gdy
pod nią dojeżdżam na liczniku widnieje dystans 199, natomiast
szyld informuje, że lokal czynny jest od godziny 12. Patrzę na
zegarek – 11.58. No nieźle – myślę:) Po chwili pojawia się
obsługa, która uprzedza, że będę musiał poczekać 20 minut aż
rozgrzeje się piec. Nie odmawiam, bo jest mi to na rękę. Chwila
oddechu się przyda:)
Po zjedzeniu dużej
pizzy, wypiciu koktajlu brzoskwiniowo-miętowego (coś wspaniałego
na upał), wykonaniu paru smsów, odczytaniu tych mobilizujących
(np. „choćbym mówił językami aniołów, a pedałować siły bym
nie miał byłbym nikim” :D) ruszam w dalszą drogę. Bardzo duży
ruch, uszkodzona nawierzchnia, wszystko to sprawia, że odcinek do
Wolsztyna, który zresztą dobrze znam z wojaży samochodowych,
jedzie się źle. W Karpicku, to takie przedmieście Wolsztyna, jest
chyba jakiś zakład, w którym akurat skończyła się zmiana, gdyż
towarzyszy mi na drodze kilkanaście kobiet na rowerach :) Pięknie
mnie wita Wolsztyn! :)
W samej miejscowości mam
nieprzyjemną sytuację – przy stacji kolejowej, gdzie zwalniam, by
zrobić zdjęcie parowozom (Wolsztyn jest jedyną czynną w Europie
parowozownią prowadzącą planowy ruch pociągów) dziewczyna w
corsie udaje chyba, że mnie nie widzi i kilka m przede mną wciska
się z podporządkowanej. Jedno szczęście, że akurat hamowałem,
bo chciałem się zatrzymać – gdybym jechał odrobinę szybciej to
by mnie bankowo staranowała.
Z Wolsztyna dalej DW305 w
kierunku Wschowy. Na szczęście na początku jest możliwość
skorzystania z DDRki i to asfaltowej, bo na drodze ruch niesamowity.
Gdy wracam na drogę jest już trochę luźniej. Jednak nie zmienia
to faktu, że cały ten fragment, aż do Wschowy (38 km) jedzie się
kiepsko. Jest bardzo dużo odkrytych odcinków, bez drzew. Słońce
mocno operuje, termometr wskazuje ponad 30 stopni, więc woda w
bidonie i butelkach znika w tempie ekspresowym.
W Hetmanowicach, przed
samą Wschową zatrzymuję się w sklepie i uzupełniam zapasy wody.
Dodatkowo biorę puszkę coli. I ten postój sprawił, że odzyskałem
„parę w nogach”. Od Wschowy jedzie się dużo lepiej, szybko, z
licznika nie schodzi 24-25 km/h, wiatr pomaga. Dystans do celu też
już do „ogarnięcia” przez rozum – 120 km. Przy takiej trasie
to już praktycznie rzut kamieniem :)
Krótko przed Górą, na
skrzyżowaniu we Wronińcu kończę przygodę z DW305. Górę
przecinam na „przestrzał” i pruję bocznymi, lokalnymi asfaltami
w kierunku Wąsosza. Gdzieś tutaj, o ile dobrze pamiętam, na
liczniku pojawia się 300 km. Do Wąsosza zjeżdża się ze sporego
wzniesienia. Ukształtowanie terenu sprawia, że miasteczko widać z
daleka.
Dalej było kilka
możliwości dojazdu do Żmigrodu. Ja wybierałem w ciemno, patrząc
na google maps, przez co ładuję się dość dziurawymi asfaltami,
klucząc trochę po zapadłych wiochach. Ale z drugiej strony jest tu
bardzo fajnie. Te dolnośląskie wioski mają swój specyficzny
klimat, sporo starych, często rozpadajacych się, ceglanych
zabudowań, piękne kościoły ze strzelistymi wieżami. Wybór był
dobry. Niestety, lokalni kierowcy to porażka na całej linii. Niemal
wszyscy bez wyjątku pędzili na złamanie karku. Kilka razy miałem
sytuację, że na wąskiej drodze, zza zakrętu wyskakiwał jakiś
zdezelowany golf albo calibra, na liczniku pewnie 100-120 km/h i w
oczach durnego kierowcy zdumienie, że ktoś jedzie z naprzeciwka. No
nieprzyjemnie, duży minus dla kierowców z tablicami DGR i DTR.
Przed Żmigrodem mijam
jedną z dwóch kolejowych „atrakcji” (pierwszą był Wolsztyn).
W Węglewie znajduje się doświadczalny tor kolejowy, na którym
prowadzi się badania wagonów, składów, itd. W trakcie przejazdu
widziałem lokomotywę EU07 ciągnącą wagon z napisem „wagon
inspekcyjny”, wyglądający z daleka jak zwykły wagon
przedziałowy, a do tego podczepiona była jakaś dziwna, biała
węglarką. Niestety, całość była na tyle daleko, że nawet nie
próbowałem robić zdjęcia.
Żmigród przecinam w
poprzek, podobnie jak Górę, i kieruję się, nieco naokoło, do
Trzebnicy. Cały czas cieszą oko dolnośląskie wsie, zgodnie z
wcześniejszym opisem. Teren płaski jak stół, ale ja już wiem, że
Trzebnica leży wysoko i trzeba się tam wspiąć, a, dodatkowo, tuż
za miastem jest spora „ścianka”.
W Domaniewicach wjeżdżam
na trasę, którą jechałem w marcu z Leszna, więc jestem już
praktycznie „w domu”. :) Trzebnica bez postoju, dopiero za
wspomnianym bardzo stromym podjazdem staję, wyciągam z sakwy kiść
kabanosów i tak jadę wesół, podgryzając sobie jedno za drugim.
Widzę już na horyzoncie Wrocław z dominującym Sky Tower. W uszach
piękna muzyka z Amelii, gdybym był bardziej wrażliwy pewnie
popłynęłaby mi łza wzruszenia. :)))
Końcówka to długi,
łagodny zjazd od Skarszyna przez Pasikurowice do Wrocławia. W
trakcie tego zjazdu mignął mi z prawej strony napis „truskawki 5
zł”. Wydawało mi się, że truskawki są sporo droższe, więc
kawałek dalej hamuję, zawracam i wspinam się z powrotem. Tak, nie
pomyliłem się truskawki po 5 zł, a do tego jest przemiła pani, z
którą ucinam sobie długą pogawędkę na tematy rowerowe:) Długą
to znaczy 20 minut, ale już wiem, że do celu dojadę i wyprawa
zakończy się sukcesem (przynajmniej powinna). Truskawki były
najpyszniejszymi jakie jadłem ostatnimi czasy. Nie muszę chyba
dodawać, że chodziły za mną przez cały dzisiejszy dzień jazdy?
:)))
Po posiłku wzmocniony
kręcę naprawdę żwawo, miejscami 27-28 km/h, potem jeszcze
przebijanie się przez Wrocław, chociaż trzeba przyznać, że
miasto, moim zdaniem, jest zwrócone frontem do rowerzystów i jeździ
się ok.
Widzę, że pod hostelem
wyjdzie 391 km, więc nie ma rady – trzeba dokręcić (nie znoszę
takich akcji). Jadę na Plac Grunwaldzki i z powrotem – podjeżdżam
pod hostel. Jest 401,2 km. A więc sukces, mission completed. :) Do
końca nie wierzę, że się udało. Nawet teraz, gdy piszę te słowa
jeszcze to do mnie nie dociera. :)
Wypiłem: woda – 5,9 l;
cola – 0,66 l; schwepps – 0,5 l; koktajl – 0,33 l; piwo 0,5 l –
już we Wrocławiu.
Zjadłem: paczka
suszonego mango z kokosem, jedno opakowanie sezamków, 5 bułek z
nutellą, banan, kabanosy z lidla, duża pizza.
Zdjęcia:
1) Stara "trójka", godz. 4.39

2) Między Lipianami a Barlinkiem, godz. 5.58.

3) Strzelce Krajeńskie Wschód, godz. 7.47.

4) Rzeka Noteć, godz. 8.10

5) A2 pod Nowym Tomyślem, godz. 11.42

6) Rynek w Nowym Tomyślu, godz. 11.55

7) Wolsztyn, godz. 14.14

8) Czworaki z pocz. XX wieku we Wroniawach, godz. 14.33

9) Ponowny wjazd na teren lubuskiego, godz. 15.38

10) Wschowa, godz. 16.13

11) DW305 x DW324 we Wronińcu, godz. 17.04

12) Wroniniec, godz. 17.04

13) Góra, godz. 17.22

14) Wąsosz, godz. 18.04

15) Powidzko, godz. 19.30

16) Widok na Wrocław w oddali, zaraz za Trzebnicą, godz. 20.41

17) Głuchów Górny, godz. 20.49

18) U celu.