SZCZECIN(NIEBUSZEWO-Łękno-Pogodno-Centrum-port-Dąbie-Załom)-Pucice-Kliniska Wlk.-Rurzyca-Goleniów-Mosty-Maszewo-Parlino-Grabowo-Stargard-Zieleniewo-Morzyczyn-Kobylanka-
SZCZECIN(Płonia-Zdunowo-Wielgowo-Dąbie-Centrum-NIEBUSZEWO)
MAPA
Wstępnie na dziś byli zaplanowani goście, w tym jeden z dawnych, pamiętnych bajkstatsowiczów. Niestety, okazało się, że nie dadzą rady dojechać. Spotkanie zostało odłożone na przyszły tydzień. Biorąc pod uwagę piękną pogodę, fakt, że w weekend nie będę miał czasu na jeżdżenie (w przeciwieństwie do A.) postanowiłem samotnie wypuścić się Hanką gdzieś dalej. Wypad połączony był z kolejnymi korektami ustawienia siodełka i chyba "mam to". Wydaje mi się, że jest niemal idealnie. Po dzisiejszej eskapadzie nie czułem niemal żadnych dolegliwości związanych z wiadomą cześcią ciała.
Wiatr wiał dzisiaj z północnego zachodu. Dlatego najgorszy kawałek zafundowałem sobie niemal na początek - odsłonięte łąki między Kliniskami i Goleniowem. Gdy wjechałem w las - cisza i spokój. Ale tylko do czasu, bo postanowiłem przejechać się nowo wybudowaną drogą w strefie przemysłowej. Tutaj znów wiatr strzelił mnie w pysk i tak raz po raz walił aż do krzyżówki pod Modrzewiami.
Potem sytuacja zmieniła się na korzyść. Praktycznie aż do Stargardu (a na dobrą sprawę to aż do domu) pomagał, a przynajmniej nie przeszkadzał.
W Maszewie zajeżdżam zrobić jeszcze zdjęcie ulicy 22. Lipca. Nazwa ta najpewniej zniknie w najbliższym czasie. Powinienem się też wybrać do Dobrzan uwiecznić choćby ulicę Świerczewskiego. To ostatni dzwonek, bo wszystko wskazuje na to, że miasto nie będzie miało nic do powiedzenia w kwestiach takich kontrowersyjnych nazw ;)
W Stargardzie początkowo planowałem kebaba na Wyszyńskiego. Ale gdy docieram do miasta nie odczuwam niemal zupełnie głodu. Pragnienia też jakoś specjalnie nie, ale dla przyzwoitości kupuję sobie dwie cole w automacie przy tesco. Wypijam jedną, drugą dowożę do domu.
Niemal sama jazda. Postojów kilka, żaden nie dłuższy niż 2-3 minuty: przy krzyżówce w Załomiu, przy przejeździe kolejowym tamże, na rondzie w Żółwiej, na 22. Lipca w Maszewie, pod tesco w Stargardzie i kawałeczek dalej na ubranie kurtki. Potem już tylko zatrzymania na światłach w Szczecinie, które zresztą doprowadzały mnie do szału, bo podczas nich, mimo stania w miejscu, średnia prędkość RUCHU spadała. Taki to urok gpsa ;)
W domu melduję się tuż po 21. Dostaję owsiankę, bo A. ma teraz fazę na bycie prawdziwą gospodynią. Normalne kotlety z kartoflami i buraczkami też czekały gotowe na odgrzanie, a jakże, ale stwierdziłem, że na noc się tym nie będę dociążał. W zamian pomogłem Wzmiankowanej przy nowym garminie (dakota), który pojawił się w domu, a to po to, żeby: a) zapisywać cały ślad i, przede wszystkim, b) musimy oboje mieć dostęp do śladu podczas maratonów, które jedziemy oddzielnie.