Najpierw z Pauliną, wyjazd, na który ustawialiśmy się od dawna i w końcu się udało. Moja dzisiejsza partnerka na rower wsiadła po ponad rocznej przerwie i całkiem żwawym tempem, bez żadnego narzekania machnęła 31 km z Redy do Rewy i z powrotem. Myślałem, że będę przewodnikiem po zupełnie nowych drogach, ale nie dane mi było. Co robić? Miejscowa, wszystko zna... ;)
Po tej świątecznej wycieczce zataczam jeszcze pólkole przez Puszczę Darżlubską, w tym przez owiane ponurą historią Lasy Piaśnickie, czyli nieco mniej beztroskie klimaty.
Plan był na jakąś długodystansową wycieczkę, ale nie miałem weny. Pojechałem więc przejechać się po Kaszubach. A przy okazji okazało się, że mogłem "popodziwiać" szkody, które wyrządziła burza z nocy z piątku na sobotę. Obserwowałem ją bezpieczny z domu, ale wiatr kładł drzewa niemal do poziomu. Pasmo zniszczeń zaczęło się za Linią, z apogeum w okolicy Niepoczołowic i Kamienicy Królewskiej. Potem, w Sierakowicach skierowałem się znów na wschód i jak ręką odjął, niemal żadnych śladów. Najbardziej niszczycielska "frakcja" burzy miała więc kilka km szerokości.
Atrakcją dzisiejszego dnia była szutrówka między Kolonią a Będargowem - pojechałem "na pałę", bo byłem przekonany, że w ferworze asfaltowania okolicznych szutrówek zrobiono i ten fragment. Pomyliłem się, ale na szczęście Hanka dała radę bez problemu ;)
Końcówka weekendu z planami nie-rowerowymi, więc to ostatnia jazda w mijającym tygodniu. Kilka godzin później przez Pomorze przewaliła się potężna burza, której skutki będziemy obserwować przez lata...
Po pracy nieco okrężną drogą. W Zbychowie postój na klasycznego "kalipsiaka". Te lody wróciły ponoć po dłuższej nieobecności. Pamiętam je jeszcze z czasów, gdy miałem lat "naście". Niestety - albo są inaczej produkowane, albo już dzisiaj tak nie smakują jak wtedy... :(
Wykorzystana okazja by spotkać dawno niewidzianą koleżankę ze Szczecina. Popiliśmy (po 50 km w słońcu zimne piwko było wybawieniem), pojedliśmy i ruszyłem w drogę powrotną. Trasa tak urocza, że w obie strony jechałem niemal tym samym śladem. Przewyższeń - masa. Miałem wrażenie, że nieustannie jadę góra-dół-góra-dół. Rewelacja.
Ta wycieczka to ostatni wyjazd w tym tygodniu. W niedzielę spływ Słupią :)
Caly tydzień tylko standardowe DPD bez skoków w bok. Między innymi dlatego, że przez kilka dni czułem się gorzej i nie miałem chęci na wydłużanie przejażdżek.