Po pracy pojechałem zrobić zakupy w Kauflandzie. Jak się okazało - pechowe. Przy pakowaniu zakupów do sakwy jakoś musiał wyślizgnąć się z niej portfel. A w nim gotówka, karty, dokumenty, itp. Zorientowałem się w domu, pół godziny przed zamknięciem sklepu. Na szczęście kolega z Prawobrzeża jeszcze nie zdążył otworzyć wieczornego piwka i podjechał do sklepu zapytać czy nikt nie znalazł zguby. Dzięki temu mogłem spokojnie spać, bo uczciwy znalazca odniósł go do "informacji". Podobno nawet mnie wywoływano, ale ja w tym czasie wesoło i nieświadomie jechałem sobie do domu. Jedyna uciążliwość - zdążyłem zablokować kartę i teraz przez 2 tygodnie będę oczekiwał nowej.
Dzięki temu szczęściu w nieszczęściu kolejnego dnia miałem rano bonusowy przejazd na Prawobrzeże, bo sklep otwierają o 7 - mogłem więc jeszcze przed pracą odebrać co moje. Ufff... Nigdy więcej, kilka siwych włosów na pewno przybyło na mojej skroni po tym wszystkim...
Tylko do pracy i z powrotem. Najkrótszą drogą. Po dojeździe do domu wyszedłem, zgodnie z nową, świecką tradycją, pobiegać. Wyszło prawie 9 km, ale spokojnym truchtem.
A tak prezentuje się czerwony z nową sakwą.
A tak perspektywa ulicy Pocztowej w Szczecinie. Podobają mi się te podwieszone klosze lamp.
Ponieważ dzisiaj na stravie był ogłoszony "Global Bike to Work Day" postanowiłem choć do pracy nr 2 udać się rowerem - miejskim, bo czerwony do 16 był serwisowany. W drodze na dyżur odebrałem go i do domu mogłem już wrócić odświeżonym authorkiem :)
Przejażdżka bezproblemowa, rower stosunkowo sprawny, wtarabaniłem się tym grzmotem pod Bukowe w cywilnych ciuchach bez przygód. Nawet na Kolorowych Domów udało mi się przeprowadzić w czasie jazdy krótką rozmowę telefoniczną ;)
No i najważniejsze - ciepło! Kurtka powędrowała do torby, jechałem jak panisko, w sweterku! :P
Rano się zmobilizowałem i odbyłem ponad cztero kilometrową przebieżkę po Parku Kasprowicza i Jasnych Błoniach. Od razu świat wygląda lepiej po takim zmęczeniu, serio. A to już druga w ostatnim czasie, pierwsza (8 km) była w piątek po robocie.
Potem rowerem do pracy - w padającym deszczyku: od samego początku, poprzez postój pod Piekarnią Reczyńskich z doskonałym chlebem żytnim i jeszcze lepszymi rogalikami z makiem, aż po port. Siąpiło od początku do końca, ale trzeba przyznać znośnie.
Po pracy nr 1 jadę do pracy nr 2, ale pierwej odstawiam czerwonego na serwis do BUKBIKE`a. Na naprawę czeka: wkład suportu, przedni hamulec (niestety cały), tylne koło, pierdoły typu regulacja przerzutek i hamulców. Jak dobrze pójdzie to rower wzbogaci się też o czerwone, małe crosso dry. Te wielkie wory, z którymi jeżdżę są tak nieporęczne. No i szkoda je na tyranie na dojazdy do pracy. Swoją drogą... Widziałem u Rafała tak piękną, crossową meridę. Kolor szary... Śliczny rower :P